zamknij

Sport i rekreacja

Druga strona medalu: Łukasz Kadziewicz (odc. 10)

2017-06-16, Autor: Andrzej Gliniak

Łukasz Kadziewicz, jedna z najbarwniejszych postaci polskiej siatkówki, a obecnie ekspert telewizyjny jest gościem jubileuszowego, dziesiątego odcinka cyklu "Druga strona medalu" autorstwa Andrzeja Gliniaka.

Łukasz Kadziewicz z łatką skandalisty to bardzo wdzięczny temat dla prasy. Największy absurd jaki słyszałeś pod swoim adresem?
Było ich wiele. Do legend przeszła już plotka, że po jednym z meczów wynająłem helikopter z Warszawy do Wrocławia, żeby szybciej zobaczyć się z żoną. Dowiedziałem się też, że moje życie to jedna wielka impreza. Generalnie wódka, koks, tajski boks.

Nie uważasz, że po części sam jesteś sobie winny?
Moją największą wadą jest lekkość bytu. Wychodzę jednak z założenia, że wszystko co zrobisz ma potem swoje konsekwencje. Karma. Słynna już "afera alkoholowa" rozdmuchana przez media mocno dała mi po dupie. Po meczu z Chinami na turnieju Huberta Wagnera w Olsztynie poszliśmy z  Krzyśkiem Ignaczakiem i Andrzejem Stelmachem do miasta na wieczorny rekonesans. To moje rodzinne strony, więc robiłem za przewodnika. Nie zabrakło procentów, ale nikt nie był pijany. Do hotelu wróciliśmy po ciszy nocnej. Przedłużyło nam się o dwie, trzy godziny. Na drugi dzień, przy śniadaniu, Raul Lozano wiedział już o wszystkim. Zostaliśmy wyrzuceni z kadry na pół roku i ukarani finansowo. Nie pojechałem na Mistrzostwa Europy we Włoszech i Serbii na których Polska zajęła piąte miejsce. Myślę, że gdyby nasza "zawieszona" trójka w nich zagrała walczylibyśmy o medale. Tak czy inaczej nie miałem do nikogo pretensji bo mieć nie mogłem. Winiłem tylko siebie. Przeprosiłem kibiców i kolegów z drużyny. Po pół roku wróciłem do kadry Raula Lozano.

I znów było o krok od skandalu...
Graliśmy we Frankfurcie towarzyski mecz z Niemcami. Jeden z ostatnich testów przed Mistrzostwami Świata. Każdy chciał pokazać się z jak najlepszej strony. Sędzia główny, mówiąc dyplomatycznie, nie miał najlepszego dnia. Często mylił się na korzyść gospodarzy. Przegraliśmy a mi puściły nerwy. Zamiast ręki postanowiłem podać mu... nogę. Kątem oka zobaczył to Raul Lozano. Podbiegł i odciągnął mnie w bezpieczne miejsce. Pokrzyczał, pokrzyczał i więcej nie wracał do tematu. "Mały generał z Argentyny" miał do mnie słabość.

Zawsze broniłeś się jednak swoją grą i wynikami. Dwukrotnie piąte miejsce na Igrzyskach Olimpijskich,  czterokrotnie z rzędu wybierany byłeś najlepszym polskim środkowym roku i przede wszystkim zdobyłeś wicemistrzostwo świata. Takie tytuły robią wrażenie i dla wielu zawsze pozostaną nieosiągalne.
Do tej pory mam żal do Zbigniewa Bońka, który po przegranym meczu 0:3 w finale Mistrzostw Świata z Brazylią potraktował nas za ostro. Mówił, że w ogóle nie wyszliśmy na mecz. Chyba zapomniał z kim graliśmy. Dla każdego z nas ten pojedynek to było spełnienie dziecięcych marzeń. Po drugiej strony siatki prawdziwa konstelacja gwiazd. Galaktyczny Giba, Dante czy Sergio. Jedna z najlepszych ekip w historii siatkówki. Grali na zupełnie innym poziomie. Nie mieliśmy szans. Czasami nie byłem w stanie nadążyć wzrokiem za ich akcjami nie mówiąc o skutecznym bloku.

Rok wcześniej z kolei nie sposób było meczu... przegrać.
Serbia. Final Four Ligi Światowej. W półfinale gramy z gospodarzami . Prowadzimy 2:0 w setach i 23:17 w trzecim. Schodzę do kwadratu dla rezerwowych, ściągam z palców tejpy i rzucam ze śmiechem do chłopaków, że czas szykować się na finał z Brazylią. Chwilę potem rozpoczął się nasz dramat. Straciliśmy osiem punktów z rzędu, przegraliśmy seta i cały mecz 2:3. Czuliśmy się jak po wyjęciu z pralki, włączonej na najwyższe obroty. Dzień później trzeba było jeszcze rozegrać mecz o trzecie miejsce. Rywalem była Kuba. Przegraliśmy 2:3 (mimo prowadzenia 2:1) i zamiast przejść do historii zajęliśmy najgorsze dla sportowca czwarte miejsce. To była dla nas prawdziwa lekcja pokory z której wyciągnęliśmy właściwe wnioski. Rok później na Mundialu w Japonii zostaliśmy wicemistrzami świata.

Polska oszalała na waszym punkcie?
Każdy z nas miał wtedy swoje pięć minut. Zaczęły się wizyty w szkołach, zakładach pracy. Prezydent Lech Kaczyński odznaczył nas Złotym Krzyżem Zasługi za "wybitne osiągnięcia sportowe". To były wyjątkowe chwile dla całej Polski, które po jedenastu latach wciąż są żywe. Kilka dni temu pojechałem z żoną kupić rower. Sprzedawca, młody chłopak rozpoznał mnie i z przejęciem zaczął opowiadać jak gorąco kibicował nam w drodze po złoto. To miłe, że sprawiliśmy ludziom wiele radości. To były takie pozytywne wibracje. Do tej pory pani z osiedlowego sklepiku wspomina jak gorąco trzymała za nas kciuki. Bez wątpienia zapisaliśmy się srebrnymi głoskami w historii polskiego sportu.

Jeśli chodzi o twoją karierę klubową można Cie spokojnie nazwać siatkarskim obieżyświatem?
Oprócz ligi polskiej grałem też w Rosji, we Włoszech, w Katarze i na Białorusi. Każdy kraj wspominam inaczej, wyjątkowo. Wiele ciekawego działo się w Rosji. Mity o wiecznym pijaństwie można włożyć między bajki. Jeśli chodzi o organizację klubów panuje pełna profeska. Wszyscy byli bardzo pomocni. Na nic nie mogłem narzekać. Chyba, że na... pogodę. Jako zawodnik Gazpromu musiałem przyzwyczaić się do ekstremalnie niskich temperatur panujących w Surgucie, który leży niedaleko Syberii. Termometry notują tam nawet minus czterdzieści. Jeansy pękały. I to dosłownie. Raz mieliśmy kilkutygodniowe opóźnienie w wypłatach. Delikatnie upomniałem się pani księgowej i zapomniałem o sprawie. Wieczorem siedzimy z żoną w pokoju hotelowym. Nagle ktoś puka. W drzwiach ukazał się pracownik klubu z gazetą w ręku. W środku upchane były ruble, stanowiące zaległą pensję. Akcja jak z dobrego filmu szpiegowskiego.

Z grą we Włoszech wiązałem spore nadzieje. Zostałem zawodnikiem Sparklingu Mediolan, beniaminka Serie A z wielkimi ambicjami. Mieliśmy walczyć o mistrzostwo. Kontrakty z zespołem podpisali też m.in Guillaume Samica, Dragan Travica czy Ryan Millar. Dyrektorem spotowym został Andrea Gardini. Legenda. Jako zawodnik trzykrotnie był Mistrzem Świata, cztery razy zdobył Mistrzostwo Europy. Ma w swoim dorobku także medale Igrzysk Olimpijski. Wszystko skrojone pod jak najlepszy garnitur. W końcu Mediolan to europejska stolica mody. Nic tylko wygrywać. Bardzo szybko jednak piękny sen prysnął  niczym bańka mydlana. Nie dość, że rozwodziłem się i moje życie prywatne pełne było zawirowań to doszły jeszcze problemy zdrowotne. Nabawiłem się kontuzji stawu skokowego. W całym sezonie zagrałem zaledwie dwa czy trzy mecze. W trakcie rozgrywek klub zwodził mnie w sprawie terminu wypłat a skończyło na czeku bez pokrycia, który chciałem zrealizować w miejscowym banku. Po sezonie zespół się rozpadł. Do tej pory w Mediolanie winni są mi spore pieniądze.

W Katarze miałem jak pączek w maśle. Każdego kto tu przyjeżdża urzeka wszechobecne bogactwo. W trakcie sezonu nabawiłem się drobnego urazu, ale władze klubu opiekowały się mną wyjątkowo. Trafiłem do szpitala w Dausze, który wystrojem przypominał najbardziej ekskluzywny hotel. Personel medyczny składał się z wysoko wykwalifikowanych europejskich lekarzy. Kilka godzin później regenerowałem się w hotelowym basenie. Podszedł do mnie szejk, właściciel klubu  i zapytał o zdrowie. Po chwili wręczył mi kopertę pełną pieniędzy, stanowiących równowartość całego kontraktu. - Wracaj do formy i niczym się nie przejmuj - rzucił z troską na odchodne. Byłem w szoku.

Zdziwiony byłeś też obyczajami panującymi w Japonii...
Wolny dzień na Mistrzostwach Świata wykorzystaliśmy na wycieczkę do centrum Tokio. Gotówki nie miał przy sobie Grzegorz Szymański, więc poszedł do bankomatu. Po chwili już w komplecie siedzimy w restauracji i delektujemy się miejscowymi potrawami. Kiedy przyszło do płacenia rachunku Grzesiek mocno się zdenerwował po czym stwierdził zatroskany: - Chłopaki masakra, zapomniałem karty i kasy z bankomatu. Czym prędzej udaliśmy się punktu, skąd "Gelu" wypłacał pieniądze. Na miejscu wszyscy otworzyliśmy buzię ze zdumienia. Na bankomacie leżały karta i wypłacone dolary przykryte kamyczkiem.

Reklama

Sypiesz anegdotami jak z rękawa
Wszystkich nie mogę teraz zdradzić. Już pod koniec wakacji wychodzi moja książka. Zapraszam do księgarni. Będzie ciekawie. Obiecuje.

Partnerem cyklu jest renomowana włoska restauracja Ristorante Liberta 7 na Placu Wolności 7 we Wrocławiu.

Oceń publikację: + 1 + 4 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy Alicja Chybicka byłaby dobrym prezydentem Wrocławia?




Oddanych głosów: 219