Śląsk po dramatycznym meczu zremisował w Gdańsku z Lechią 1:1. Wrocławianie od 14 minuty musieli grać w dziesiątkę. Gospodarze gola zdobyli w końcówce spotkania ze spalonego.
Zanim piłkarze Śląsk wybiegli na boisko w Gdańsku, w sobotę doskonałe wieści napłynęły z Warszawy, gdzie Legia przegrała z Lechem Poznań 0:1. Wrocławianie stanęli więc przed szansa dogonienia zespołu Macieja Skorży. Trzeba było tylko wygrać z Lechią.
Nie jest jednak łatwo myśleć o wygranej, kiedy od 14 minuty trzeba grać w dziesiątkę. Właśnie wówczas Tadeusz Socha tak pechowo próbował przeciąć podanie do wychodzącego na czystą pozycję Jakuba Wilka, że zamiast w piłkę trafił w nogi rywala. Sędzia nie wahał się ani chwili i słusznie pokazał obrońcy Śląska czerwona kartkę. W tym momencie wszystkie przedmeczowe założenia taktyczne legły w gruzach.
Ale na tym pech wrocławian w Gdańsku się nie skończył. Kilka minut później po jednej z interwencji Jarosław Fojut padł na murawę łapiąc się za kolana. Po opatrzeniu wrócił do gry, ale nie wytrzymał na boisku długo. Po kolejnym wyskoku do piłki i wylądowaniu na kontuzjowanej nodze, pokazał w kierunku ławki rezerwowych, że musi zejść.
Śląsk musiał więc sobie radzić w dziesiątkę i z zupełnie przemeblowana obroną. Ale radził sobie nadspodziewanie dobrze. Wrocławianie bardzo mądrze się bronili i szukali szans w kontratakach i stałych fragmentach gry. Lechia niby miała przewagę, ale niewiele z niej wynikało. A jeżeli już udało się gospodarzom dojść do pozycji strzeleckiej, w bramce był fenomenalny Marian Kelemen. I w końcu bezradna Lechia została skarcona.
W 63 minucie Cristian Diaz dośrodkował w pole karne. Piłka minęła wszystkich i dopadł do niej Piotr Celeban. Wojciech Pawłowski strzał obrońcy Śląska zdołał jeszcze zatrzymać, ale wobec dobitki Łukasza Gikiewicza był bezradny.
Od tego momentu przewaga gospodarzy znacznie wzrosła. Widać też było, że ostra walka w dziesięciu kosztowała wrocławian dużo sił i Śląsk został zepchnięty do głębokiej defensywy. Lechia nie mając już nic do stracenia zaczęła atakować niemal całym zespołem i w polu karnym gości kilka razy było bardzo gorąco. W jednej z akcji piłkarze Lechii dwa razy z bliska strzelali na bramkę wrocławian z kilku metrów i dwa razy Kelemen instynktownie wybijał piłkę.
Śląsk praktycznie nie wychodził z własnej połowy. Wydawało się, że ogromne poświęcenie i walka musi zostać wynagrodzona i Śląsk utrzyma prowadzenie do końca. W ostatnich minutach przypomniał o sobie ponownie pech. Po kolejnym dośrodkowaniu Wilk wygrał pojedynek główkowy z Daliborem Stevanoviciem i trafił do siatki. Powtórki telewizyjne pokazały jednak, że skrzydłowy Lechii był na pozycji spalonej. Arbiter jednak tego nie zauważył i Śląsk stracił cenne dwa punkty.
Wrocławianie nie wygrali więc w Gdańsku i nie dogonili Legii. Więcej, stracili pozycje wicelidera. Ale pozostawił po sobie dobre wrażenie i dali nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone. Teraz podopiecznych Oresta Lenczyka czekają dwa mecze u siebie – najpierw z Zagłębiem Lubin a następnie z Jagiellonią Białystok.Oba koniecznie trzeba wygrać. I nie po to, aby marzyć o mistrzostwie, ale aby walczyć o puchary.
Lechia Gdańsk – Śląsk Wrocław 1:1 (0:0)
Bramki: 0:1 Gikiewicz (63), 1:1 Wilk (84)
Sędziował: Sebastian Jarzebak (Bytom). Widzów: 15000.
Czerwona kartka: Socha (14). Żółte kartki: Nowak – Lechia; Pawelec, Diaz, Gikiewicz – Śląsk.
Lechia: Pawłowski - Deleu, Kożans (80 Duda), Madera, Airapetian - Nowak, Surma, Bajić (70 Machaj), Traore, Wilk - Grzelczak (63 Ljukjanovs).
Śląsk: Kelemen - Socha, Celeban, Fojut (40 Pietrasiak), Pawelec - Stevanović, Kaźmierczak, Elsner, Madej - Diaz (81 Sztylka), Gikiewicz (83 Sobota)
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze