Jacek Protasiewicz, po aferze na lotnisku we Frankfurcie nad Menem, zrezygnował ze startu w wyborach do Europarlamentu - jak zapewnia, decyzję podjął sam. Wcześniej polityk zrzekł się funkcji przewodniczącego klubu PO-PSL w Parlamencie Europejskim, nie będzie też szefem kampanii Platformy Obywatelskiej w nadchodzących eurowyborach.
W sobotę 8 marca Jacek Protasiewicz poinformował, że nie będzie startował w nadchodzących wyborach do Parlamentu Europejskiego. Polityk zapewnia, że decyzję podjął sam, po konsultacji z prawnikami, którzy wyjaśnili mu, że proces wyjaśnia okoliczności zdarzenia na niemieckim lotnisku potrwa dłużej niż układanie list wyborczych.
Również w sobotę wrocławska Platforma Obywatelska przedstawiła listę swoich 10 kandydatów w nadchodzących eurowyborach. Zostanie ona uzupełniona o kilka osób z regionu opolskiego, a ostateczną decyzję o jej kształcie podejmie do 22 marca krajowy zarząd partii. Wśród kandydatów z naszego miasta znaleźli się m.in. Stanisław Huskowski i Barbara Zdrojewska.
Dodajmy, że wcześniej, kilka dni po incydencie na lotnisku we Frankfurcie nad Menem, Jacek Protasiewicz zrezygnował z funkcji przewodniczącego klubu PO-PSL w Parlamencie Europejskim i szefa kampanii wyborczej PO.
- Chcę także przeprosić wszystkich, którym moje niewłaściwe zachowanie sprawiło przykrość. Okoliczności, które starałem się opisać rzetelnie i szczegółowo, nie usprawiedliwiają mojego zachowania. Jeszcze raz przepraszam - napisał w oświadczeniu Jacek Protasiewicz.
>Internauci śmieją się z Jacka Protasiewicza. Zobacz memy
Przypomnijmy, w środę 26 lutego na stronie internetowej niemieckiego dziennika "Bild" pojawiła się informacja, że europoseł Jacek Protasiewicz został zatrzymany na lotnisku we Frankfurcie nad Menem.
Jak donosi tabloid, Protasiewicz miał być pijany, zabrać wózek bagażowy innemu mężczyźnie i próbować opuścić terminal. Wtedy miał zostać zatrzymany przez strażnika granicznego. Zgodnie z relacją "Bilda", szef dolnośląskiej Platformy Obywatelskiej zaczął się awanturować i wyzywać funkcjonariusza od "Hitlera" i "nazisty". Protasiewicz miał też zapytać strażnika, czy ten był kiedyś w Auschwitz.
Całą sprawę zupełnie inaczej relacjonuje sam Jacek Protasiewicz, który potwierdza, że do incydentu doszło, ale jego zdaniem miał on zupełnie inny przebieg.
- Jak opowiem szokującą historię, to będzie skandal na całą Europę z udziałem niemieckich policjantów - mówi na antenie TVP Info Jacek Protasiewicz.
Eurodeputowany wyjaśnia, że został zatrzymany do kontroli bagażowej, a na żądanie wylegitymowania się, wyciągnął polski paszport dyplomatyczny.
- Musiało to wywołać wściekłość zwłaszcza jednego funkcjonariusza, bardzo młodego, który oddając mi ten paszport powiedział "raus". Więc ja zrobiłem dwa kroki w stronę wyjścia, ale moja polska dusza zawyła z wściekłości, wróciłem do niego i powiedziałem: "nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, z czym się w Polsce kojarzy słowo raus, bo ono kojarzy się mniej więcej tak samo jak Heil Hitler". Wtedy ten funkcjonariusz mnie pchnął. Ja mu odpowiedziałem: "zanim następnym razem użyjesz siły, jedź do Auschwitz i zobacz, jakie są skutki używania siły wobec ludzi" - relacjonuje Protasiewicz.
Na to, zgodnie ze słowami europosła, strażnik "dostał piany na ustach", zabrał mu bagaże i kazał iść w inny fragment hali odlotów.
- Wykonywałem wszystkie jego polecenia. Kiedy pojawił się patrol policji, jego szef poprosił mnie o dokumenty. Podałem mu jeszcze raz ten sam paszport dyplomatyczny. Powiedział mi "pan pójdzie z nami na komisariat". Ja mu odpowiedziałem, że skoro tak, to będę filmował całą sytuację i wyjąłem swój telefon. Wtedy on ten telefon mi zabrał i skuł mi ręce. Nie wiedział jednak, że w w kieszeni mam drugi telefon, który cały czas nagrywał. Gdy wsiedliśmy do samochodu policyjnego, policjant mnie szturchnął. Wtedy zapytałem go, czy zamierza mnie pobić. On odpowiedział: "ciebie nie, wystarczy, że pobiliśmy Łucenkę". Łucenko to bohater Majdanu, pobity przez Berkut, więzień polityczny - wyjaśnia Protasiewicz.
Eurodeputowany podkreśla, że ten policjant, a także celnik powinni zostać odsunięci od służby państwowej.
- Mam sobie do zarzucenia tylko tyle, że poniosła mnie polska dusza i nie potrafiłem ścierpieć, gdy Niemiec mówi mi "raus" - dodaje Protasiewicz.
Europoseł zodkreśla, że nie był pijany, na pokładzie samolotu wypił dwie porcje czerwonego wina do obiadu.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze