This is a man"s world, but it would be nothing, nothing without a music…
Wczorajszy koncert “Męskiego Grania” był dla mnie trochę, jak podróż do krainy Oz czy innej czasoprzestrzeni, która choć dotychczas na wyciągnięcie ręki, była mi kompletnie obca. Podczas kolejnych występów Abradaba, Maleńczuka, Możdżera i rodziny Waglewskich coraz wyraźniej docierało do mnie, że prawo do „skomplikowanego i hermetycznego świata” nazbyt szybko zostało zawłaszczone przez kobiety.
W pewnym momencie trochę spanikowałam, że przecież ta „męska dżungla” to nie żadne peryferie świata, a raczej jego pępek, a ja zmarnowałam tyle czasu, żeby mu się przyjrzeć. Więc wczoraj patrzyłam, patrzyłam i piwo piłam i się bujałam i słuchałam. Aż wreszcie pojawił się mężczyzna idealny.
Najpierw Abradab, potem Maleńczuk i bracia Waglewscy. Kolejni panowie, tak inni od swoich poprzedników, dopełniali obrazu całości. Energetyczny strzał od Abradaba, rubaszny puzon i trąbka u Maleńczuka, delikatność, siła, niekiedy groza spod palców Leszka Możdżera i obłędny hałas Kim Nowak.
Pławiłam się w tych urzekających przejawach męskości i gdy już myślałam, że ta „dżungla” jest do opanowania, pojawił się wilk. Na nic zdały się wołania „siostro, basen!” i „wracaj moje piórko!”. Stało się. Po wspólnym występie Mariusza "Wilka" Wilczyńskiego i Kim Nowak, ja, szczęśliwa posiadaczka dwóch "iksów" pozazdrościłam mężczyznom "igreka".
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze