zamknij

Powódź tysiąclecia - 20. rocznica

Bogdan Zdrojewski: Wrocław nie jest gotowy na nadejście powodzi [WYWIAD]

2017-07-08, Autor: Michał Hernes

– Niezwykle ważna była walka o precyzyjne informacje, a zwłaszcza szybkie dementowanie fałszywych komunikatów – tak powódź tysiąclecia wspomina ówczesny prezydent Wrocławia Bogdan Zdrojewski.

Michał Hernes: Czy śni się czasem panu wielka woda?

Reklama

Bogdan Zdrojewski: Nie, nie śni. Czasami natomiast wracają wspomnienia, a preteksty bywają różne. Przede wszystkim są nimi spotkania z wrocławianami. Powódź tysiąclecia to był moment wielkiego stresu i napięcia. Dla wielu osób najważniejsze zdarzenie w ich życiu. Dla mnie -najtrudniejsze wyzwanie zawodowe. Nie spałem przez jej pierwsze trzy doby. Zasnąłem w samo południe w swoim fotelu w Sukiennicach, po jakieś kolejnej, trudnej  naradzie. Panie z sekretariatu postanowiły mnie nie budzić. Po dwóch godzinach znów byłem jednak po kolejnej kawie i gotowy do pracy. Intensywność zdarzeń była niezwykła.

Jakie przypomina pan sobie najbardziej zaskakujące historie z powodzi tysiąclecia?

Było ich oczywiście bardzo dużo. Często bardzo dramatyczne. Pamiętam kluczową, najtrudniejszą noc na Ostrowie Tumskim. Tam straż pożarna bardzo nam pomagała. Przede wszystkim starali się kontrolować przepływ dużych przedmiotów, konarów drzew, a nawet - w pewnym momencie - płynącego kiosku. Ważne było, żeby nie uderzyły w newralgiczne miejsce młyna Maria czy też jakiegoś przęsła. W pewnym momencie jeden ze strażaków za mocno wbił w płynące drzewo bosak i chcąc go ratować, niewiele brakowało, a wykonałby skok do wody podobny do skoku o tyczce. Po prostu siła wody była gigantyczna. Z trudem utrzymano go na brzegu. Podobnie było z młodym człowiekiem, który próbował podczas obrony ogrodu zoologicznego wyciągnąć z wody jakiś płynący przedmiot. Tam, nurt był dość szybki i pewnie tylko refleksowi kolegów zawdzięcza życie.

Czy przychodzą panu do głowy inne, zabawne wydarzenia, które miały wtedy miejsce mimo wielkiej wody?

Kluczowe były oczywiście te związane z walką z samym żywiołem. Nie brakowało natomiast zdarzeń sympatycznych czy nawet humorystycznych. Zdziwiony byłem np. reakcją bardzo młodego człowieka, który wyhamował swój kajak na widok czerwonego światła na jednym z zalanych skrzyżowań. Popatrzył w lewo, prawo i popłynął dalej. Do dziś mam też w oczach scenę z Kozanowa, gdzie pani w średnim wieku na pontoniku próbowała dostać się do swojej kosmetyczki. Była umówiona, a ponieważ telefony nie działały, zaryzykowała i popłynęła na wizytę. Pamiętam także wesele w kompletnie zalanym budynku na Księżu Małym. Nie wiem jak, ale liczni goście tam dotarli i bawili się w najlepsze w połączonych dwóch mieszkaniach. Groźniejsze było przejęcie wojskowej jednostki, która  - zamiast przetransportować aparaturę medyczną z Traugutta, popłynęła do jakiejś małej przeprowadzki… Wojskowy był kompletnie niezorientowany do jakiego zadania został oddelegowany, bo dyspozytor się spóźnił, a wrocławianin – jak się okazało – bardzo  przekonujący (śmiech). Zastałem tę amfibię, klasy „Bóbr”, już w połowie drogi, na ulicy Kościuszki. I starszy pan, i dowódca wozu bardzo przepraszali. Warto jednak odnotować, że gros wojskowych nie pochodziło z Wrocławia i w ogóle nie znali miasta. Podobnie zresztą było z pilotami helikopterów. Mieli mapy, ale konkretne, istotne obiekty trzeba było po prostu wskazywać.  

ZOBACZ NIEZWYKŁĄ GALERIĘ ZDJĘĆ Z WIELKIEJ POWODZI 

Czy Wrocław był przygotowany na nadejście powodzi?

Nie na taką skalę. I do dziś nie jest. Kluczowe dla obrony miasta przed powodzią są zbiorniki retencyjne, położone w górnym biegu Odry, a także Nysy Kłodzkiej. Rozpoczęto taką budowę w Raciborzu około pięciu  lat temu. Oddanie do użytku przewidziano na jesień tego roku, ale - z powodu wyrzucenia wykonawcy kilka miesięcy temu, nie sądzę, by zakończono prace przed 2020 rokiem.

Czym innym jest natomiast wrocławski węzeł wodny. Tu, w okresie ostatnich dziesięciu lat, rządowe instytucje wykonały sporo prac, poprawiających stan techniczny zarówno jazów, progów, samych wałów czy też urządzeń pomiarowych. Dołożyło się także miasto, więc generalnie dużo lepiej to wygląda, ale nie na skalę powodzi z roku 1997.

Trzeba też pamiętać, że Niemcy, projektując system przeciwpowodziowy, mieli za sobą doświadczenia dwóch powodzi skali stuletnich. Początek XX wieku był więc okresem projektowania systemu, pozwalającego na przyjęcie wody wielkości  2500-2700 metrów sześciennych na sekundę. Warto też odnotować liczne zaniedbania w konserwowaniu i zagospodarowywaniu nabrzeży Odry. To, że nie dochodziło do powodzi, rozleniwiło liczne instytucje, a kolejne rządy akceptowały braki w finansowym wsparciu urzędów odpowiedzialnych za gospodarkę wodną i meliorację.

Wracając do 1997 roku, podkreślić należy, że stan gotowości do wykonania określonej pracy, był – mówiąc delikatnie - nie najwyższej jakości.

Natomiast pierwsza powódź wykazała nie tylko zdolność do maksymalnej mobilizacji, ale także szybko uzyskany profesjonalizm. Jeszcze dzień przed powodzią udzielane były liczne instruktaże pomagającym przy układaniu i przenoszeniu worków na kolejne, budowane miejsca ochrony. Kluczowej nocy tempo prac było gigantyczne, a nieliczne nieprawidłowości szybko korygowane.

Pamiętam też proces tworzenia się lokalnych stanowisk kierowania. Często samoistnych. Bywało tak, że czasem proszono mnie o ingerencję. Na Wielkiej Wyspie, na przykład, takim samoistnym dowódcą został starszy pan, który strasznie panikował. Udzielało się to większej grupie i poproszono mnie o zmianę „szefa wału”. Muszę przyznać, że reakcja „dymisjonowanego” była fantastyczna. Poczuł ulgę, poszedł na moment do domu, wrócił i pomagał niezwykle ofiarnie, pomimo wieku. Zdarzało się, że kierujący pracami byli bardzo młodzi. Czasami na wałach dowodziły  kobiety.  Obroną jednego z wałów na Popowicach kierował  mocno podpity mężczyzna. Wyjaśniał, że dzięki temu ma większą… asertywność. Użył oczywiście mniej cenzuralnego określenia...  

Jakie pozytywne historie z powodzi najbardziej zapadły panu w pamięć?

Przede wszystkim integracja samych wrocławian, zbudowana wspólnota. Walczyli wszyscy – starzy i młodzi, dotknięci powodzią i ci, którzy mieszkali w miejscach bezpiecznych. Wrocławia bronili strażacy, urzędnicy, studenci i zakonnice. To wówczas zakończył się proces budowania tożsamości Wrocławia. Powódź nie była źródłem tego procesu, ale swoistego rodzaju przyspieszaczem.

Pamiętam budowanany trochę bez sensu wał w północno-zachodniej części Wrocławia, już po głównej fali powodziowej. Zapotrzebowanie na worki wciąż tam rosło. Zwróciłem uwagę szefowi tego przedsięwzięcia na wadę w lokalizacji wału, ale bardzo mnie prosił o niedzielenie się tą wiedzą z pracującymi. Wyjaśniał, że integracja, jaka tu następuje, ma wielką wartość, a bez tego wysiłku by nie nastąpiła. Co także ważne, wrocławian nie opuszczało poczucie humoru. Choć - jak to niektórzy o sobie wówczas  mówili, są „persona bez grata”.

Pamiętam, że pierwszy, ustalony na czas powodzi, znak do ewakuacji pojawił się na dachu więzienia na Kleczkowskiej. Zabawnie brzmiały także wezwania policji do wypadku, w którym zderzyły się dwa kajaki. Nie brakowało również wesołych określeń na poszczególne odcinki wałów, choć były także „dedykowane” ówczesnej władzy.

Miała też miejsce rywalizacja, a także obrona wałów po przejściu głównej fali. Tak było w przypadku wału usytuowanego wzdłuż ul. Nasypowej. Jego dalsze istnienie, przy padającym już wówczas deszczu, zwiększało wielkość lustra wody wokół Teatru Polskiego. Zagrożone były niezwykle kosztowne urządzenia techniczne. Brak odpływu tworzył poważne zagrożenie. Na prośbę ówczesnego dyrektora teatru, Jacka Wekslera, udało się przekonać twórców i obrońców tego obwałowania do dokonania kontrolowanego upustu.

Proszę opowiedzieć o powodzi tym, którzy nie pamiętają tamtych czasów albo nie byli jeszcze wtedy na świecie.  

Powódź zaczęła się w Kłodzku. Była wynikiem gigantycznych opadów z 3 lipca i zbyt dużego zrzutu wody z czeskich zbiorników po tej nawałnicy. 7 lipca woda górska wręcz demolowała miasto. Dwa dni później, ta sama woda uczyniła poważne szkody w Kędzierzynie-Koźlu. Niestety, wysoka fala pojawiła się również na Odrze i mieliśmy dwie wielkie fale, z których jedna dotkliwie dała się we znaki Opolu. Jeszcze wówczas komunikaty instytucji rządowych były uspokajające. Pomimo tego, 9 lipca, po konsultacjach z wojewódzkim inspektorem obrony cywilnej płk. Romualdem Grockim, a także przewodniczącym Sejmiku Leonem Kieresem, postanowiłem ogłosić komunikaty ostrzegające. Dzień 10 lipca spędziłem na telefonach i działaniach, zmierzających do powiadomienia kluczowych instytucji. To był także czas wzywania do ustanowienia dyżurów, ale także apele kierowane do wrocławian, by zaopatrywać się już teraz w wodę pitną, latarki, baterie, etc.

Trzeba pamiętać że to był czas wakacji, urlopów, a dzień przed powodzią pogoda była wręcz cudowna. W Polsce przebywał prezydent USABill Clinton i to też na niego zwrócona była uwaga mediów.

Fala powodziowa do Wrocławia dotarła 12 lipca. Co niezwykle istotne, tuż przed Wrocławiem połączyły się szczytowe stany wód z Nysy i Odry. Kluczowa akcja obrony miasta trwała na - świeżo oddanej po remoncie - Wyspie Piasek, czyli wale przeciwpowodziowym, otoczeniu Ostrowa Tumskiego, ulicy Grodzkiej czy też całym kompleksie Młyna Maria. Niezwykle istotna była walka na Wielkiej Wyspie, a także tworzonych obwałowaniach wielu osiedli. Najtrudniejszej nocy, z 12 na 13 lipca, najważniejszym zadaniem było niedopuszczenie do jakiegokolwiek spiętrzenia rzeki, w centralnej części miasta. To byłaby katastrofa o nieobliczalnych skutkach.

Niezwykle ważna była walka o precyzyjne informacje, a zwłaszcza szybkie dementowanie fałszywych komunikatów. Ogromną rolę w tej materii odrywały media prywatne, zwłaszcza TeDe i krótkofalowcy. Fantastyczną robotę wykonywali strażacy i straż miejska. Dość szybko pojawiła się także pomoc wojska, ale był to już drugi dzień powodzi.

Niestety, najbardziej dotknięta została infrastruktura komunalna (fabryka produkcji wody, oczyszczalnia ścieków, wysypisko śmieci). Sukces odnotowano w obronie ogrodu zoologicznego, ale już Ogród Japoński znalazł się pod wodą.

Czy jest pan dumny z mieszkańców Wrocławia?

Tak, choć może to brzmieć banalnie. Spontaniczność, gotowość do działania, konsekwencja i jakość współdziałania były niezwykle wysokiej próby. Warto odnotować brak kradzieży czy też jakiegokolwiek, nawet przypadkowego, wandalizmu.

Pamiętam, jak jeszcze dzień przed powodzią, będąc na Ostrowie Tumskim, gdzie wylądował duży transport worków, otrzymałem prośbę o szybką dostawę ich także na Biskupin. Chodziło jeszcze wówczas o niedużą ilość. Usłyszał to właściciel mercedesa klasy S. Wpakowaliśmy worki do bagażnika, potem na tylne siedzenia, a na koniec kierowca poprosił żonę o pozostanie na miejscu, dołożył worki na przednie siedzenie i pojechał. Dodam, że siedzenia miał w jasnym, beżowym kolorze.

Postawy wrocławian na każdym kroku były wręcz wzorcowe. Warto odnotować także zaangażowanie obcokrajowców. Byli wśród nich Szwedzi, Holendrzy, a później wyspecjalizowane grupy także z Niemiec czy Węgier.

Jakie postawy zaobserwował pan w czasie powodzi?

Choć walka z żywiołem rozgrywała się w dwóch obszarach, materialnym i psychologicznym, to ten drugi okazał się zdecydowanie ważniejszy. Wrocławianie ratowali miasto, jego materialną strukturę, ale tworzyli nową jakość psychospołeczną. Wspólnotowość miała swoją wielką wartość. Była też źródłem większej skuteczności. Mimo przeciwności, gigantycznej skali powodzi, uratowano całe Stare Miasto.

Warto dodać, że zupełnie inne były reakcje na powódź ludzi starszych i młodszych. Młodzi traktowali ją jako przeciwnika, z którym trzeba się zmierzyć, a starsi jako zagrożenie dla rzeczy, dorobku materialnego, które miały dla nich często wartość np. sentymentalną. Młodzi uczestniczyli w walce, która nosiła cechy niemalże wyzwania sportowego. Dla osób doświadczonych, pamiętających czasy wojny, powódź to dramat, katastrofa, zagrożenie życia, zdrowia i poważnej straty materialnej. Pomimo tej różnicy, nie było jej widać w samym działaniu.

Proszę także pamiętać, że telefonia stacjonarna nie działała, a telefonia komórkowa była w powijakach. Z tego też powodu, potrzebny był inny rodzaj aktywności, częste przemieszczanie i weryfikacja informacji, w oparciu o bezpośrednie uczestnictwo wszystkich służb. Zgoda właścicieli stacji TeDe na usytuowanie w Poltegorze centrum zarządzania, miała ogromne znaczenie dla zbudowania szybkiego i wiarygodnego komunikatora.

Czy Wrocław dziś jest przygotowany na nadejście powodzi tysiącletniej skali?     

Wciąż nie. Mówiłem o tym troszkę wcześniej, że przede wszystkim brakuje finalnej realizacji zbiornika retencyjnego Racibórz Dolny. To jego realizacja ma poprawić bezpieczeństwo półtoramilionowej społeczności nadodrzańskiej, w tym wrocławian. Niestety, zintensyfikowano zabudowę potencjalnych dużych polderów jeszcze  przed Wrocławiem. Dodam, że przygotowanie miasta na wodę skali roku 1997 wymagałoby wybudowania kolejnego dużego kanału odpływowego w samym Wrocławiu. Niestety to byłaby niezwykle kosztowna inwestycja.

Z jakimi biurokratycznymi problemami zmagał się pan w czasie powodzi lub zaraz po niej?

Niestety, było ich sporo. Pominę np. kuriozalny zarzut postawiony mi przez NIK, że w czasie powodzi nie podpisywałem listy obecności. To, co miało istotne znaczenie, to powolna aktywność instytucji rządowych. Nie mogłem np. od ręki uzyskać zgody na szczepienia przeciwko durowi brzusznemu czy też tężcowi. Po roku starań otrzymaliśmy zgodę na zastosowanie trebonu do zwalczania komarów. Całe szczęście, że wystąpiłem o to rok wcześniej. Już w sierpniu 1997 roku mogliśmy więc z niego skorzystać. Brakowało kluczowych decyzji finansowych, a szybka pomoc w tej materii ograniczała straty. Fatalny był podział kompetencji. Przecież za wszystkie urządzenia hydrotechniczne odpowiadały służby państwowe. Całe szczęście, że - nie oglądając się na to - już wcześniej zrealizowaliśmy wiele inwestycji na Odrze, oczywiście z własnych środków. To, co dla mnie było istotne, to także dbałość o kondycję finansowa miasta. Nie mogłem dopuścić do zadłużenia, a brak środków europejskich nie ułatwiał zadania.

Ciekawostka na koniec?

Miesiąc wcześniej, w czasie wizyty Jana Pawła II we Wrocławiu, Ojcu Świętemu towarzyszyła  spora grupa dziennikarzy i wydawców. Jeden z nich, zauroczony miastem, jego metamorfozą, klasą Starego Miasta, odnowionego Ostrowa Tumskiego, zaproponował wydanie albumu. Na tydzień przed powodzią wskazał nawet tytuł... „Wrocław, Wenecja Północy”.

GALERIA ZDJĘĆ Z WIELKIEJ POWODZI - KLIKNIJ TUTAJ

Oceń publikację: + 1 + 35 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Najczęściej czytane

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Kto powinien być wiceprezydentem Wrocławia "z Nowoczesnej"?




Oddanych głosów: 250