zamknij

Sport

Bolesna porażka koszykarskiego WKS-u. Śląsk przegrał w Świętej Wojnie z Anwilem Włocławek

2020-12-03, Autor: Bartosz Królikowski

Była duża szansa, do połowy szło świetnie, ale niestety skończyło się kiepsko. Koszykarze Śląska Wrocław przegrali na wyjeździe w Świętej Wojnie z Anwilem Włocławek 78:93. To ich piąta porażka w tym sezonie.

Nie ma chyba kibica polskiej koszykówki, któremu na wieść o spotkaniu Śląska Wrocław z Anwilem Włocławek nie zapala się lampka w głowie, bezsprzecznie obwieszczająca, że mamy do czynienia z czymś ważnym. A przynajmniej jeśli mowa o kibicach urodzonych najpóźniej w pierwszej połowie lat 90’. Oni wszakże pamiętają te dwie drużyny u szczytu siły. Ale nawet dziś, gdy Śląsk odbudowuje się po wielu trudnych przejściach, a Anwil ma jak dotąd przeciętny sezon, starcia tych zespołów, „Święta Wojna”, niosą ze sobą dodatkowy ładunek emocjonalny. Największa rywalizacja w historii polskiej koszykówki, to w zasadzie pewne.

Reklama

Śląsk do prestiżowego meczu przystępował po czterech triumfach w pięciu ostatnich spotkaniach. Wrocławianie ostatnio prezentowali różną formę w ofensywie. Zdarzały im się długie przestoje w zdobywaniu punktów, czy kryzysy. Ale poza feralnym wyjazdem do Sopotu, gdzie przegrali z Treflem (60:79), WKS, pomimo kłopotów potrafił odnaleźć drogę do zwycięstwa.

Niemal za każdym razem sporą cegiełkę dokładał do tego Aleksander Dziewa, którego najpierw powołano na mecze reprezentacji, a potem jednak nie pojechał. Nieco dziwne, biorąc pod uwagę jego ostatnią formę, ale co się odwlecze to nie uciecze i zawodnika Śląska jeszcze z orzełkiem na piersi na pewno ujrzymy. Jeśli to zamieszanie wywołało u niego sportową złość, to WKS mógł tylko na tym zyskać w starciu z Anwilem. Z Anwilem, który jak dotąd gra rozczarowujący sezon. Na trzynaście meczów wygrali tylko sześć. Chociaż w tym trzy z czterech ostatnich. Mimo to, okazja by wygrać na terenie odwiecznego rywala, była naprawdę dobra.

Takie mecze jak ten zawsze są też dodatkowym wyzwaniem dla zawodników, bo jednak presja by wygrać Świętą Wojnę jest spora. Ale mimo to od początku meczu nikt nie zamierzał odpuszczać. Początek należał do WKS-u, który dość szybko wypracował sobie prowadzenie 10:5, dzięki m.in. trójkom Michała Gabińskiego oraz Kyle’a Gibsona.

Wówczas jednak przytrafił się kilkuminutowy kryzys, okrutnie wykorzystany przez Anwil, który odrobił straty i sam zbudował bardzo podobną przewagę. Jednak w takich momentach, od kilku meczów regularnie, przebudza się Aleksander Dziewa. Wtedy, kiedy jest najbardziej potrzebny. Jak się okazało tuż przed meczem, takie zrywy zapewniły Dziewie tytuł najlepszego zawodnika miesiąca listopada w całej Energa Basket Lidze. Nic dziwnego, bo jak się Olek „odpali” to rywale mogą się co najwyżej przeżegnać i to stopą. Kilka świetnych akcji lidera wrocławian pozwoliło zniwelować straty, a wsad Ivana Ramljaka dał Śląskowi minimalne zwycięstwo 23:21 w pierwszej kwarcie.

Żelazny uścisk. Takim mianem można określić większą część dwóch pierwszych kwart tego meczu, bo i w takowym Śląsk i Anwil się trzymały. Żadna z drużyn nie pozwalała uciec tej drugiej na dystans kilku punktów na dłużej. Gdy tylko komukolwiek się to udawało, głównie Śląskowi, druga strona niemal z automatu kilkoma akcjami niwelowała straty. WKS tak zdecydowanego lidera jakim w pierwszej kwarcie był Dziewa, w tej nie miała. Ale wrocławianie grali solidnie jako zespół i co najważniejsze byli skuteczni. Ta skuteczność rzutów z gry, która w poprzednich meczach pełzała gdzieś w okolicach 30-40%, po pierwszej połowie tego spotkania dzielnie trzymała się ponad 60%. Śląskowi udało się nawet przed przerwą odskoczyć na prowadzenie 49:41, a Anwil miał zbyt mało czasu by to nadrobić do syreny kończącej drugą kwartę.

Niestety dla wrocławian, na co gospodarze wcześniej czasu nie mieli, w trzeciej kwarcie zrobili szybko. Śląsk miał mnóstwo kłopotów z zatrzymaniem Ivicy Radicia, a Chorwat skutecznie ich punktował przez sporą część kwarty nr 3. Dodatkowo WKS zaciął się w ofensywie, zdobywając przez 7,5 minuty tylko pięć punktów. Dla Anwilu była to woda na młyn, a zespół z Włocławka na dodatek bardzo celnie rzucał w tej części meczu zza łuku. Śląsk wyraźnie przegrał trzecią kwartę i tylko dzięki dobrym akcjom Akosa Kellera oraz Elijaha Stewarta w końcówce, wrocławianie przed decydującą częścią spotkania przegrywali tylko 59:63.

Jak się jednak okazało, gorsza postawa w trzeciej kwarcie nie okazała się wypadkiem przy pracy. Na początku kwarty Śląsk trzymał bliski kontakt z rywalami. Przede wszystkim Aleksander Dziewa oraz Strahinja Jovanović dbali o to, by gospodarze nie uciekli w siną dal z punktami. Ale niestety dla Śląska rzeczą, którą Anwil robił w tym meczu wręcz kapitalnie, zwłaszcza w dwóch ostatnich kwartach, były rzuty za trzy punkty. Prawie każdy z zawodników gospodarzy, który grał w tym meczu w dłuższym wymiarze czasowym, trafił tak przynajmniej dwukrotnie. W całym meczu zespół z Włocławka zaliczył aż 16 trójek i to właśnie one okazały się w ostatniej kwarcie tym języczkiem u wagi. Choć trzeba też jasno powiedzieć, iż Śląsk w drugiej połowie obniżył loty, zwłaszcza jeśli chodzi o skuteczność. Wszystko to doprowadziło do porażki wrocławian 78:93.

Dzisiaj na boisku Anwilu oglądaliśmy dwa różne zespoły Śląska. W pierwszych dwóch kwartach to był ten WKS o jaki chodzi. Pewny w ofensywie, składnie grający i skuteczny. Niestety w dwóch kolejnych obudziły się demony tej drużyny. Przestój w zdobywaniu punktów w trzeciej kwarcie zapoczątkował gorszą grę Śląska, z której ten nie potrafił się już wydostać. Wrocławianie sami stworzyli rywalom szansę do wykorzystania ich słabości, a Anwil zrobił to swoimi zabójczymi rzutami za trzy punkty. WKS-owi zabrakło też zdecydowanego lidera punktowego. Kogoś kto pociągnąłby resztę zespołu. Aleksander Dziewa nie był dziś zły, ale nie był aż tak dobry jak w listopadowych meczach. Podobnie zresztą jak Ramljak czy Jovanović. Na plus Kyle Gibson, który zdobywając 15 pkt zaliczył najlepszy dotychczasowy występ w Śląsku. Na zwycięstwo to jednak nie wystarczyło.

Porażka w Świętej Wojnie na pewno boli, ale w sporcie nie ma lepszego remedium na gorzkie porażki, niż zwycięstwa w kolejnych meczach. Pierwsza okazja do odkucia się już w poniedziałek 7 grudnia. Wtedy to o 17:30 w Hali Orbita Śląsk zagra z Polskim Cukrem Toruń.

Anwil Włocławek – WKS Śląsk Wrocław 93:78 (21:23, 20:26, 22:10, 30:19)

Anwil: Almeida 22, Zamojski 11, Lichodiej 9, Radić 24, Moore 8 oraz Pluta 0, Clarke 6, Green 2, Tomaszewski 0, Sulima 6, Bogucki 5, Mielczarek 0

Trener: Marcin Woźniak

Śląsk: Gibson 15, Dziewa 16, Jovanović 13, Gabiński 9, Ramljak 9 oraz Stewart 7, Strzępek 0, Musiał 0, Keller 5, Wójcik 0, Szlachetka 4, Tomczak 0

Trener: Oliver Vidin

 

Oceń publikację: + 1 + 0 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy sprzedaż książki "Mein Kampf" w celach innych niż naukowe powinna być zakazana?




Oddanych głosów: 71