zamknij

Sport

Druga strona medalu (odc.30) - Damian Janikowski

2018-06-07, Autor: Andrzej Gliniak

Damian Janikowski, brązowy medalista olimpijski w zapasach z Londynu, a obecnie gwiazda federacji KSW, jest kolejnym gościem Andrzeja Gliniaka w "Drugiej stronie medalu". Zawodnik MMA opowiada o swojej karierze, o jej początkach, a także zdradza, jak poznał swoją drugą połówkę. Zapraszamy do lektury.

Reklama

Największa bzdura jaką na swój temat przeczytał Damian Janikowski?
Kilka lat temu, w sali biznesowej Stadionu Wrocław odbywała się gala sportów walki. Przyjechałem jako gość. W trakcie imprezy przeprowadzono licytację na rzecz niepełnosprawnych dzieci. Zostałem zaproszony do ringu, żeby zachęcić publiczność do wsparcia szczytnej idei i przekazać swoją koszulkę. T-shirt udało się wylicytować za 7 tysięcy złotych. Piękna suma. Wszyscy byli w świetnych humorach, a przedstawiciele fundacji bardzo mi podziękowali. Na koniec została jeszcze do zlicytowania książka. Zapytałem jaka jest jej treść. Prowadzący odpowiedział, że jest o futbolu. - Nie lubię piłki nożnej to nie będę licytował - zażartowałem. Jakie było moje zdziwienie, gdy na drugi dzień w mediach rozpętała się prawdziwa burza. "Janikowski uważa, że czytanie jest dla debili" - napisał Fakt na głównej stronie części sportowej. Dziennikarze kompletnie przeinaczyli rzeczywistość. Byłem wkurzony, ale też bezradny, bo przez długi okres wpisując w wyszukiwarkę internetową "Damian Janikowski" wyskakiwała właśnie ta nieprawdziwa informacja. Napisałem oświadczenie, ale milionowy nakład Faktu zrobił swoje. W końcu sprawa ucichła, a ja w dobie internetu i wielu nieprzychylnych ludzi staram się warzyć każde słowo. Pomaga mi w tym Michał Pernach - mój menager i przyjaciel w jednej osobie.

Ostatnio jednak przed KSW 43 we Wrocławiu nie powstrzymałeś się od "trash talku" z Yannickiem Bahatim.
Pod wpływem chwili nagrałem w aucie filmik, który jednak później usunąłem. Niepotrzebnie dałem się wciągnąć w jego brudną grę. W ringu pokazałem mu, że to czyny są ważne, a nie słowa. Staram się być wierny etosowi sportowca-olimpijczyka, który zawsze szanuje przeciwnika. Swoją drogą za to, co Bahati mówił o mnie i jak się zachowywał przed walką, miałem wielką ochotę rozbić mu krzesło na głowie (śmiech).

Od młodości lubiłeś się bić.
Na początku wychowywała mnie ulica. Kuzyn "Gumiś" został moim nauczycielem. Nigdy się nie bałem. Podczas bójek zawsze szedłem na pierwszy ogień. Kiedy zacząłem trenować zapasy, moje życie zdeterminowała sala - treningi, obozy, zawody. Rzadko chodziłem do szkoły, liczył się tylko sport. Od początku chciałem być najlepszy. Mieszkałem z babcią, miałem swój zaledwie dwudziestometrowy pokój, a kiedy nie mogłem iść na trening, płakałem. Byłem szalenie ambitny. Zostawałem po swoich zajęciach na treningi ze starszymi. Często słyszałem od trenera: - Młody idź już do domu bo Ci się znudzi. Nie znudziło. Po niespełna roku, jeszcze jako młodzik zostałem wicemistrzem Polski kadetów. Przez kolejnych kilkanaście lat reprezentowałem nasz kraj na większych i mniejszych imprezach. Często musiałem dodatkowo pracować, bo nie byłbym w stanie utrzymać się z samych zapasów. Gdyby nie etat w wojsku, byłoby naprawdę kiepsko. Pomagali mi też finansowo koledzy, którzy widząc mój sportowy potencjał nie chcieli, żebym dorabiał w nocnych klubach jako ochroniarz.

Wydawało się, że wszystko zmieni się po zdobyciu medalu na Igrzyskach w Londynie.
Była ku temu wielka okazja, niestety związkowi działacze po raz kolejny kompletnie mnie rozczarowali. Zamiast dbać o mnie i zapewnić mi jak najlepsze warunki do zdobywania medali, kompletnie mnie nie oszczędzali. Czułem się jak robot, któremu w końcu wyczerpią się baterie. Tak też się stało. Ciągle walczyłem. Byłem koniem pociągowym kadry, a mój organizm był na wyczerpaniu. Zamiast skupić się na dwóch prestiżowych imprezach w roku, przygotowałem się do kilkunastu startów. Robiłem szczyt formy na zawody na Litwie, by później zawalić mistrzostwa Świata czy Europy. Kompletny bezsens. Jeżdżąc po świecie widziałem, jak traktuje się medalistów olimpijskich w zapasach w innych krajach. W Rosji, Iranie czy nawet we Włoszech czują się jak pączki w maśle i mają dożywotni szacunek władz związku. Pamietam, jak kiedyś na prestiżowych zawodach pokonałem we Włoszech miejscowego mistrza. Przez kilka godzin nie mogłem potem wyjść z hali, bo rozdawałem autografy i pozowałem do zdjęć. Kiedy wieczorem szedłem nadmorską aleją ludzie pokazywali mnie palcami i mówili: - Patrzcie to on pokonał naszego czempiona. Innym razem na ważnych zawodach pokonałem rosyjskiego mistrza. Kilka lat później pojechałem do Petersburga i do Moskwy na turnieje, a ludzie ciągle to pamiętali i gratulowali. U nas niestety mój sukces nie został doceniony.

Ciągle nie miałeś stabilizacji finansowej, ale była okazja zmienić to w sportowej walce w Budapeszcie.
Potrzebowałem pieniędzy na opłacenie mieszkania i środki na przygotowywanie się do startów. Światełko w tunelu pojawiło się przed mistrzostwami Świata w Budapeszcie. Potężna firma URSUS zadeklarowała, że jeśli zdobędę medal, zostanie moim sponsorem. Wiązałby się z tym potężny zastrzyk gotówki. Presja była zatem podwójna. Byłem jednak jak zawsze silny psychicznie. Rozpocząłem koncertowo. Wygrałem trzy walki 5:0, 4:0 i 3:1 i jak burza awansowałem do pófinału. Niestety, to były dobre złego początki. W walce o finał zmierzyłem się z Nematpourem z Iranu, który w swoim kraju ma status Boga. Przegrałem 1:3 i zająłem ostatecznie dopiero piąte miejsce. Czar prysł. Do tego wszystkiego doszły jeszcze nieudane kwalifikacje do Igrzysk w Rio.

Wtedy jednak w sukurs przyszła federacja KSW.
Już rok przed Igrzyskami w Londynie poznałem się z Martinem Lewandowskim. Byliśmy gośćmi na balu sportowca. Wtedy zażartowałem, żeby trzymał dla mnie miejsce u siebie w federacji. Po kilku latach włodarze KSW już oficjalnie zaproponowali mi współpracę. Nie wahałem się ani chwili. Absolutnie nie żałuje. Federacja dba o mnie i mocno promuje a ja odwdzięczam się dobra postawą w ringu. Niczego mi nie brakuje, więc mogę się skupić tylko i wyłącznie na walkach. Pieniądze mnie nie zmieniły. Potwierdzą to Ci, którzy znają mnie od małego. Nigdy nikt na mnie się nie zawiódł.

Prywatnie jesteś szczęśliwym mężem i ojcem.
Karolinę poznałem we wrocławskim klubie Cherry. Była kelnerką. Nie stałem już wtedy na bramkach, ale z racji wolnego wieczoru poszedłem odwiedzić kolegów. Od razu mi się spodobała. Nieco inaczej było w jej przypadku. Jak przyznała mi się po czasie odebrała mnie jako kolejnego "łysego koksa", który chce ją poderwać (śmiech). Na drugi dzień znalazłem ją na Facebooku. Na początku pisaliśmy ze sobą, a potem, kiedy przekonała się do mnie, umówiliśmy się na bieganie. Po kilku minutach truchtania Karolinę złapała kolka, więc resztę wieczoru przespacerowaliśmy. Tak się zaczęło. Kiedy wyjechałem na zawody i przyszła pierwsza rozłąka, bardzo za sobą tęskniliśmy. To już była oznaka, że kroi się coś poważnego. Zaledwie po kilku miesiącach zamieszkaliśmy, a po trzech latach wzięliśmy ślub. Mamy córeczkę Maję. Oby tylko dopisywało nam zdrowie. Niczego więcej nie potrzeba.

Partnerem cyklu jest restauracja europejska Cherry Lounge & Restaurant mieszcząca się przy ulicy Kuźniczej 10 we Wrocławiu.

Oceń publikację: + 1 + 3 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy Twoim zdaniem Wroclavia została dobrze przyjęta przez wrocławian?





Oddanych głosów: 215