zamknij

Sport

Druga strona medalu (odc.42) - Piotr Małachowski

2019-03-28, Autor: Andrzej Gliniak

Piotr Małachowski, dwukrotny srebrny medalista Igrzysk Olimpijskich, złoty medalista mistrzostw Świata oraz dwukrotny mistrz Europy w rzucie dyskiem jest kolejnym gościem Andrzeja Gliniaka w "Drugiej stronie medalu".

Reklama

W Polsce jeszcze kilkanaście dni temu padał śnieg, ale ty chyba na brak słońca nie mogłeś narzekać?
Byłem na obozie na Teneryfie. Jeśli chodzi o pogodę szału nie było, ale nie przyjechałem tam na wczasy, tylko ciężko trenować.

Ale opaliłeś się czy po powrocie do kraju musiałeś skorzystać z solarium?
Zdecydowanie wolę słońce, choć akurat ze sztucznym opalaniem związana jest jedna z najmilszych historii w moim życiu. Było to co prawda już wiele lat temu, ale wszystko pamiętam jak dziś. "Jestem blady jak ściana, chodź ze mną na solarium" - usłyszałem pewnego dnia od Piotrka, mojego serdecznego kumpla. Poszliśmy więc do salonu urody. Właścielką była Kasia, którą znał mój znajomy. Chwilę pogadaliśmy. Nie rozpoznała mnie, albo przynajmniej udawała, że nie kojarzy. Miło porozmawialiśmy, ale nie wymieniliśmy się wtedy nawet numerami. Dopiero późniejszy wyjazd integracyjny w gronie znajomych połączył nas do tego stopnia, że do dziś jesteśmy razem.

Owocem waszej miłości jest Henio.
To nasze oczko w głowie. Zawsze chciałem mieć syna i moje marzenie się spełniło. Po jego urodzeniu przeżyliśmy jednak dramatyczne chwile, bo maluszek otarł się o śmierć. Było podejrzenie urosepsy czyli zakażenia dróg moczowych. Niezbędny był szereg badań. Pojawiły się problemy z nerkami. Na szczęście trafiliśmy na świetnych lekarzy, którzy bardzo nam pomogli. Wcześniej nie wierzyłem w medyków i byłem do nich nastawiony sceptycznie. Wszystko zmieniło się w trakcie choroby. Lekarze Karpiński i Jurkiewicz byli nieocenieni. Bardzo przeżywali, że mój synek choruje. Dużo zawdzięczamy także profesor Beacie Jurkiewicz oraz doktor Magdzie Karpińskiej. To był jeden z najtrudniejszych momentów w moim życiu, ale razem z Kasią daliśmy radę. Do tej pory jedna z nerek Henia nie funkcjonuje prawidłowo. Maluszek cierpi na wodonercze, najważniejsze jednak, że biega, skacze i uśmiecha się. Był ciężko chory, ale na chwilę obecna sytuacja się ustabilizowała. Odpukać.

Mówią na Ciebie "olbrzym o gołębim sercu". Często angażujesz się bowiem w akcje charytatywne.
Nie lubię o tym mówić. Wychodzę z założenia, że liczą się czyny, a nie słowa. Bez żalu rozstaje się z najcenniejszymi trofeami bo życie i zdrowie tych, którym mogę pomóc jest bezcenne. Szczegółnie dotyka mnie cierpienie najmłodszych. Po Igrzyskach w Rio przekazałem na licytację srebrny medal. Nabywcami zostało rodzeństwo Dominika i Sebastian Kulczykowie, a wylicytowane pieniądze bardzo pomogły w leczeniu młodego chłopczyka - Olka, który miał poważnie chore oko. Wcześniej przeznaczyłem na cele charytatywne trzy statuetki, które otrzymałem za wygranie Diamentowej Ligi. Jedna z nich została zlicytowana za 40 tysięcy złotych a zebrane środki pomogły uratować życie wrocławskiego szermierza Jacka Gaworskiego, który cierpi na stwardnienie rozsiane i chorobę nowotworową.

Sport wiele Cię nauczył ale przede wszystkim wyciągnał z wszechobecnego w młodości marazmu.
Pochodzę z Bieżunia, malutkiej miejscowości w województwie mazowieckim. Młodzi dawno wyjechali za pracą. Brak perspektyw dla tych, co zostali. Ot po prostu wszechobecna monotonia. W domu niczego mi nie brakowało. Stać nas było na podstawowe potrzeby. Miałem co jeść i w co się ubrać, ale rodzice szanowali każdy grosz. O wyjeździe na narty czy nad morze mogłem jedynie pomarzyć. Żeby kupić korki do gry, musiałem pielić ogórki, a następnie je sprzedawać. W tygodniu uczyłem się i pomagałem w gospodarstwie, a w weekendy z chłopakami imprezowaliśmy.

W wieku piętnastu lat zmarł mi jednak ojciec. Musiałem się usamodzielnić. Sport był dla mnie niejako odskocznią. Na początku grałem w piłkę ręczną. Grałem to może za dużo powiedziane. Rzucaliśmy sobie z chłopakami na boisku szkolnym, choć mieliśmy klub WKRA Bieżuń i trenera to jednak większość z nas traktowała to jako dobrą zabawę. Miłość do szczypiorniaka została mi jednak do dziś. Była też piłka nożna, ale jak widać nie zostałem zawodowym futbolistą. Na początku rzutu dyskiem nie traktowałem poważnie. Na treningi chodziłem raz w tygodniu. Od przypadku do przypadku. Nie przemęczałęm się. Byli lepsi ode mnie, a na pewno bardziej pracowici. Niektórzy rzucali nawet pięć razy w tygodniu. Jeździłem co prawda na zawody, ale nie przypuszczałem, że będe rzucał aż tak daleko. Wypatrzył mnie Witold Suski. Raz podczas konkursu, które organizował, oddałem najdalszy rzut. Był minimalnie spalony, jednak trener go uznał i wział mnie pod swoje skrzydła. Nasz "związek" trwał kilkanaście lat, a Suski doprowadził mnie do największych sukcesów.

Po jakimś czasie zaproponano mi wyjazd do Ciechanowa i trenowania w zupełnie innych, lepszych warunkach. Nie miałem nic do stracenia. Coraz poważniej zacząłem myśleć, żeby profesjonalnie rzucać dyskiem. Mama opiekowała się młodszą siostrą Magdą, a ja byłem sam, z daleka od domu. Spotkałem złe towarzystwo. Nie brakowało imprez. Nie chciałem zostać uznany za mięczaka. To był syndrom przynależności do grupy. Był alkohol i narkotyki, ale tylko te miękkie.

Potrafiłem jednak w odpowiednim momencie powiedzieć "stop". Zaczęły się profesjonalne treningi dwa razy dziennie i zgrupowania. Mieliśmy suplementy i dostęp do lekarza. Zobaczyłem Sopot, plaże, morze. Na obozie w Spale poznałem sportowców, których znałem do tej pory jedynie z telewizji. Jako młodemu chłopakowi, bardzo mi to imponowało. Po dłuższym okresie wróciłem odwiedzić rodzinny Bieżuń. Czekała na mnie szara rzeczywistość. Musiałem podjąć decyzję co dalej. Nie wahałem się nawet sekundy. Wiedziałem, że pozostanie w Bieżuniu byłoby jak wyrok. Postawiłem na profesjonalny sport.

Z czasem przeniosłeś się do Warszawy. Życie i trenowanie w stolicy to było dla Ciebie wielkie wyzwanie
"Wow" - pomyślałem, kiedy w wieku 18 lat po raz pierwszy zobaczyłem Syreni Gród. 18-letni chłopak zderzył się z totalnie nową rzeczywistością. Do tej pory zdjęcia z Warszawy widziałem jedynie w podręcznikach szkolnych. Zachłysnąłem się tym miastem. To był inny świat. Na początku mojej przygody z dyskiem nie było mnie stać, żeby utrzymać się w stolicy, kupić lepsze odżywki czy droższy sprzęt do trenowania. Finansowo pomagała mi mama i dziadkowie. Pamiętam jak z Tomkiem Majewskim (dwukrotny mistrz olimpijski w pchnięciu kulą) mając dychę w kieszeni na dwóch kupowaliśmy arbuza. Można było wtedy połączyć trzy w jednym. Zjeść, napić się i jeszcze starczyło na piwko. Za pierwsze wygrane zawody dostawałem 500 czy 700 złotych albo mikrofalówkę (śmiech). A przecież miałem swoje potrzeby.

Musiałem dorabiać. Stałem na bramkach. Przemoc starałem się jednak wykorzystywać dopiero w ostateczności. Życie nauczyło mnie też, żeby nie mieszać się w nie swoje sprawy. Wstawiłem się kiedyś za kobietą i miałem przez to... nieprzyjemności. Zobaczyłem jak facet bije żonę i od razu zareagowałem. Nie byłem jednak mega agresywny, gość dostał tylko kilka razy po twarzy na "otrzeźwienie". Jego parterka była jednak chyba zwolenniczką mocnych wrażeń, bo zamiast mi podziękować, zaczeła krzyczeć i wyzywać mnie od najgorszych. Zrobiła się afera. Przyjechała policja. Miałem niepotrzebne problemy, a chciałem dobrze.

Siłą rzeczy poznałem smak nocnego życia i zasad tam panujących. Odbijanie bramek, "wojenki podjazdowe", to wszystko było na porządku dziennym. Nie brakowało też nieoczekiwanych sytuacji. Spotkałem m.in Daniela Omielańczuka, świetnego zawodnika sportów walki, byłego wojownika UFC. Kiedyś mocno się też zdziwiłem kiedy na bramce w Siedlcach zobaczyłem... Marcina Dołęgę, trzykrotnego mistrza i rekordzistę świata w podnoszeniu ciężarów. Byłem w szoku, że taki sportowiec dorabia sobie 150 czy 200 złotych pilnując nocnych lokali. Nawet upewniłem się  czy to na pewno on. Musiał przetrwać zawieszenie za doping. Życie.

Z kolei twoje sportowe życie nabrało rozpędu. Przyszły pierwsze międzynarodowe sukcesy, medale, rozpoznwalność. W pewnym momencie sodówka uderzyła ci do głowy.
Sukces niesie za sobą ryzyko w postaci wielu pokus. Zyskujesz popularność a przede wszystkim fajne pieniądze. Na początku za wygranie zagranicznych zawodów inkasowałem 200, 300 czy 500 euro ale już po zdobyciu medalu olimpijskiego wiedziałem, że niczego mi nie zabraknie. Po srebrze w Pekinie ludzie zaczęli rozpoznawać mnie na uliach, media prosiły o wywiad, wiele rzeczy miałem za darmo. Mnożyły się zaproszenia na bankiety. Zostałem maskotką towarzyską. Wydawało mi się, że jestem panem życia i śmierci. Impreza goniła imprezę. Zawsze miałem problemy z asertywnością, więc praktycznie nigdy nie odmawiałem. Po kilku miesiąc przyjeciele wylali na mnie kubeł zimnej wody. - Zmieniasz się na gorsze - usłyszałem. Błyskawicznie przywróciło mnie to do pionu. Spokorniałem.

Od kilkunastu lat jesteś też w wojsku.
Nigdy nie byłem normalnym żołnierzem na służbie. Nie poszedłem na studia, więc siłą rzeczy czekała na mnie armia. Na szczęście nie musiałem siedzieć w jednostce. Trafiłem do zespołu sportowego, gdzie dostałem dużą pomoc. Po zaliczeniu w trybie błyskawicznym "unitarki" mogłem trenować i przygotowywać się do zawodów. Wojsko w zasadzie od początku mnie wspierało. Po niespełna roku zapropowano mi, żebym został. Dostałem pensję, co prawda niewielką, ale jakże niezbędną przy układaniu sobie życia w Warszawie. Do tego miałem też za darmo mieszkanie i jedzenie. Zawsze będę wdzięczny. Z wielką dumą reprezentowałem nasz kraj na Igrzyskach Wojskowych.

Przed początkiem nowego sezonu w twoim sztabie nastąpiły rewolucyjne zmiany. Wielki rywal został nowym... trenerem.
Po kilkunastu latach wspólnej pracy rozstałem się z Witoldem Suskim. Darzyłem go ogromnym szacunkiem. Był dla mnie jak ojciec. Ostatni rok był dla mnie najsłabszy od kilkunastu lat. Nie dopisywało też zdrowie. Potrzebowałem nowego impulsu. Obecnie moim trenerem jest Gerd Kanter. Legendarny dyskobol z Estonii pół roku temu zakończył karierę. Będzimy pracowali wspólnie z Robertem Urbankiem. Estończyk ujął nas przede wszystkim swoim profesjonalnym podejściem do dyscypliny. Jego pożegnalna konferencja w Tallinie trwała kilka godzin. Z przejęciem opowiadał o swoich sukcesach na które złożyły się praca wielu ludzi od od psychologa po statystyka. Spodobała nam się jego wizja i zaproponowaliśmy mu współpracę. Zdecydowałem się także dołączyć do agencji menadżerskiej Marcina Rosengartena, organizatora m.in. Memoriału Kamili Skolimowskiej. Jego grupa AthleTeam skupia gwiazdy polskiej królowej sportu. Po blisko piętnastu latach zakończyłem zatem współpracę z Czesławem Zapałą. Mam nadzieje, że te rewolucyjne ruchy zaprocentują.

Dla każdego sportowca złoty medal olimpijski to największe marzenie.
Nie jestem wyjątkiem. Szczególnie przed Londynem ostrzyłem sobie zęby na pierwsze miejsce. Byłem w świetnej formie. Dziennikarze w całym kraju już wieszali mi złoty medal na szyji. Po raz kolejny sport pokazał jednak, że uczy pokory. Trzy tygodnie przed zawodami naciągnałem mięsień. Nie mogłem rzucać. Nie poddałem się. Organizmu nie dało się jednak oszukać. Serducha starczyło do piątego miejsca. Wiedziałem, że gdyby nie kontuzja walczyłbym o najwyższy stopień podium.

Już w przyszłym roku Igrzyska Olimpijskie w Tokio. Do czterech razy sztuka?
Cały czas nie brakuje mi motywacji, tym bardziej, że doświadcznie tylko pracuje na moją korzyść. W Japonii będę miał 37 lat. Nie ma już w stawce Roberta Hartinga czy Kantera ale konkurencja nie śpi. Wielu chłopaków marzy o medalu. Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby zdobyć krążek. Piękną klamrą chciałbym zwieńczyć swoją karierę.

Wywołany do tablicy, twój największy rywal Robert Harting zakończył karierę. Prywatnie się lubiliście?
Tolerowaliśmy się. Zdarzało nam się napić piwa po zawodach albo zjeść kolację. Czasami jednak po zawodach Robert nie zwracał uwagi na nikogo. Był zamkniety w sobie i wtedy nawet nie rozmawialiśmy. Niemiec w większości startów ze mną wygrywał. Raz zdarzyło mi się go pokonać i wskoczyć na najwyższym stopień podium. Zdobyłem złoty medal na mistrzostwach Europy w Barcelonie. Wszyscy rywale ruszyli z gratulacjami. W tym gronie brakowało Hartinga. Dopiero na drugi dzień się zreflekował i przy okazji ceremonii medalowej przeprosił za swoje zachowanie. Niesmak jednak pozostał.

Jesteś ewenementem w swojej dyscyplinie.
Ciesze się, że tak daleko rzucam, bo nie jestem zbudowany jak typowy dyskobol. W porównaniu do rywali jestem niższy, grubszy i mam krótkie ręce. Większość moich przeciwników przypomina pod kątem muskulatury greckich herosów. Mają też znacznie większy zasięg ramion. Zresztą mój były trener Witold Suski, widząc mnie pierwszy raz podsumował: "co on taki niski, nieforemny?" (śmiech).

Z natury jesteś pozytywnym człowiekiem i trudno wyprowadzić cię z równowagi.
Zdarza się, że tracę nerwy. Wkurza mnie mentalność niektórych ludzi. Często wydaje mi sie, że ktoś wykonuje swoją pracę za karę. Jasne, wszystko rozumiem, jedni mieli więcej szczęscia w życiu inni mniej. Jeśli jednak jesteś w pracy to powinieneś wykazywać się profesjonalizmem. Niedawno poszliśmy z Heniem na kręgielnie. Gość, który tam pracował był totalnym gburem. Obrażony na cały świat potraktował nas bardzo nieuprzejmie. Nie wytrzymałem. - Stary, o co ci chodzi? - wypaliłem. Moje piorunujące spojrzenie, a przede wszystkim sylwetka chyba zrobiły swoje. Od tej pory był już dla nas bardzo milutki.

Startując w zawodach zwiedziłeś już niemal pół świata. Gdzie chciałbyś odpoczywać na sportowej emeryturze?
Zdecydowanie w Kalifornii i Portugalii. Dwa tak różne ale zarazem fantastyczne miejsca. Za oceanem jest inny świat. Urzekła mnie otwartość i życzliwość ludzi. Miejscowi są zawsze uśmiechnięci, wyluzowani i pozytywnie nastawieni do życia. Zawsze służą też pomocą. No i te szerokie autostrady. Robią niesamowite wrażenie. Niektóre mają nawet po dziewięć pasów ruchu w jedną stronę. W Portugalii można się za to wyciszyć i zrelaksować. Jest bardzo blisko do oceanu. No i te miejscowe pomarańcze. Pycha.

Czy tak potężny facet jak ty czuje przed czymś lęk?
Kiedyś w przedszkolu mieliśmy przedstawienie. W trakcie jego trwania musiałem włożyć rękę do worka i wyciągnąć zawartość. Ku mojemu zdumieniu ale jeszcze większym przerażeniu był tam wąż. Trauma została do dziś.

Sponsorem wywiadu jest Setka - Wrocław, ulica Kazimierza Wielkiego 50a, Warszawa, ulica Świętokrzyska 14
Oceń publikację: + 1 + 2 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Z której darmowej atrakcji skorzystasz najchętniej?







Oddanych głosów: 1496