zamknij

Sport

Druga strona medalu (odc.43) - Natalia Bajor

2019-04-09, Autor: Andrzej Gliniak

Natalia Bajor, jedna z najlepszych polskich tenisistek stołowych jest kolejnym gościem Andrzeja Gliniaka w programie "Druga strona medalu". Jak zaczęła się jej przygoda z tenisem? Czy łatwiej wywalczyć tytuł mistrzowski czy go obronić? Dlaczego nie lubi imprez? Zapraszamy do lektury!

Reklama

Często mówi się, że trudniej obronić wywalczony tytuł, niż zdobyć go po raz pierwszy.
Marcowe mistrzostwa Polski w Gliwicach były dla mnie wielkim wyzwaniem. O ile rok wcześniej nic nie musiałam i grałam bez żadnej presji, o tyle teraz podchodziłam do stołu jako mistrzyni kraju. Wszystkie zawodniczki ostrzyły sobie zęby na zwycięstwo ze mną, kierując się zasadą "bij mistrza". Cały turniej grałam średnio. To nie był mój najlepszy tenis.

Najtrudniejsza była walka o podium. W ćwierćfinale moją rywalką była Klaudia Kusińska. Szybko objęłam prowadzenie 2:0 i wydawało się że w pełni kontroluję sytuację. Tymczasem przeciwniczka wygrała kolejne dwie partie i zrobiło się nerwowo. Na szczęście włączyłam piąty bieg i wygrałam cały mecz 4:2. W finale historia zatoczyła koło. Moją rywalką, podobnie jak rok wcześniej, była Natalia Partyka. To był mój najlepszy występ w turnieju. Wygrałam 4:1 i po roku znowu cieszyłam się ze złotego medalu.

Wyjątkowo smakował twój pierwszy tytuł.
Raszków koło Ostrowa Wielkopolskiego. Tam grałam swój pierwszy finał mistrzostw Polski. Rywalką była Natalia Partyka. Do tej pory nigdy wcześniej z nią nie wygrałam. Z reguły było 0:3 albo 1:3. Nie leżał mi jej styl. Przed decydującym meczem była faworytką. Z jednej strony miała nade mną przewagę psychologiczną, ale z drugiej to na niej ciążyła znacznie większa presja. Ona musiała, ja tylko mogłam. "Jeszcze wiele finałów przed tobą. Graj swoje" - pomyślałam przed pierwszą piłką.

Początek miałam świetny. Grałam pewnie, a przede wszystkim skutecznie. Szybko objęłam prowadzenie 2:0 w setach i nagle... coś się zacięło. Partyka rozgromiła mnie w trzeciej partii wygrywając do 1, a po chwili wyrównała stan meczu. Wszystko zaczęło się od początku. Bałam się, że nie dam rady, a rywalka złapie wiatr w żagle. Decydujący dla losów meczu był piąty set. Miał dramatyczny przebieg. Na początku sprawdzał się pesymistyczny scenariusz. Partyka szybko uciekła na trzy punkty i miała 5:2. Wtedy postawiłam wszystko na jedną kartę. Znowu wróciła mi pewnośc gry. Wygrałam 10:7 i objęłam prowadzenie 3:2. Już tylko set dzielił mnie od złotego medalu. Gra Partyki się posypała, a mi wszystko wychodziło. Wypracowałam sobię ogromną przewagę. Miałam kilka piłek meczowych, i już za chwilę mogłam unieść ręce w geście triumfu. Pierwsze w karierze złoto mistrzostw Polski było moje.

Ojciec i dziadek pękali z dumy.
To od nich  wszystko się zaczęło. Wiele lat grali amatorsko. Razem z bratem często chodziliśmy na salę i podziwialiśmy naszych nestorów w akcji. - Nie masz ochoty spróbować? - zagadnął kiedyś trener. - Czemu nie? - długo się nie zastanawiałam. Miałem zaledwie pięć lat, ale bardzo szybko załapałam tenisowego bakcyla. Od tej pory niemal każdy dzień spędzałam odbijając piłkę. Szło mi bardzo dobrze. Wygrywałam ze wszystkimi rówieśniczkami. Moim pierwszym trenerem został Zdzisław Grobelski, a klubem UGKS Odra Brzeg

Po zwycięstwie w turnieju młodzików w województwie opolskim jedyną słuszną decyzją była przeprowadzka do Wrocławia. Miałam zaledwie dziesięć lat. Na treningi codziennie woziła mnie moja mama. 50 kilometrów w jedną stronę. Najpierw był UKS 12 Wrocław a następnie AZS UE Wrocław. W wieku 15 lat trafiłam do kadry i pojechałam na mistrzostwa Europy kadetek do Schwechat w Austrii.

Ten turniej potwierdził, że w twojej dyscyplinie o zwycięstwie bardzo często decydują pojedycze punkty. Wiele zależy też od szczęścia.
Takie mecze jak w Schwechat kształtują charakter i mimo bolesnej porażki pozwalają nabrać pewności siebie. Byłam o włos od wygranej, a jednak schodziłam od stołu ze spuszczoną głową. Moją rywalką była Rosjanka, jedna z faworytek imprezy. Stawką ćwierćfinał. Nasz mecz miał niesamowitą dramaturgię. Scenariusza nie powstydziłby się sam Alfred Hitchcock. W każdym secie walka toczyła się punkt za punkt. Po sześciu partiach na tablicy wyników był remis 3:3. W decydującym secie uciekłam na 10:8 i miałam dwie piłki meczowe. Wtedy zaczął się dramat. Zagrałam świetną piłką, której 9 na 10 zawodniczek nie miałoby najmniejszych szans odebrać. Rywalka jakimś cudem odbiła jednak piłkę, która wysokim lobem leciała poza stół. Tak się przynajmniej wszystkim wydawało. Nawet sama Rosjanka zrezygnowanym wzrokiem obserwowała całą akcję. Byłam pewna, że jest po meczu i że zagram o medale. Podobnego zdania był mój trener Ziemowit Bańkosz, który wyskoczył z boksu z uniesionymi rękami. Stało się jednak coś niesamowitego. Trwało to co prawda ułamki sekund, ale dla mnie to była cała wieczność. Spadająca piłeczka nabrała w locie takiej rotacji, że spadła na... sam kant stołu. Punkt dla rywalki. Szok. Gramy dalej. Byłam całkowicie rozbita psychicznie. Nie mogłam tego wygrać. Błyskawicznie straciłam trzy punkty z rzędu i pożegnałam się z marzeniami o medalu.

Już w wieku 17 lat zostałaś powołana do kadry seniorskiej. Mimo młodego wieku reprezentowałaś nasz kraj na wielu międzynarodowych imprezach, jednak twoim największym marzeniem jest pojechać na Igrzyska Olimpijskie.
Zawody w Tokio odbędą się już w przyszłym roku, a mnie czeka bardzo trudne zadanie, żeby się do nich zakwalifikować. Sito eliminacji jest bardzo gęste i wymagające. Podobnie, jeśli chodzi o rywalizację drużynową. Tutaj nie liczy się ranking, z którego nasza reprezentacja miałaby duże szanse na udział, ale trzeba awansować z turniejów kwalifikacyjnych. To jednak tylko sport, więc dopóki piłka w grze trzeba walczyć. Zrobię wszystko, żeby się udało.

Namiastkę tak wielkiej imprezy jak Igrzyska Olimpijskie przeżyłaś jednak kilka lat temu i to w samej ojczyźnie tenisa stołowego.
W wieku 17 lat reprezentowałam nasz kraj na Młodzieżowych Igrzyskach w Chinach. W tym kraju ping-pong to sport narodowy, niemal religia. Miliony młodych ludzi odbija piłeczkę, a najlepsi zawodnicy mają status celebrytów. Nie dziwne zatem, że tenis stołowy na tej imprezie miał wyjątkową rangę. Cała organizacja zawodów stała na najwyższym poziomie a mecze młodych zawodników i zawodniczek oglądały tłumy kibiców. To było dla mnie wielkie przeżycie i wyróżnienie nosić koszulkę z orzełkiem na piersi. Byłam bardzo dumna.

Na zgrupowaniach reprezentacji nie brakuje pewnie humorystycznych akcentów.
Ogólnie jesteśmy grzeczne i zdyscyplinowane (śmiech). Pamiętam jednak, jak kiedyś zrobiłyśmy kawał naszej koleżance. Paulina uwielbiała spać. Każdą wolną chwilę spędzała w objęciach Morfeusza. Kiedyś w środku nocy poszłyśmy do jej pokoju, żeby ja obudzić i wkręcić, że trzeba wstawać na poranny trening. Połknęła haczyk. Kiedy zapukaliśmy, na wpół przytomna otworzyła nam drzwi i zaspanym głosem oznajmiła, że już się ubiera tylko dajmy jej 5 minut. Żart się udał, a my pokładałyśmy się ze śmiechu. Niestety w zupełnie innym nastroju był nasz trener, który dowiedział się o całej akcji i wziął nas na rozmowę wychowawczą. Na szczęście obyło się bez konsekwencji.

W tak młodym wieku zwiedziłaś już niemal pół świata.
Dzięki tenisowi byłam w wielu fantastycznych miejscach. Dzięki popularności tej dyscypliny w krajach azjatyckich miałam przyjemność grać w tej części świata wielokrotnie. Chiny, Japonia, Tajlandia czy Malezja zrobiły na mnie duże wrażenie. Przede wszystkim jest tam zupełnie inna kultura. W Kraju Kwitnącej Wiśni urzekła mnie ich gościnność oraz wszechobecna czystość i porządek. Wszystko jest tam dopięte na ostatni guzik. W Europie bardzo podobało mi się piękne portowe miasto Halmstadt w Szwecji. Ostatnio grałam turniej w Katarze, a chwilę wcześniej w Hiszpanii.

Jaka Natalia Bajor jest prywatnie?
Na pewno spokojna. Nie lubię imprez. Mam tak mało wolnego czasu, że wolę spędzić go z najbliższymi, z mamą czy z bratem. Z koleżankami chodzimy czasem do kina. Jestem singielką zakochaną w... tenisie stołowym. To obecnie całe moje życie. Jeśli akurat nie gram albo nie trenuje to staram się ogladać mecze ligowe albo turnieje na laptopie. Spotkało mnie wielkie szczęście, bo kocham to co robię. Długo nie usiedzę w miejscu. Dzień bez treningu to dla mnie dzień stracony, a że sezon trwa cały rok to na brak gry nie mogę narzekać. Zawodowy sport łącze z nauką. Studiuje zaocznie na Wyższej Szkole Administracji i Zarządzania. Na szczęście wykładowcy są dla mnie wyrozumiali i przymykają oko na liczne nieobecności związane z udziałem w turniejach.

Kto jest twoim tenisowym idolem?
Podziwiam Liu Shi Wen. To 27-letnia chińska zawodniczka. Absolutna światowa czołówka. Sześciokrotna medalistka mistrzostw świata. Kiedyś zajmowała nawet pierwsze miejsce w rankingu, obecenie notowana jest w pierwszej trójce najlepszych zawodniczek. Bardzo podoba mi się jej styl gry, a także sposób zachowania przy stole.

A kogo podziwiasz w życiu codziennym?
Zdecydowanie moją mamę. Jest dla mnie największym autorytetem i zarazem najlepszą przyjaciółką. Zawsze mogę z nią o wszystkim porozmawiać i na niej polegać. Często mi doradza i zawsze ma rację.

Sponsorem wywiadu jest Setka - Wrocław, ulica Kazimierza Wielkiego 50a, Warszawa, ulica Świętokrzyska 14
Oceń publikację: + 1 + 6 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy miasto powinno wydać zgodę na wywiercenie dziury w schronie na placu Strzegomskim?





Oddanych głosów: 462