zamknij

Sport

Druga strona medalu (odc.44) - Sylwester Sypień

2019-04-21, Autor: Andrzej Gliniak

Sylwester Sypień, najbardziej utytułowany polski karateka kyokushin, jest gościem Andrzeja Gliniaka w programie "Druga strona medalu".

Reklama

Ostatnio jesteś chyba najbardziej niewyspanym mieszkańcem Wrocławia?
Od rana do wieczora pracuję na pełnych obrotach. Już w maju stolica Dolnego Śląska będzie gospodarzem wielkiej imprezy - mistrzostw Europy w karate kyokushin - najbardziej prestiżowej federacji IKO, a ja będę jednym z głównych organizatorów. Nigdy nie przypuszczałem, że przypadnie mi taki zaszczyt. To wielka nobilitacja, ale zarazem ogromne wyzwanie. Do Wrocławia przyjedzie blisko 600 zawodników z 24 krajów. Pierwszego dnia rywalizować będą seniorzy i oldboje, a kolejnego czeka nas rywalizacja juniorska. Organizacja mistrzostw zajmuje mnóstwo czasu. Umowy, zakwaterowania, pozwolenia na imprezę masową. Stosy papierkowej roboty, którą trzeba wykonać. Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Event takiej rangi ma swoje surowe wytyczne. Przy każdej z czterech mat, na której walczyć będą karatecy, musimy zorganizować osobne stanowisko na punkt medyczny. Liczymy na gorący doping dla polskich wojowników, dlatego zrobiliśmy ukłon w stronę naszych kibiców i wstęp na mistrzostwa będzie bezpłatny. Mam nadzieję, że hala Orbita wypełni się do ostatniego miejsca. To będzie piękna promocja karate w całej Polsce.

Szykuje się wielkie święto dyscypliny połączonej z Twoim pięknym, zawodowym jubileuszem.
Klub karate IchiBan Sypień Dojo, który prowadzę, obchodzi w tym roku dziesięciolecie istnienia. Organizacja mistrzostw Europy to piękna klamra podsumowująca dekadę sukcesów naszego teamu. Spełnieniem marzeń byłoby zdobycie medalu na majowej imprezie przez wojownika naszego klubu.

Łatwo jednak nie będzie, bo konkurencja będzie ogromna.
Polska nie będzie faworytem mistrzostw. Mamy jednak szanse na pojedyncze medale. Jednym z kandydatów do złota będzie mój syn, 29-letni Patryk Sypień. Cieszę się, że kontynuuje on rodzinne tradycyjne i jestem bardzo dumny, że idzie mu tak dobrze. To pokazuje tylko, że litry potu, które wylewa na treningach nie idą na marne. Kilka lat temu Patryk zdobył złoty medal na mistrzostwach Europy Open w Sosnowcu. Dokonał tego wyczynu jako czwarty Polak, po mnie, Tomku Najduchu i Krzysztofie Habraszce. Powtórka już w maju w hali Orbita jak najbardziej mile widziana.

Za Twoich czasów Polska była potęga w karate.
Z każdej wielkiej imprezy regularnie przywoziliśmy grad medali. Po rozpadzie Związku Radzieckiego powstało jednak wiele republik w których karate jako sport odgrywa wiodąca rolę i tamtejsze władze inwestują duże pieniądze, żeby karatecy promowali ich kraje. Faworytami na mistrzostwach, jak zresztą od wielu lat, będą Rosjanie. Mają zawsze piekielnie silną reprezentację, szczególnie przedstawicieli części azjatyckiej. Między nimi, a resztą świata jest prawdziwa przepaść. Żeby zminimalizować ich monopol na wygrywanie, europejskie władze postanowiły ograniczyć start w każdej kategorii tylko do dwóch karateków z jednego kraju. Do tej pory było ich zawsze trzech, a nawet czterech.

W środowisku karate mówi się, że Rosjanie to prawdziwe maszyny do bicia.
Na wschodzie panuje zupełnie inna kultura. Wielokrotnie przyglądałem się z bliska jak wyglądają tam treningi początkujących wojowników. Surowe zasady wpajane są od małego. Raz na seminarium w Rosji byłem świadkiem jak jeden z dziesięcio- czy dwunastoletnich karateków nie do końca przykładał się do zajęć. Miał zrobić 50 pompek, a wykonał tylko połowę. Błyskawicznie zobaczył to trener i zaczął z całej siły okładać chłopca patykiem po nogach. - Przynosisz wstyd swoim rodzicom - wydzierał się opiekun, a oglądajcy z boku całą sytuację tata i mama dziecka nawet nie drgnęli. Na zachodzie jest inaczej. Tu obchodzi się z trenującymi jak z jajkiem. Karatecy są za bardzo grzeczni, często brakuje im surowej dyscypliny.

Ty wielokrotnie udowodniłeś, że wschodnie wartości nie są Ci obce.
Surowe zasady, sumienność i pracowitość - te cechy wpoił mi mój dawny trener Jacek Lamot. Jeszcze jako młody chłopak, po powrocie z treningów do domu, musiałem chować się przed mamą, żeby nie zobaczyła mojej czarnej od siniaków klatki piersiowej. Tak wymagające były to ćwiczenia. Pamietam jak kiedyś zbliżały się mistrzostwa Europy w Użgorodzie na Ukrainie. Podczas jednego z treningów mój sparingpartner kopnął mnie tak niefortunnie, że złamał mi dwa żebra. Niesamowity pech. Nie poddałem się jednak. Było jeszcze trochę czasu. Trochę, czyli... kilka dni. Lekarze dawali mi dwa miesiące na dojście do pełnej sprawności. Nawet podczas zwykłego kaszlu cierpiałem, mimo tego zdecydowałem się pojechać na mistrzostwa. Nie mogłem jednak dać po sobie poznać, że coś mi dolega. Nie chciałem ułatwiać zadania rywalom. Ból przy każdym większym ruchu był tak potworny, że czułem jakby mnie zażynali. Mój lekarz przed każdą walką dawał mi lidokainę, silny środek miejscowo znieczulający. Wystarczyło na 15 minut, a potem znowu zaczynał się dramat. Zaciskałem jednak zęby i czekałem na kolejne pojedynki. I tak aż do wielkiego finału. Zdobyłem złoty medal, co jeszcze kilkanaście dni przed mistrzostwami wydawało się kompletnie nierealne. Wygrałem najważniejszą walkę. Z samym sobą.

W Twojej karierze nie brakowało ekscytujących walk.
Jedną z najbardziej emocjonujących potyczek stoczyłem na mistrzostwach Europy w Katowicach. To było dziewiętnaście lat temu. Wtedy nie było jeszcze podziału na kategorie wagowe. W walce o złoto moim rywalem był bardzo groźny Ukrainiec, mistrz Europy, ważący aż 12 kilogramów więcej ode mnie. To był niesamowity bój. Kultowy Spodek wypełniony był do ostatniego miejsca. Gorąca atmosfera na trybunach panowała od pierwszego kopnięcia. Gorsze warunki fizyczne nadrabiałem niesamowitą wolą walki. Czułem także na plecach doping kilku tysięcy rodaków. Do wyłonienia triumfatora nie wystarczyły nawet dwie dogrywki. Sędziowie przyznali mi zwycięstwo dopiero ze względu na niższą wagę. Po tak heroicznym boju zostałem mistrzem Europy.

Każdy wojownik marzy żeby zostać mistrzem świata. W twoim bogatym sportowym CV zabrakło tego prestiżowego tytułu.
Rok 2003. Zbliżały się zawody w Japonii, a gospodarzem było Tokio. Byłem w świetnej formie, zarówno fizycznej jak i psychicznej. Cel był jasny - złoto. Pierwsze, historyczne, wymarzone. Jeden z ostatnich treningów. Na nogach mieliśmy założone kilkukilogramowe odważniki. Na umówiony sygnał wyprowadzaliśmy wysokie kopnięcie w stronę głowy, a partner musiał je zablokować. Potem zmiana. Ja broniłem, mnie atakowano. Nie wszystko poszło jednak zgodnie z planem. To były ułamki sekund. Ćwiczący ze mną w parze chłopak źle zrozumiał komendę i w momencie kiedy miałem opuszczone ręce i byłem kompletnie zaskoczony z całych sił kopnął mnie nogą z odważnikiem w głowę. "Siadło" idealnie. Po chwili poczułem cierpki smak krwi w ustach. Miałem złamany nos, wgnieciony oczodół i poważne wstrząśnienie mózgu. Zamiast w hotelu w Tokio, obudziłem się na szpitalnym łóżku. Marzenia o złotym medalu prysły niczym bańka mydlana. Teraz najważniejsze było zdrowie. Wyglądałem jakby obiło mnie kilkunastu gości. Miałem podwójne widzenie. Lekarze ocenili mój stan jako poważny, konieczna była operacja. Przez kilka dni byłem w takim szoku, że co chwile dopytywałem, o której odlatuje mój samolot do Japonii. Tym razem mogłem polatać jedynie palcem po mapie. Sprawca wypadku bał się przyjść do szpitala, choć nie miałem do niego urazu. Wiem, że nie zrobił tego celowo. Dopiero po czternastu latach zdobyłem mistrzostwo świata masters. W Japonii, na osłodę.

To sugeruje, że jesteś jak wino?
Mam ponad 50 lat, a fizycznie wciąż czuję się świetnie. Myślę, że dałbym radę niejednemu młodszemu przeciwnikowi. Na mojej głowie jest obecnie bardzo dużo obowiązków, więc ograniczam starty w rywalizacji oldbojów. Ciagle jednak trzymam formę. Dużo ćwiczę, ale przede wszystkim skupiam się na trenerce. Prowadzę swój klub, gdzie przygotowuję m.in mojego syna Patryka, którego doprowadziłem do złota na mistrzostwach Europy.

Dzięki karate zwiedziłeś prawie cały świat.
Przez kilkanaście lat walczyłem niemal na każdej szerokości geograficznej. Azja, USA czy Afryka. Najbardziej podobało mi się na Czarnym Lądzie. Duże wrażenie zrobiła na mnie Algieria. Trenowałem tam zamożnych Arabów. Ich kultura mogła zaskakiwać. W czasie treningu nagle rozpoczynali modlitwę. Trzeba było cierpliwe czekać. W wolnym czasie jeździliśmy quadami po pustynnych bezdrożach. Dziennie pokonywaliśmy nawet 150 kilometrów prując po 200 km/h. Niesamowita frajda. Nie zawsze było jednak tak gorąco (śmiech). Kiedyś jechaliśmy na zawody aż do Jekaterinburga, w azjatyckiej części Rosji. Międzylądowanie mieliśmy w Moskwie. Było co prawda zimno, jakieś minus dziesieć stopni, ale jeszcze do zniesienia. Kiedy wylądowaliśmy za Uralem i wyszedłem na płytę lotniska, zdębiałem, a w zasadzie zamarzłem. Szok. Termometry wskazywały prawie minus 40 stopni. Trafiliśmy na jeden z najbardziej zimnych okresów w roku w tym rejonie.

Nie tylko zawodowo obchodzisz jubileusz. Już prawie 30 lat razem z Agnieszką stanowicie "perłowe małżeństwo".
Raczej złote ze względu na nasze sportowe sukcesy (śmiech). Połączyła nas miłość do karate i tak trwa do dziś. Poznaliśmy się na mistrzostwach Dolnego Śląska w Lubinie. Wygrałem turniej, a Agnieszka, która już co prawda trenowała, ale jeszcze nie startowała w zawodach, poprosiła mnie o wspólne zdjęcie. Uśmiechnęliśmy się do siebie zalotnie a potem każde poszło w swoją stronę. Dopiero po roku spotkaliśmy się ponownie. Zawody tej samej rangi, gospodarzem tym razem była Jelenia Góra. Znowu byłem najlepszy. Obecna była również Agnieszka, która i tym razem podeszła mi pogratulować a potem zaprosiła: "Przyjedź do Wrocławia to pokaże Ci nasze zdjęcie. Bardzo ładnie wyszliśmy". Nie potrafiłem odmówić (śmiech). Czasem zastanawiamy się ze śmiechem jak wytrzymaliśmy ze sobą tak długo. Tym bardziej, że prywatnie i zawodowo spędzamy ze sobą niemal każdą chwilę. Wspólne treningi, zgrupowania i zawody. Zanim założyliśmy szkołę walki rozkręcaliśmy biznes. Mieliśmy sklep mięsny. Szło nam całkiem nieźle. Potem jednak postawiliśmy wszystko na sport. Karate w naszym domu to główny temat. Patryk to już ceniony zawodnik, nasz drugi syn, Cezary, ma 12 lat i dopiero zaczyna przygodę ze sportami walki. Dzieciaki ciagle powtarzają, że chcą być najlepsze. Ich ambicja i determinacja tylko mobilizuje nas, żeby poświęcać im jak najwięcej czasu na treningach. Mam wielką nadzieję, że już za miesiąc cała hala Orbita odśpiewa Mazurka Dąbrowskiego, a na najwyższym stopniu podium stać będzie mój syn.

Sponsorem wywiadu jest Setka - Wrocław, ulica Kazimierza Wielkiego 50a, Warszawa, ulica Świętokrzyska 14
Oceń publikację: + 1 + 18 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy bar na dachu centrum handlowego to dobry pomysł?





Oddanych głosów: 48