zamknij

Sport

Druga strona medalu (odc.46) - Robert Złotkowski

2019-05-17, Autor: Andrzej Gliniak

Robert "Złoty" Złotkowski - mistrz świata i Europy w kickboxingu, wielokrotny mistrz Polski w k-1, zawodowy bokser, obecnie jeden z najbardziej uznanych polskich trenerów jest gościem Andrzeja Gliniaka w "Drugiej stronie medalu".

Reklama

Ciężko Cię nie lubić, uśmiech chyba nigdy nie schodzi Ci z twarzy?
Z natury jestem bardzo pozytywnym człowiekiem. Kocham życie i ludzi. Każdego ranka cieszę się z tego, co mam. Jestem zdrowy. Nie jąkam się, mimo że w karierze stoczyłem kilkadziesiąt walk kickbokserskich i pięściarskich. Wszystkie wolne chwile staram się spędzać z cudownymi córeczkami Adelą i Weroniką. Pierwsza ma pięć lat. To prawdziwy diabełek (śmiech). Nie usiedzi w jednym miejscu nawet przez chwilę. Rośnie prawdziwa fighterka. Druga dziewczynka jest dziesieciolatką. Trenuje judo. Finansowo też nie jest źle, mam co włożyć do garnka.To dla większości naprawdę prozaiczne rzeczy, które doceniamy dopiero w momencie ich utraty.

Optymizmem starasz się zarażać innych.
Złotkowski Team to nie tylko litry potu wylane na treningach. Jest czas na ciężką  pracę, ale też żarty i pozytywny klimat. Pod moimi skrzydłami ćwiczy kilkadziesiąt osób. Jestem dla wszystkich. Zarówno profesjonalistów jak i totalnych amatorów. Najlepsi wojownicy w Polsce przeszli przez moje ręce. Fighterzy mieszanych sztuk walki jak Łukasz Jurkowski, Daniel Omielańczuk, Janek Błachowicz czy Tomek Jakubiec szlifują u mnie stójkę. Mam również zajęcia z początkującymi zawodnikami, a także z tymi którzy traktują k-1 jako ogólnorozwojówkę. Zawsze staram się przekazać swoim podopiecznym najważniejsze zasady, których nauczyłem się w ringu i poza nim. Może głupio to zabrzmi, ale nigdy nie walczyłem dla kasy. Ja po prostu lubię się bić.

Można zobaczyć Cię nie tylko w ringu, ale także na dużym ekranie.
Pracuję jako kaskader. Uczyłem się od najlepszych. Moim mentorem był Rysiek Janikowski, mistrz świata w kaskaderstwie. Byłem wykładowcą w jego szkole. W swoim życiu wziąłem udział w kilkunastu produkcjach, podczas których odegrałem wiele niebezpiecznych scen. Przygotowuję też aktorów do ról wojowników. Obecnie trenuje z Mikołajem Roznerskim i Piotrem Stramowskim. Już wkrótce premiera filmu "Wojownik" z ich udziałem. Prowadziłem też zajęcia ze studentami. Na Politechnice Warszawskiej mój przedmiot "Sport do wyboru" cieszył się dużą popularnością. Na wykładach miałem pełne sale. Politechnika nie chciała dać mi jednak etatu, dlatego zrezygnowałem. Na zakończenie kariery stoczyłem jednak pożegnalną walkę. Na teren uczelnianej auli przyszło dopingować mnie mnóstwo studentów. Jeszcze niedawno pracowałem też jako dyrektor sportowy i match maker w największej w Polsce federacji kickboxingu - DSF Kickboxing Challange.

Sporo tego. Jesteś pracoholikiem?
Kocham to, co robię. Wstaję o 4:30 a chodzę spać po 23. Cały dzień na pełnych obrotach. Wolne weekendy w roku mogę policzyć na palcach jednej ręki. Jestem bardzo towarzyską osobą. Kiedy nie pracuję, spędzam czasu z córeczkami. Nasz cotygodniowy rytuał to niedzielne wypady do kina, które rozpoczął razem ze mną mój tata. Często rozmawiam też przez telefon. Odbieram nawet po kilkadziesiąt połączeń dziennie. Kiedy komórka milczy jest mi zwyczajnie smutno.

Jesteś na bieżąco ze sportami walki. Którego z obecnie walczących polskich kickbokserów cenisz najbadziej?
Duże wrażenie zrobił na mnie Kamil Jenel i to bynajmniej nie z racji swoich okazałych warunków fizycznych (śmiech). To jeden z topowych zawodników w naszym kraju, którego jeśli tylko będą omijały problemy zdrowotne, ma dużą szanse osiągnąć sukces na arenie międzynarodowej. Ostatnio na gali DSF w Mysłowicach walczył z kontuzją, a jego rywalem był groźny Francuz - Yohan Lidon. Mimo urazu całkowicie zdominował pojedynek i odniósł przekonywujące zwycięstwo, po raz kolejny broniąc pas mistrza tej federacji w wadze średniej. Jenel swoim bezkompromisowym stylem walki przypomina mi naszą pełną sukcesów polską szkole kickboxingu z lat 90. Równie wysoko cenię Tomasza Sararę. Ma wielkie serce do walki. Jego bój z Petrem Romankiewiczem był prawdziwym testem charakteru, który powinien posiadać każdy wojownik. Wydawało się, że Sarara po potężnych ciosach przegra pojedynek, a jednak przetrwał kryzysowy moment i efektownym kopnięciem znokautował Białorusina.

Ponad dwadzieścia lat temu zostałeś we Włoszech mistrzem świata w kickboxingu i poszedłeś do... zawodowego boksu.
Z perspektywy czasu uważam, że zrobiłem to zdecydowanie za szybko. Pięściarstwo było co prawda wtedy bardziej prestiżowe, pokazywane w telewizji, a przede wszystkim można było zarobić większe pieniądze, ale w Polsce zaczynał się prawdziwy boom na k-1. Wszyscy z wypiekami na twarzy śledzili walki Marka Piotrowskiego, Przemka Salety czy Piotra Siegoczyńskiego. Mimo że głód naszych kibiców był ogromny to jednak brakowało profesjonalnych gal. Jedną z pierwszych profesjonalnych imprez K-1, którą zorganizowano na Torwarze w Warszawie oglądał komplet kilku tysięcy kibiców. Mogłem zatem pozostać przy kickboxingu i nieco inaczej pokierować karierą. Niczego jednak w życiu nie żałuję. Każda lekcja daje w życiu naukę. Najważniejsze, żeby umieć wyciągać wnioski i nie powielać błędów.

Pięściarstwo szlifowałeś przy innym znakomitym kickbokserze.
Z Przemkiem Saletą znamy się wiele lat. On też po latach wybrał boks. Pomagaliśmy i pomagamy sobie nawzajem. Przemek mi zaufał. Mimo młodego stażu, przed prestiżową walką z Andrzejem Gołotą zostałem jego trenerem. Dla mnie to była wielka sprawa. Stałem w narożniku Salety, a na przeciwko sam Andrzej Gmitruk. Potem pomagałem Przemkowi przed walką z Tomaszem Adamkiem. Kiedy podpisałem zawodowy kontakt pięściarski, Saleta zawsze służył mi radą i uczył tajników boksu. Minęło prawie dwadzieścia lat, a my dalej się kumplujemy. Co prawda wolnego czasu mamy jak na lekarstwo, kiedy jednak tylko się spotykamy zawsze jest wesoło.

Jedna z twoich najlepszych walk bokserskich okazała się twoją ostatnią...
- Pakuj się, jutro masz walkę, lecimy do Danii - usłyszałem w słuchawce głos swojego managera. Na początku byłem pewny, że to jakiś żart, po chwili jednak kiedy poinformował mnie o szczegółach musiałem błyskawicznie podjąć decyzje. - Walczę - nie wahałem się ani chwili. To było ogromne wyzwanie. Moim rywalem był Duńczyk Jesper Krisitansen pięściarz z najwyższej półki, interkontynentalny mistrz organizacji WBC. Walka zakontraktowana była w Kopenhadze. Przeciwko sobie miałem nie tylko wymagającego przeciwnika, ale także kilka tysięcy rozkrzyczanych gardeł. Walka od początku układała się po mojej myśli. Dominowałem nad miejscowym pięściarzem, a kibice byli coraz bardziej rozczarowani przebiegiem walki. Kluczowa była piąta runda. Kristiansen zaczął opadać z sił. Wykorzystałem jego nieuwagę i trafiłem go. Duńczyk był niezdolny do walki. Sędzia wyliczył rywala. Trener Jacek Urbańczyk zaczął skakać z radości, a ja pobiegłem do neutralnego narożnika w oczekiwaniu na przerwanie pojedynku. Ku mojemu zdziwieniu po chwili sędzia podjął decyzję o... mojej dyskwalifikacji za rzekome uderzenie głową. Szok. Byłem wściekły. - Nikt nie będzie mnie oszukiwał - pomyślałem na gorąco. Kończę z boksem. Błyskawicznie przewartościowałem pewne rzeczy. Miałem kilka alternatyw. Już na chłodno podtrzymałem swoją decyzję. To była moja ostatnia zawodowa walka. Miałem zaledwie 26 lat.

Z jednej strony mówisz, że kickboxing to całe twoje życie z drugiej uważasz, że k-1 nie jest sprawą życia i śmierci. Skąd ta rozbieżność?
Nie ma w tym stwierdzeniu konfliktu interesu. Przez cała swoją karierę kierowałem się zasadą, żeby bić się z głową. Nie ryzykowałem, tylko mądrze kalkulowałem. Nie byłem łobuzem w ringu. Wiadomo, że podczas walki nie da się wszystkiego przewidzieć, ale nie warto ryzykować zdrowia lub życia w ringu. - Co będzie jeśli nabawisz się poważnej kontuzji, a całkowicie poświęcasz się dla sportów walki? - taka myśl często przechodziła mi przez głowę. Bez żadnej alternatywy i pomysłu na życie można obudzić się z przysłowiową ręką w nocniku. Kiedyś obiecałem mamie, że nikt nigdy podczas walki nie złamie mi nosa. Słowa dotrzymałem. Mam na twarzy kilkadziesiąt szwów, rozbite łuki brwiowe ale mój nos zawsze był cały. Po zakończeniu przygody z zawodowym boksem miałem więcej czasu na samorealizację. Skończyłem studia na warszawskim AWF-ie. Przygotowywałem się do roli trenera. Spróbowałem swoich sił w innych dziedzinach życia. Miałem wiele pomysłów, które do tej pory wcielam w życie. Niedawno odwiedziłem mojego przyjaciela. Siedzieliśmy na tarasie, popijaliśmy kawkę i słuchaliśmy muzyki. Miałem wokół osoby, na których mi zależy a ja dla nich też nie jestem obojętny. Byłem szczęśliwy. Często jestem. Życie jest piękne.

Sponsorem wywiadu jest Setka - Wrocław, ulica Kazimierza Wielkiego 50a, Warszawa, ulica Świętokrzyska 14
Oceń publikację: + 1 + 2 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy we Wrocławiu powinien powstać skwer Pawła Adamowicza?





Oddanych głosów: 629