zamknij

Sport

Druga strona medalu (odc.48) - Marcin Tybura

2019-06-27, Autor: Andrzej Gliniak

Marcin Tybura, wojownik federacji UFC, najlepszy zawodnik w wadze ciężkiej w Polsce i reprezentant światowej czołówki w swojej kategorii jest kolejnym gościem Andrzeja Gliniaka w "Drugiej stronie medalu".


Częściej można cię spotkać na sali treningowej czy pracującego w polu?
Z wykształcenia jestem rolnikiem. Specjalizuję się w uprawie roślinnej. W przerwach między walkami wsiadam w ciągnik i pomagam rodzinie przy zasiewach i żniwach. Obsługa traktora i innych maszyn rolniczych też nie jest mi obca. Na roli, kilka razy w roku, jest więcej pracy. Priorytetem są dla mnie jednak sporty walki. Teraz, kiedy mam podpisany kontrakt z najlepszą federacją świata, to MMA poświęcam najwiecej czasu.

Reklama

Starasz się jednak wszystko pogodzić..
Pamiętam jak kiedyś, dwa dni przed polskim pojedynkiem wieczoru z Damianem Grabowskim na gali M-1 w Petersburgu, walczyłem, ale nie na sali treningowej tylko na... swoim polu. Moim sparingpartnerem był popsuty ciągnik. Cały umorusany naprawiałem sprzęgło. Już kilka godzin później siedziałem w samolocie. Do pokonania miałem ponad tysiąc kilometrów. Pojedynek z "Polish Pitbullem" wygrałem w 1. rundzie.

Kiedy jest się profesjonalnym sportowcem, nie ma zmiłuj.
Raz na wieś przyjechała do mnie kontrola antydopingowa. Musiałem zejść z przyczepy i udać się do toalety. Procedury to procedury, bez względu gdzie się znajdujesz.

Jedną z takich procedur zapamiętasz do końca życia.
Standardowe badanie przed każdą walką. Zwykła formalność. Pamiętam, że byłem w świetnym humorze. Po przeczytaniu wyników nie było mi już jednak do śmiechu. Żółtaczka typu C - diagnoza  brzmiała jak wyrok. Szok. Przez głowę przeleciała mi jedna myśl - "Nigdy już nie zawalczę". Pięć dni oczekiwania na powtórzenie badania były jak wieczność. Nikomu o tym nie powiedziałem. Podczas otwierania koperty miałem nogi jak z waty. Kiedy tym razem wynik był negatywny i okazało się, że jestem zdrowy. Tonowy kamień spadł mi z serca.

Początki ze sportami walk miałeś podobne jak większość młodych chłopaków.
Od szesnastego roku życia dorabiałem stojąc na bramkach. Na pierwszym miejscu zawsze stawiałem perswazję słowną. Czasami to jednak nie wystarczyło. Mam spore gabaryty, więc budziłem respekt, ale pod względem walki byłem surowy. Chciałem to zmienić. Zaczynałem od ju-jitsu. Potem było MMA. Trenowałem w Poddębicach. To zaledwie kilkutysięczna miejscowość w województwie łódzkim. Zajęcia mieliśmy w malutkiej salce klubu United Gym. Bakcyla połknąłem błyskawicznie. Przez pół roku nie opuściłem żadnego treningu. Byłem wtedy pod skrzydłami Kamila Umińskiego, któremu bardzo wiele zawdzięczam. Bardzo szybko zaczął zabierać mnie na różne turnieje. Nosiłem dumnie podkoszulek UFC, choć tak naprawdę nie marzyłem nawet, że mogę znaleźć się w elicie wojowników. W pewnym momencie musiałem wyjechać do Anglii. Tam trenowałem ju-jitsu. Szło mi całkiem nieźle. Zacząłem odnosić drobne sukcesy, udało mi się wygrać kilka turniejów. Pomyślałem, że szkoda marnować potencjał i warto wrócić do Polski.

Co prawda imponujesz posturą, ale na pierwszy rzut oka raczej nie przypominasz gościa, który należy do światowej czołówki MMA w wadze ciężkiej.
Wyglądam raczej na grzecznego chłopca (śmiech). Dużo ludzi mi to mówi, ale jak widać pozory mylą. Do atletycznej budowy ciała też mi daleko. Z charakteru również jestem bardzo spokojny. Naprawdę trudno wyprowadzić mnie z równowagi. Pamietam kiedyś śmieszną sytuację. Jechałem na jedną z moich pierwszych walk w MMA. Towarzyszyli mi dwaj trenerzy: Dawid Pepłowski i Rafał Korczak. Nie byłem jeszcze rozpoznawalny w środowisku sportów walki. Po dotarciu na halę podszedł do nas organizator. Panowie - zwrócił się do chłopaków - tam jest wasza szatnia.

Początki twojej zawodowej kariery w MMA nie należały do najłatwiejszych.
Organizatorzy gal traktowali mnie jak typowe "mięso armatnie". Dobierali mnie zawsze pod kątem lokalnego faworyta, który miał mnie po prostu "sklepać". Byłem duży, więc taka walka dobrze się sprzedawała. Raz, drugi czy trzeci wygrałem z miejscowym bohaterem i wreszcie zaczęto się ze mną liczyć.

Pierwszy sukces odniosłeś na mistrzostwach Polski w Chorzowie, mimo że tak naprawdę mogłeś wogóle w nich nie wystartować.
Kilka miesięcy wcześniej w Łomiankach odbyły się zawody, które były eliminacjami do turnieju finałowego mistrzostw Polski. Trafiłem na Daniela Omielańczuka. Przegrałem. Wtedy jednak los się do mnie uśmiechnął. Mój niedawny przeciwnik doznał kontuzji, a ja zająłem jego miejsce. Wystartowałem w Chorzowie jako "szczęśliwy przegrany" i triumfowałem w całej imprezie. W finale pokonałem Adama Wieczorka i zdobyłem złoty medal w królewskiej kategorii.

Dopiero w wieku dwudziestu sześciu lat zacząłeś walczyć zawodowo. Późno.
Kiedy trenowałem i walczyłem amatorsko, nie byłem nastawiony na wielką karierę. Na pewno nie przypuszczałem, że za parę lat będę w stanie utrzymywać się ze sportów walki. Przełomowa była moja walka na gali w Pyrzycach z Krystianem Kopytowskim, podopiecznym Mirka Oknińskiego. Wygrałem przez TKO w trzeciej rundzie. Zainteresował się mną wtedy Łukasz Bosacki, jeden z najbardziej doświadczonych sędziów MMA, który zajmował się też wtedy trochę managerką. Zobaczył we mnie potencjał i zaproponował współpracę. Zgodziłem się, nie miałem nic do stracenia.

Juz na początku związałeś się z M-1 Global, prestiżową rosyjską organizacją mieszanych sztuk walki.
Pierwszą walkę stoczyłem aż w Orenburgu. Koniec świata, a do tego przeraźliwy mróz. Termometry pokazywały minus trzydzieści stopni. Samo miasto przypomina wyglądem Warszawę z lat 70. czy 80. Szaro, buro i ponuro, a do tego kłęby dymu unoszące się z każdego przejeżdżającego samochodu. Kierowcy chyba przez cała dobę nie wyłączają silnika (śmiech). Gdyby tego było mało, to jeszcze kilka dni przed galą nieopodal Orenburga spadł groźny deszcz meteorytów. Atrakcji towarzyszących zatem nie brakowało. Na szczęście nie zdekoncentrowałem się. W swoim debiucie pokonałem pochodzącego z Petersburga Rosjanina Denisa Komkina. Siódemka okazała się dla mnie szczęśliwa. W przeciągu zaledwie półtora roku wygrałem siódmą zawodową walkę z rzędu.

Passa zwycięstw trwała. Potem przyszło jeszcze zwycięstwo w Petersburgu z Chabanem Ka z Francji, ale na kolejną galę w tym mieście nie przyjąłeś już zaproszenia.
Termin nakładał się z już wcześniej zaplanowanym wyjazdem do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Oprócz udziału w prestiżowym turnieju w ju-jitsu, trenowałem tam również syna miejscowego szejka. Władca był także właścicielem Abu Dhabi Combat Club (ADCC) - największej na świecie federacji submission fightingu, czyli formuły walki zapaśniczej z "wykończeniami" czyli technikami kończącymi, takimi jak dźwignie i duszenia. Federacja organizuje prestiżowe turnieju ADCC World Submission Fighting Championships, w którym rywalizują czołowi grapplerzy świata.

Los jednak po raz kolejny się do ciebie uśmiechnął.
Okazało się, że gala w Petersburgu została przeniesiona na późniejszy termin. Kiedy wróciłem do Polski ponownie pojawiła się propozycja, żebym na niej zawalczył. Tym razem bez żadnych przeszkód się zgodziłem. Moim rywalem był solidny Łotysz - Konstantin Gluhov. Już w 1. rundzie wygrałem przez duszenie zza pleców. To był dla mnie przełomowy pojedynek, po której udowodniłem a przede wszystkim uwierzyłem, że jestem gotowy do walki z najlepszymi wojownikami na świecie.

Wygrałeś jeszcze kilka walk dla rosyjskiej federacji, w tym historyczną polską bitwę o pas wagi ciężkiej M-1 w Petersburgu.
W walce wieczoru zmierzyłem się z Damianem Grabowskim. To była wielka sprawa dla naszego MMA. Dwóch Polaków w najważniejszym pojedynku prestiżowej gali. Po niespełna półtorej minuty mogłem unieść ręce w geście triumfu. Wygrałem przez duszenie północ - południe. Nieformalnie zostałem najlepszym ciężkim w Polsce.

Potem stoczyłeś jeszcze trzy walki dla rosyjskiej federacji i podpisałeś kontrakt z UFC.
Pomógł mi Paweł Kowalik z MMA Cartel, który do tej pory jest moim managerem. To była mnie wielka chwila. Dołączyłem do elity. Absolutna światowa czołówka wojowników. Pierwszą walkę stoczyłem w Zagrzebiu. Moim rywalem był Timothy Johnson. Sędziowie jednogłośnie przyznali zwycięstwo Amerykaninowi. Na szczęście kolejne trzy pojedynki wygrałem. Szczególnie zwycięstwo w Singapurze z Białorusinem Andrejem Arlowskim smakowało wyjątkowo. To legenda sportów walki, były mistrz wagi ciężkiej UFC. Awansowałem wtedy do TOP 10 najlepszych ciężkich na świecie.

Poprzeczka została podniesiona bardzo wysoko. Na twojej drodze stanął sam Fabricio Werdum.
To było dla mnie bez wątpienia największe wyzwanie w dotychczasowej karierze. Brazylijczyk to wojownik z absolutnej światowej czołówki, notowany wtedy na drugim miejscu na świecie. Żywa legenda. Nasz pojedynek był walką wieczoru na gali w Sydney. Niestety przygotowania nie przebiegły tak jak zaplanowałem. Sześć tygodni przed walką nabawiłem się kontuzji. Naderwałem mięśnie. W oktagonie dałem z siebie wszystko. Przewalczyłem całe pięć rund. Rywal był lepszy. Sędziowie ogłosili jednogłośne zwycięstwo Brazylijczyka. Nie przyniosłem jednak wstydu.

Przez ostatni rok  stoczyłeś trzy walki. Ich bilans to dwie przegrane i jedno zwycięstwo.
Ostatnie pojedynki miałem kiepskie. Nigdy nie szukam usprawiedliwienia, ale od dłuższego czas walczę nie tylko z rywalami ale i z doskwierającą mi przepukliną. W najbliższym czasie muszę ją całkowicie wyleczyć. To jest obecnie mój priorytet. Wciąż mam ważny kontrakt z UFC. Kiedy tylko będę w pełni zdrowy wracam do oktagonu.

Masz teraz więcej czasu na zwiedzanie. To twoja pasja?
Podczas zagranicznych wycieczek staram się poznawać zwyczaje mieszkańców czyli tzw. "lokalsów". Zawsze ciekawi mnie ich kultura. Dowiaduje się wiele ciekawostek, których nie znajdę w przewodniku turystycznym. Dzięki sportom walki zwiedziłem niemal pół świata. Walczyłem już niemal pod każda szerokością geograficzną. Wielkie wrażenia zrobiła na mnie Koh Rong, niewielka tropikalna wyspa w Kambodży. Ciepła, błękitna woda, cudowne plaże. Świetnie rozwinięta baza turystyczna ale mało oblegana przez ludzi. Cisza i spokój. Słowem raj na ziemi.

W krajach azjatyckich, z racji okazałej postury, możesz czuć się jak egzotyczna maskotka?
Spotkałem się z tym na Filipinach, gdzie miejscowe dzieciaki uganiały się za mną. Byłem dla nich wielką atrakcją. Kiedy chciałem skorzystać z masażu pani tylko zmierzyła mnie spojrzeniem i westchnęła: "big, very big". W Singapurze urzekła mnie wszechobecna czystość i dyscyplina. Za zwykle żucie gumy grozi tu mandat.

Walczyłeś też w Stanach i Australii.
Na Antypodach jak chyba każdy turysta, chciałem zobaczyć na żywo kangury. Udało się. W Sydney widziałem też gmach słynnej opery. W Ameryce ogromne wrażenie zrobił  na mnie Wielki Kanion w Kolorado. Wielka przestrzeń wydrążona przez naturę. Wynajęliśmy auto i zwiedzaliśmy okolicę. Niezapomniane widoki.

W powrocie do zdrowia wspiera cię twoja druga połowa.
Z Agatą jesteśmy już dwa lata. Do każdej mojej każdej walki podchodzi bardzo emocjonalnie. Sama zdecydowała, że woli dopiero po fakcie dowiadywać się o wyniku. Szanuję to. W życiu prywatnym zawsze mogę na nią liczyć.

Sponsorem wywiadu jest Setka - Wrocław, ulica Kazimierza Wielkiego 50a, Warszawa, ulica Świętokrzyska 14
Oceń publikację: + 1 + 1 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy wydzielenie buspasa na Podwalu to dobry pomysł?





Oddanych głosów: 548