Sport

Druga strona medalu: Paweł Rańda (odc. 19)

2017-08-23, Autor: Andrzej Gliniak

Gościem kolejnego odcinku „Drugiej strony medalu” jest wioślarz Paweł Rańda. Sportowiec w rozmowie z Andrzejem Gliniakiem opowiada o swoich sukcesach i porażkach, stosunkach z działaczami sportowymi oraz śmiesznych historiach, które wydarzyły się podczas treningów.

Reklama

"Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy"...
Gdyby nie mój silny charakter i wsparcie żony pewnie już na starcie rzuciłbym wiosła i zakończył przygodę ze sportem. Naszej czwórce nie udało zakwalifikować się do Igrzysk w Atenach i od tego zaczęły się moje problemy. Pozbawiono mnie stypendium. Byłem w kropce. Sportowo, żeby zostać w grze, musiałem trenować i jeździć na obozy. Przede wszystkim trzeba było jednak utrzymać rodzinę. Urodził nam się syn, więc koszty życia zwiększyły się, a ja straciłem źródło utrzymania. Żona musiała teraz gospodarować budżetem, który czasami wynosił zaledwie 50 zł na tydzień. Pomagali starsi koledzy, weterani wioseł, którzy robili zrzutki i przekazywali mi pieniądze. Wciąż była to jednak kropla w morzu potrzeb. Koniecznie musiałem znaleźć dodatkową pracę. Zacząłem dorabiać jako kelner na stołówce Politechniki Wrocławskiej. W nocy obsługiwałem wesela, czy bankiety a w ciągu dnia studiowałem i musiałem trenować. Było ciężko. Przez cały czas wspierała mnie żona, która stale podkreślała, że jestem jeszcze młody i mam wiele do zrobienia. Byłem żądny sukcesu.

Ten przyszedł bardzo szybko.
Zaledwie rok po niezakwalifikowaniu się do Aten, zdobyłem brązowy medal w dwójce na mistrzostwach świata w Gifu w Japonii. Zakwalifikowałem się także w czwórce do najważniejszej imprezy czterolecia. Igrzyska odbywały się w Pekinie. Przed zawodami założyłem się sam ze sobą, że jeśli awansujemy do finału ogolę się na łyso, jeśli zdobędę medal zgolę brwi a jeżeli na mojej szyi zawiśnie złoty krążek pozbędę się brwi i rzęs. Postanowienia udało się zrealizować niemal w komplecie.

Już przed Igrzyskami pływaliśmy bardzo szybko i wiedzieliśmy, że jesteśmy w świetnej formie. Pekin to były nasze pierwsze wielkie zawody w czwórce bez sternika, więc nie mieliśmy nic do stracenia. Byliśmy naładowani pozytywną energią. Świetnie nam się współpracowało i traktowaliśmy się jak jedna wielka rodzina. To był team spirit w pełnym tego słowa znaczeniu. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Eliminacje i półfinał przeszliśmy jak burza.
Został najważniejszy wyścig. Bieg, który miał zapewnić nam przejście do historii polskiego sportu. Tak się stało.

Duńczycy tego dnia byli co prawda poza zasięgiem i prowadzili od startu do mety. My jednak niemal cały czas kontrolowaliśmy sytuację z drugiego miejsca. W końcówce co prawda musieliśmy mocniej powalczyć o srebrny medal, ale udało się. Radość była ogromna. To był nasz wielki sukces, tym bardziej że nie byliśmy faworytami. Po powrocie do Wrocławia żona stwierdziła, że moja metamorfoza po ogoleniu nie wygląda najkorzystniej, więc z niecierpliwością czekaliśmy aż wszystko odrośnie. Do tego czasu zawsze przed wyjściem do telewizji na wywiad grubą kredką domalowywała mi brwi (śmiech).

Zaczęło się Twoje pięć minut?
Radio, telewizja i gazety prosiły o rozmowy co chwilę. Nigdy jednak nie przypuszczałem, że zdobywając medal na Igrzyskach, będę miał jakikolwiek problem ze znalezieniem sponsorów, nie mówiąc już o pojedynczym dobroczyńcy. Życie bywa jednak przewrotne. Telefony od firm, które mogłyby wesprzeć mnie finansowo nie urywały się. Sam musiałem wziąć sprawy w swoje ręce. Wpadłem na pomysł zorganizowania kampanii reklamowej "Sponsor na medal - wygrajmy razem igrzyska w Londynie". Cieszyła się ona sporą popularnością, tym bardziej że billboardy z moją podobizną, rozwieszone były w całym Wrocławiu. Na efekty nie trzeba było długo czekać, a ja mogłem w spokoju przygotowywać się do startu w Londynie.

I tu znowu rozczarowanie...
Jechaliśmy po medal. Start kompletnie nam jednak nie wyszedł. Nie awansowaliśmy nawet do półfinałów. Ludzie ze związku, zamiast stanąć za nami murem, zaczęli krytykować. Bogusław Gryczuk, dyrektor sportowy, który komentował zawody w telewizji, nie zostawił na nas suchej nitki. Po dopłynięciu do mety nawet nie raczył do nas podejść i zapytać co się stało, dlaczego poszło nam tak słabo. Miał to w nosie.

To był dopiero początek bardzo nieeleganckiego zachowania ze strony włodarzy związku. Panowie z centrali chcieli nas po prostu upokorzyć. Wymusili start na torze w Wałczu z konkurencyjną załogą. Zwycięzca miał w kolejnych latach otrzymywać stypendium ze związku, a także reprezentować nasz kraj na międzynarodowych imprezach, w tym na najbliższych mistrzostwach Europy. Do przepłynięcia było 2000 metrów. My, czyli stara gwardia, która po niepowodzeniu w Londynie czuła się jak zbity pies kontra młode wilki, czekające tylko na nasze potknięcie.

Ten bieg przegraliśmy w głowach już przed startem. Na ostatnich metrach, kiedy przewaga rywali była zdecydowana, po prostu odpuściliśmy. - Nigdy więcej nikt nie będzie decydował o moich startach - pomyślałem wściekły, wychodząc z łódki. Od początku wiedziałem, że ten start to fatalny pomysł. Włodarze związku koncertowo zniszczyli naszą czwórkę, która przynosiła tak wiele radości i dumy dla naszego kraju. Ja sam przez kilkanaście lat reprezentowałem Polskę na najważniejszych międzynarodowych imprezach, a zostałem potraktowany kompletnie bez klasy.
Nasi "następcy" nie zakwalifikowali się do Igrzysk w Rio i nie odnieśli sukcesów. Wioślarska czwórka lekka w Polsce przestała istnieć.

Dlaczego w Polsce wioślarstwo jest wciąż tak mało medialna dyscypliną z niewielkim zainteresowaniem sponsorów?
W Niemczech, Hiszpanii czy Wielkiej Brytanii na zawody przychodzi kilkadziesiąt tysięcy kibiców. To prawdziwe święto dla ludzi. Coroczne, prestiżowe regaty wioślarskie na Tamizie w Londynie: Oxford kontra Cambridge śledzi na całym świecie kilka milionów ludzi. Potencjał jest ogromny, ale wydaje mi się, że rozwój dyscypliny w krajach takich jak Polska blokuje zbyt konserwatywne podejście światowych włodarzy do kwestii marketingowych. Kilka lat temu byłem inicjatorem pisma, które miało przekonać możnych tej dyscypliny do udostępnienia powierzchni reklamowych na łódce potencjalnym sponsorom. Niestety temat został błyskawicznie odrzucony. Organizowane wzorem choćby skoków narciarskich puchary świata nie przynoszą pieniędzy. Podczas swojej kariery musiałem utrzymywać się ze stypendiów, nagród od miasta i środków, które otrzymywałem od sponsorów.

Na wodzie zdarzało się wiele śmiesznych historii.
Raz trenowałem koło kładki zwierzynieckiej, nagle zobaczyłem płynącą... owcę (śmiech). - Panie, pomocy! Uciekła mi franca ze stada - usłyszałem z brzegu błagalny głos pasterza. Nie mogłem jej zabrać na łódkę, bo zaraz by ją pewnie wywróciła, więc niczym wytrawny pastuch zacząłem zaganiać przestraszone zwierzę w kierunku brzegu. Trwało to dobre kilkanaście minut. Udało się.

Kiedyś byliśmy na obozie w Portugalii. Nasza czwórka płynęła wraz z trenerem na zapoznanie z trasą. Nagle poczuliśmy huk. O jedno z wioseł uderzyło coś dużego. To ponad 10-kilogramowy karp zakończył swój żywot. Nie można było przepuścić takiej okazji. Kolacja smakowała wyśmienicie.

Przy tej historii na pewno nie jest Ci jednak do śmiechu. To był najdramatyczniejszy moment w twojej przygodzie z wiosłami.
Trening jak każdy inny. Pogoda dopisywała. Płynęło mi się świetnie. Zbliżały się zawody, więc dawałem z siebie maksa. Na horyzoncie pojawił się Most Pokoju. Był w trakcie przebudowy. U góry leżały zabezpieczone sterty gruzu. Nagle tuż obok łódki poczułem głośne chlupnięcie. Zalała mnie fala wody. Potężna, betonowa płyta spadła dosłownie metr obok mnie...

Partnerem cyklu jest renomowana włoska restauracja Ristorante Liberta 7 na Placu Wolności 7 we Wrocławiu.

Oceń publikację: + 1 + 4 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Najczęściej czytane

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy nazwanie tramwaju imieniem Krzysztofa Balawejdera to dobry pomysł?



Oddanych głosów: 302