zamknij

Kultura

"Kina są w kryzysie od samego początku. Nie martwię się o ich przyszłość" [WYWIAD]

2021-01-31, Autor: Michał Hernes

– Branża kinowa jest w kryzysie od początku swojego istnienia. W każdej dekadzie zdarzyła się jakaś ogromna katastrofa. Nie martwię się więc o przyszłość kin, bo ludzie zawsze będą chcieli oglądać na ekranie historie – mówi nam Ben Whetley, reżyser pokazywanego na festiwalu Nowe Horyzonty filmu "Free Fire".

Michał Hernes: Przyznam, że zaskoczyło mnie, że masz wyreżyserować drugą część „Tomb Raidera”. Dlaczego się na to zdecydowałeś?
Ben Wheatley: Chcę dla odmiany zrobić wysokobudżetowy film z mnóstwem akcji i humoru. Alicia Vikander to niesamowita aktorka, a napisany przez moją żonę Amy scenariusz jest naprawdę dobry.

Reklama

Liczę na dobrą rozrywkę, bo jestem fanem twojego filmu „Free Fire”.
To z kolei film akcji, który został zrealizowany na mniejszą skalę. Jest za to bardziej osobisty, czego nie można powiedzieć o współczesnych filmach z tego gatunku.

Doskonale pamiętam seans tego filmu na Nocnym szaleństwie przy okazji wrocławskiego festiwalu Nowe Horyzonty i entuzjastyczne reakcje widowni.
Super, takie relacje zawsze mnie cieszą.

Co jest dla ciebie najważniejsze w robieniu filmów?
To zależy od tego, o jakim aspekcie pracy nad filmem mówimy. Ważne jest, żeby bohaterowie byli jak najbardziej prawdziwi i przekonujący. Dotyczy to wszystkich gatunków – od komedii po horrory i kino akcji. Dużą wagę przywiązuję do kontrolowania tonacji i tempa filmu. Istotną rolę odgrywa również mój filmowy gust. Na realizowane przez siebie produkcje patrzę przez pryzmat tego, co sam chciałbym obejrzeć i jak bardzo dostarcza mi to rozrywki, bądź nie.

Reżyserujesz filmy dla siebie, czy dla widowni?
Uważam, że robi się je dla siebie, ale trzeba jednocześnie myśleć o tym, czy spodobają się innym. Zwłaszcza, że wiem, że są filmy, które wzbudzają zachwyt tylko we mnie. Niekoniecznie chcę, żeby inni ludzie wydali miliony dolarów na coś, co będzie się podobało tylko mi. To nie ma sensu. Uważam, że zawsze musisz podążać za swoim gustem, pamiętając jednak, że trzeba się zastanowić, co może się spodobać widowni. Gdybym próbował to zgadywać, ale nie podchodząc do tego z entuzjazmem, odbiłoby się to na jakości filmu.

Jaki masz filmowy gust?
Można go dostrzec w filmach, które zrobiłem. Lubię oglądać różne filmowe gatunki. Nigdy nie obawiam się oglądania arthouse’owych produkcji, ale nie mam też nic przeciwko mainstreamowi. Nie widzę w tym sprzeczności. Można lubić zarówno kulturę niską, jak i wysoką, podchodząc do obu z tym samym entuzjazmem.

Mało tego, mogą się ze sobą spotkać w jednym filmie.
Tak, ale nie ma niczego wstydliwego w tym, że się czegoś nie lubi. Jeśli innym coś się nie podoba, to nie mój problem.

Masz swoje guilty pleasure, czyli filmy, które lubisz oglądać ukradkiem?
Nie postrzegam filmów w ten sposób. To po prostu przyjemności. Wydaje mi się, że ludzie oglądają je z różnych powodów. Są tacy, którzy chcą obejrzeć jakąś historię albo film stawiający pytania, na które nie znamy odpowiedzi i który nas zaskoczy. Równie mocno lubię produkcje, w których wiem, co się wydarzy, bo znam reguły gatunku i jestem w stanie to przewidzieć. Znajdą się też tacy, co oglądają film dla konkretnego aktora bądź aktorki i nie ma dla nich znaczenia, jaki to gatunek. Dla innych z kolei jest on najważniejszy. Rozmawiałem niedawno z moją siostrą i wyznała, że nie zrozumiała, o co chodzi w jednym z filmów, bo nie przepada za grającą w nim aktorką i nie wsłuchiwała się w dialogi. Jak widać, przyczyn oglądania filmów jest bardzo dużo.

Jakie są twoje?
Przeważnie wynikają z mojej ciekawości. Czasem chcę się zrelaksować, więc oglądam film, który znam bardzo dobrze, a innym razem taki, który wymaga skupienia i refleksji, żebym zrozumiał, o co w nim chodzi. Ważne jest dla mnie, by film wprowadził mnie w stan snu. Filmowe produkcje porównałbym do książek – w trakcie czytania i oglądania uruchamiasz swoją wyobraźnie, zastanawiając się, co będzie dalej. Filmy i książki nie są prawdziwe, ale doświadczasz ich w ten sposób, jakby było inaczej. Jeśli nie poddasz się tej magii w trakcie czytania bądź seansu, twórcy ponieśli porażkę.

Skąd wiesz podczas pisania i reżyserowania filmów, że są dobre i spodoba się innym?
Nie wiem tego do samego końca pracy nad filmem. Może być tak, że na stole montażowym obejrzysz jego fragmenty i pomyślisz sobie, że są w porządku. Warto też pamiętać, że odbiór filmowych produkcji zmienia się na przestrzeni lat. To nie jest zamknięty rozdział, tylko niekończące się, przeżywane doświadczenie.

Czy przed rozpoczęciem pracy nad filmem oglądasz inne produkcje?
To zależy od filmu. Bywa, że w trakcie kręcenia przez lata nie oglądam niczego, a innym razem – wręcz przeciwnie. Uwielbiam, że przed rozpoczęciem zdjęć do „Magnolii”, Paul Thomas Anderson opracował listę filmów, które oglądał wspólnie z resztą ekipy, a potem o nich dyskutowali. Nigdy jednak czegoś takiego nie zrobiłem.

Przyznam, że twoje filmy zawsze mnie zaskakują i zawsze jestem ciekaw, o czym będzie następny.
Staramy się nie powtarzać i jestem zainteresowany różnymi rodzajami filmów. Mam szczęście, że udaje mi się to robić. Nie potrafię sobie wyobrazić, że miałbym ciągle reżyserować to samo.

Czy zaczynając pisać scenariusz, wiesz jak skończy się twój film?
Czasami zaczynam od końca i robię retrospektywy. Innym razem punktem wyjścia jest strona bądź haiku, które przybiera formę opowieści. Zdarza się, że piszę scenariusz chronologicznie i mam problem z wymyśleniem zakończenia. Każdy scenariusz, w prace nad którym byłem zaangażowany, został napisany w inny sposób.

Przykładem nietypowego scenariusza i filmu jest twoja „Lista płatnych zleceń”.
Chciałem zrobić horror będący kryminalną opowieścią ze zwrotami akcji. W trakcie pisania scenariusza zastanawiałem się, jak przerazić widzów. Wypisałem sobie listę rzeczy z moich koszmarów, które przeraziły mnie i liczyłem, że przerażą także widzów. Nie chciałem korzystać ze schematów z horrorów, które nie są już tak przerażające. Uważam, że jednym z problemów filmów grozy jest to, że ludzie identyfikują się z potworami i mają ich za bohaterów. Przez to wampiry i zombie nie są już przerażające, bo ludzie czują przy nich komfortowo. Właśnie po to widzowie oglądają filmy – żeby odczuwać komfort. Podoba im się, że znają reguły gatunku. Wydaje mi się, że „Lista płatnych zleceń” zaniepokoiła ludzi, bo nie wiedzieli, czego się spodziewać i co chwile następowały zwroty akcji. Przemocy używaliśmy w ten sposób, żeby wytrącić widzów z równowagi, pokazując coś bliższego realizmowi niż filmowej stylizacji. Zależało nam, by pokazać przemoc w ten sposób, żeby przerazić ludzi. Gdy obejrzałem ten film po latach, zastanawiałem się, co myślałem w trakcie pisania scenariusza i nie poznawałem sam siebie.

Wygląda na to, że „In the Earth” to kolejny kameralny horror, a nie produkcja zrealizowana na dużą skalę.
Nie uważam, że większy znaczy gorszy. W „Liście płatnych zleceń” nie pojawia się zbyt wielu bohaterów, ale ten film przeraża ludzi. Obsada „In the Eart” także nie jest duża. Im więcej pieniędzy przeznaczysz na filmową produkcję, tym mniej będzie przerażająca, bo ma się spodobać jak największej ilości osób. W horrorze kluczowe jest to, w jaki sposób przerazi ciebie jako filmowca. Nie realizujesz go tylko po to, by zrobić film w tym gatunku. Mówisz wiedzieć, jak to jest być przerażonym i jak przestraszyć innych.

To skąd wiesz, że coś jest przerażające?
Jest przerażające, jeśli przeraża mnie i nie tyle przypomina powstałe wcześniej horrory, ale jest bliższe lękowi pierwotnemu.

O czym opowiada pandemiczny horror „In the Earth”?
Póki co nie mogę zdradzić szczegółów dotyczących tej produkcji.  

Kolejnym twoim nietypowym filmem jest „High-Rise”, zainspirowany prozą J.G. Ballarda.
Zekranizowanie tak znakomitej książki nie było łatwe. Scenariusz napisała moja żona Amy i w trakcie pracy nad nim zniknęła na trzy miesiące. Odetchnęliśmy z ulgą, kiedy po premierze okazało się, że fanom Ballarda spodobał się ten film i że ich nie wkurzyliśmy. Jego producentem jest Jeremy Thomas, który wyprodukował także „Crash: Niebezpieczne pożądanie” i znów chciał przemycić dziwną produkcję do mainstreamu. „High-Rise” był pokazywany w multipleksach i wiedzieliśmy, że pójdą na niego fani Toma Hiddelstona. To dla mnie niesamowite, że tak dziwny i awangardowy film był pokazywany w kinach obok produkcji Marvela. Nie sądzę, żeby prędko równie ekscentryczna produkcja przedarła się do mainstreamu.

Wyreżyserowałeś też dwa odcinki „Doktora Who”.
Bardzo chciałem to zrobić. W latach 70, gdy byłem dzieckiem, ta seria zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Nowe odcinki oglądałem razem z synem i marzyło mi się, żeby pracować przy tym seriale. Przez lata, wspólnie z moim agentem, o to zabiegaliśmy. W końcu, po obejrzeniu moich filmów, zaprosili mnie do współpracy. Wyreżyserowałem dwa pierwsze odcinki sezonu, w którym doktora zagrał Peter Capadli, w tym odcinek z Dalekiem. Dla mnie – jako fana – była to niesamowita frajda, bo mogłem zajrzeć za kulisy i zobaczyć TARDIS. Producenci pozwolili mi zrobić w warstwie wizualnej to, co chciałem.

Ciągnie cię do pracy przy serialach?
Uważam, że podobieństw między kinem a telewizją jest coraz więcej. Niedawno wyreżyserowałem dla CBS odcinki serialu „Strange Angel” i mam w planach realizację telewizyjnego filmu.

Obawiasz się o przyszłość kina?
Branża kinowa jest w kryzysie od początku swojego istnienia. W każdej dekadzie zdarzyła się jakaś ogromna katastrofa. Nie martwię się więc, bo ludzie zawsze będą chcieli oglądać na ekranie historie. Moim zdaniem większy kryzys wynika z tego, że reżyserzy nie zawsze dostają twórczą swobodę, by realizować swoje wizje. Trudno jednak powiedzieć, jaka będzie przyszłość dystrybucji kinowej po pandemii, gdy zakończy się panujący obecnie chaos.

Oceń publikację: + 1 + 3 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Jaką nazwę powinien nosić skwer przy Zakładzie Karnym przy ul. Kleczkowskiej?




Oddanych głosów: 829