zamknij

Kultura

Możdżer: „Są muzycy, którzy przepłacili zabawę z jazzem życiem” [WYWIAD]

2019-04-26, Autor: Michał Hernes

– Nie da się osiągnąć niczego w jazzie, jeżeli nie zaangażuje się do końca swojej życiowej energii. Mam na myśli transformację życiowej energii w muzykę, która jest pod tym względem bezlitosna. Musisz się całkowicie jej poświęcić. Komeda mawiał, że publiczność płaci za sztukę swoimi pieniędzmi, a artyści swoim życiem – mówi Leszek Możdżer, dyrektor artystyczny festiwalu Santander Jazz Nad Odrą, który rozpocznie się w piątek, 26 kwietnia.  

Michał Hernes: Podczas konferencji prasowej powiedział pan, że na tegorocznej edycji Santander Jazz nad Odrą będą przodowały kobiety. Czy oznacza to, że panie zaczynają rządzić w jazzie, czy to raczej próba oddania kobietom dziejowej sprawiedliwości?
Leszek Możdżer: Uprawianie zawodu scenicznego muzyka jazzowego nieczęsto jest udziałem kobiet, ponieważ to uciążliwe życie, które wiąże się z koniecznością dźwigania gratów, podróżowania i pracy pod psychiczną presją. Znam tylko jedną pianistkę jazzową –  Geri Allen – która wchodziła na scenę z niemowlęciem i potrafiła zagrać koncert z dzieckiem znajdującym się w nosidełku na jej plecach. Susan Weinert bez problemu rozładowuje busa ze sprzętem i gra koncert, ale nie każdej kobiecie by się to spodobało. Bycie jazzmanem wiąże się ze stylem życia, który wymaga dużej siły fizycznej, nieregularnego snu, problemów natury higienicznej oraz opanowywania ciśnień związanych z przebywaniem w coraz to nowych miejscach wśród obcych ludzi, bardzo często natarczywych. Kobiety są z natury bardziej więziotwórcze niż mężczyźni, więc zwykle nie czują się dobrze w takiej rzeczywistości.

Reklama

Wracając do Santander Jazz nad Odrą – nie jest to festiwal zdominowany przez kobiety znajdujące się na promujących go plakatach, ale zarówno w sekretariacie festiwalu, jak i w innych jego strukturach zarządzających pracuje dużo kobiet. Kobieca energia cały czas bardzo mocno nam więc towarzyszy. Szefową sekretariatu jest Agnieszka Perlik –  to ona prowadzi wszystkie negocjacje i rozmowy w obcych językach. Żeby sprawnie zarządzać tą machiną, musi się wykazywać sporą ilością męskiej energii. Bardzo dobrze sobie z tym radzi.
Jeżeli zaś chodzi o muzyków, w tym roku przyjedzie do nas ze swoimi programami kilka przedstawicielek światowego jazzu takich jak Jazzmeia Horn, Kandace Springs czy Tia Fuller, które będą pokazywały swoje emocjonalne oblicza.

Czy to oznacza, że w jazzie jest coraz więcej kobiet, czy niekoniecznie?
- Nie ma twórczości bez kobiet. Myślę, że każdy artysta potwierdzi, że pierwiastek twórczy w mężczyźnie nie może się uruchomić bez obecności kobiecej energii. Na podobnej zasadzie my – mężczyźni pomagamy kobietom uruchomić w nich pewne pierwiastki, które bez tego kontrapunktu pozostają po prostu nieczynne. Wzajemnie się napędzamy. Dywagacje, na ile jazz jest męski albo kobiecy, nie do końca są trafione. To, co widzimy na plakatach nie zawsze odzwierciedla rzeczywistość, bo choćby menadżerami muzyków bardzo często bywają kobiety. O instytucji „muzy” nie wspominając. Rzecz jasna są tacy, którzy ulegają złudzeniu, że kobiet jest mało.

Tymczasem stanowią ok. 50 procent ludzkości albo i więcej.  
- Dokładnie. Każdy, kto ma do czynienia z żeńską energią wie, jak bardzo jest inspirująca, ale też, że chwilami bywa niebezpieczna.

Mężczyźni bywają zaś nadwrażliwi i nie zawsze radzą sobie z emocjami. 
- Chodzi o to, żeby równoważyć w sobie energię męską i żeńską, osiągając równowagę, która pomaga nam w miarę sensownie podróżować przez życie.

Jak pan sobie z tym radzi?
- Gdybym radził sobie z harmonizowaniem pierwiastka energii męskiej i żeńskiej, nie przyszedłbym na ten świat, tylko urodziłobym się w systemie, w którym ten problem dawno został rozwiązany. Urodziłem się na planecie Ziemia, żeby poradzić sobie z tymi żywiołami. Nie twierdzę, że mi się to udaje. Staram się w tym odnaleźć i ciągle się uczę. Utrzymanie wewnętrznej równowagi pochłania mnie i ogromnie fascynuje.

Czy, jak mawiali starzy gitarzyści bluesowi, trzeba krwawić dla bluesa?

- Pole muzycznej energii jest bardzo zaborczą matką. Co prawda muzyka daje nam życie, ale jednocześnie całkowicie konsumuje nasz czas, łącznie z wszystkimi naszymi marzeniami, aspiracjami i życiem osobistym. Bywa, że to bolesna symbioza. Krzysztof Komeda mawiał, że jazz jest niebezpieczną i bezlitosną grą, w której kładziesz na szali własne życie. Kiedy patrzy się na historie wybitnych muzyków jazzowych, widać, że niektórzy z nich przepłacili tę zabawę życiem. Nie da się osiągnąć niczego w jazzie, jeżeli nie zaangażuje się do końca swojej życiowej energii. Mam na myśli transformację życiowej energii w muzykę, która jest pod tym względem bezlitosna. Musisz się całkowicie jej poświęcić. Komeda mawiał, że publiczność płaci za sztukę swoimi pieniędzmi, a artyści swoim życiem.

Często rodzi się z tego coś pozytywnego.
- Muzyka i uczestnictwo w kulturze jest czymś, co różni nas od zwierząt. Jako ludzie staramy się kreować oparte na materialnych regułach piękno. Muzyka to system matematyczny, temperowany i 12-tonowy, które podwaliny zostały stworzone przez Pitagorasa kilkaset lat przed naszą erą. Prace nad systemem tonalnym zostały co prawda ukończone, ale trwało to 2 tysiące lat. Pracowało nad nim wiele wybitnych umysłów i rodził się poniekąd spontanicznie, ale zostało to okupione ich życiową energią.  

Dużo energii kosztuje praca nad Santander Jazz nad Odrą?
- Pracowaliśmy już od zakończenia poprzedniej edycji i odbiło się nam to czkawką, ponieważ pół roku przed festiwalem mieliśmy już praktycznie domknięty jego program. Zostało nam tylko parę wakatów na scenie kameralnej, a wciąż dostawaliśmy propozycje od wybitnych muzyków, dla których nie mieliśmy już miejsca.

Santander Jazz nad Odrą odbywa się już od 55 lat i co roku odnawia się kolejną warstwą. To już energo-informacyjno-emocjonalny mechanizm, który właściwie sam sobą zarządza. Santander Jazz nad Odrą poniekąd sam decyduje, jaki będzie miał kształt. Jako rada artystyczna staramy się tego nie zepsuć, ale prawda jest taka, że jeżeli coś przez 55 lat odbywa się regularnie raz do roku, siłą rzeczy staje się bardzo wyrazistym bytem energetycznym, który zaczyna dryfować w sobie tylko znanym kierunku.

Jaki będzie kształt tegorocznej edycji?
- Będzie się nam odsłaniał każdego wieczoru na estradach Impartu i na scenie plenerowej. Nie wiemy, czym to zaowocuje i sami jesteśmy tego ciekawi. Festiwalowy program wygląda dobrze, zaproszeni przez nas artyści gwarantują – tak nam się wydaje – wysoki poziom, ale nie mamy pojęcia, jakie będą tego konsekwencje. Wiele zależy od tego, jaką energię będzie emitowała publiczność, która przyjdzie posłuchać muzyki. Od tego będzie zależał ostateczny kształt tegorocznej edycji.

Wiemy z fizyki kwantowej, że obserwator zjawiska w świecie materialnym ma na nie decydujący wpływ. Podobnie będzie z publicznością i Santander Jazzem nad Odrą – zapewne każdy inaczej będzie odbierał koncerty i emitował własne wibracje do przestrzeni. Obcowanie z muzyką, która wydarza się na scenie, poniekąd zmusza każdego słuchacza do tego, żeby skontaktował się z własnym, wewnętrznym światem i w konfrontacji z nim wydał werdykt „lubię” albo „nie lubię”. Z tych wszystkich wewnętrznych decyzji powstanie jakaś średnia ocena, chociaż każdy będzie ten festiwal widział nieco inaczej.

Czy Santander Jazz nad Odrą nieustannie pana zaskakuje?
- Jest moim ukochanym zjawiskiem. Po zakończeniu pierwszej współkreowanej przeze mnie edycji, przez kilka nocy nie mogłem zasnąć. Dobiegająca do mnie ze sceny ilość informacji była tak duża i tak poruszająca, że nie mogłem sobie poradzić z przetworzeniem tych danych. Gdy koncert jest wybitny i po przerwie technicznej na scenę wychodzi kolejny zespół, zdarza się, że sala pustoszeje. Nie dlatego, że ludzie nie chcą słuchać tej muzyki. Po prostu dostali dużo informacji na różnych poziomach i potrzebują odpocząć. Jazz polega na obcowaniu z artystą, który znajduje się na scenie. Rozbudzony duchowo artysta emituje bezpośrednio z własnego biopola prawdy duchowe, do których doszedł wewnętrzną pracą i wewnętrznymi zwycięstwami. Pokazuje też mistrzostwo opanowania instrumentu, które wiąże się z koniecznością wielogodzinnych ćwiczeń. To również jest fascynujące. Podobnie jak swobodne poruszanie się w matematycznym systemie, na jakim opiera się muzyka. Słuchacz musi wszystkie te dane w jakiś sposób przetworzyć i często ludzie po dobrym koncercie udają się prosto do szatni i wychodzą z Impartu, bo nie są w stanie przyjąć więcej informacji. Takie sytuacji na Santander Jazzie nad Odrą zdarzają się i to jest normalne.

Może więc powinien się na nim odbywać jeden koncert dziennie?
- Niekoniecznie. Pewne osoby są bardziej rozbudzone intelektualnie i bardziej trafi do nich koncert artysty, który osiągnął mistrzostwo w żonglowaniu muzyczną frazą. Inni z kolei patrzą na rzeczywistość bardziej duchowo i odbierają muzykę intuicyjnie – mniej interesuje ich zawartość tonalna, melodyka, harmonika czy rytmika, a bardziej charyzma. Tacy artyści również pojawią się na scenie Impartu, wystarczy wspomnieć choćby Sun Ra Arkestra.

Jeszcze inni są zainteresowani widowiskiem i zachodzącą interakcją między muzykami, albo lubią patrzeć na fizyczną urodę wykonawców. Są też tacy, którzy podczas koncertu tylko odpoczywają w fotelu, bo tak naprawdę interesuje ich wymiana energii ze znajomymi, z którymi rozmawiają na korytarzu. Tam także dzieją się ciekawe rzeczy, bo są osoby, które raz do roku spotykają się właśnie na Jazzie nad Odrą. To więc także wydarzenie socjalne. Co roku widzę te same twarze – to środowisko, które pielęgnuje Jazz nad Odrą i „odżywia się” sobą nawzajem. Santander Jazz nad Odrą działa na bardzo wielu poziomach zwykłego, codziennego i rytualnego ludzkiego życia.

Są tacy, którzy chcieliby sobie potańczyć na koncercie podczas Santander Jazzu nad Odrą. 
- Potańczyć można w klubie festiwalowym, gdzie nocami będą się odbywały jam session. Przyjęliśmy konwencję, że słuchamy jazzu na siedząco w fotelach Impartu, które są w pewnym sensie bujane, bo mają swoje lata. Ci, którzy mają więcej sił mogą poskakać sobie pod sceną klubową, gdzie jam session trwa często do 10 rano.

Podczas tegorocznej edycji zostanie złożony hołd Krzysztofowi Komedzie.
- Nasz ukochany przedstawiciel polskiego jazzu będzie miał swoją prezentację w postaci programów przygotowanych przez Andrzeja Jagodzińskiego oraz Sławka Jaskułke i będą to dwa odmienne kontrapunktujące ze sobą spojrzenia na muzykę Komedy. Zapraszamy na te koncerty.

W tym roku znów odbędzie się konkurs na indywidualność jazzową.
- Nigdy nie był on moim ulubionym zjawiskiem, bo konkurs nie jest właściwą formułą prezentowania muzyki, ale widać, że młodzi artyści coraz mniej się konkursami przejmują i kosztuje ich to coraz mniej emocji. Zdarza się, że przyjeżdżają na konkurs, ale kompletnie nie przejmują się jego wynikiem i szybko wyjeżdżają do domu albo w dalszą trasę nawet bez oczekiwania na werdykt. Młodzi muzycy jeżdżą na konkursy trochę dla zabawy, sportu i przyjemności spotkania się z kolegami. Bardzo cieszy mnie to, że konkursy są coraz mniej poważnie traktowane przez młodych ludzi, choć wciąż jest to dla nich szansa, żeby zaistnieć w mediach i na scenie, a także spotkać się ze znajomymi i zainspirować się nawzajem.     

Oceń publikację: + 1 + 8 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy we Wrocławiu powinien powstać skwer Pawła Adamowicza?





Oddanych głosów: 449