zamknij

Sport

Nie ma teraźniejszości, bez myślenia o przyszłości. Wywiad z Katarzyną Ziobro

2020-02-06, Autor: Bartosz Królikowski

Choć liderem sportowym we Wrocławiu jest Śląsk Wrocław, to obok niego rośnie powoli klub, który może niedługo stać się silnikiem wrocławskiego sportu. Znaczenie Ślęzy Wrocław z roku na rok rośnie i dziś realizuje ona plany, które w przyszłości mają zostawić wyraźny ślad w stolicy Dolnego Śląska. O tych planach, problemach do pokonania, środkach potrzebnych do realizacji oraz swoich własnych doświadczeniach opowiedziała prezes Ślęzy – Katarzyna Ziobro.

Bartosz Królikowski: Jest Pani absolwentką Wydziału Fizjoterapii na Wyższej Szkole Fizjoterapii we Wrocławiu. Jak to zatem możliwe, że została Pani prezesem Ślęzy?

Reklama

Katarzyna Ziobro: Przez absolutny przypadek. Po studiach zaczęłam prowadzić własną działalność, duży klub fitness. Jednak zasadniczo przez całe studia wiedziałam, że nie jest to droga, którą chcę podążać. Mimo to dokończyłam ten kierunek. Natomiast do Ślęzy trafiłam poprzez ogłoszenie w Internecie. Wspinałam się powoli po szczeblach kariery, byłam dyrektorem marketingu, a później prezesem.

B.K.: Nie ma co ukrywać, Polska to kraj, w którym stereotypy dość długo zanikają. Między innymi dlatego na wysokich stanowiskach w sporcie nie ma wielu kobiet. Czy Pani nie odczuła nigdy, że ktoś Panią deprecjonuje z uwagi na płeć?

K.Z.: Nigdy mi się to nie zdarzyło. Myślę że to też kwestia mojego charakteru. Mam dużą łatwość w nawiązywaniu kontaktów. Oprócz tego ze sportem jestem związana od najmłodszych lat. Byłam w życiu na wielu halach i boiskach razem z rodzicami, a także sama grałam. Dlatego też gdy wchodziłam w to środowisko to nie byłam kompletnym laikiem, więc szybko zostałam zaakceptowana. Uważam także, że swoją pracą szybko udowodniłam, że zdecydowanie mają z kim rozmawiać.

B.K.: Koszykówka i piłka nożna dominowały wśród zainteresowań, czy z innymi sportami również, a może nawet bardziej, była Pani związana?

K.Z.: Jako zawodniczka całą swoją karierę grałam w siatkówkę. Natomiast koszykówką nie interesowałam się wcześniej nawet w najmniejszym stopniu. Pierwsze spotkanie na jakim byłam to starcie Ślęzy. Jakąkolwiek styczność z tym miałam tylko oglądając film „Kosmiczny mecz” z Michaelem Jordanem. Gra pięć na pięć. Tyle wiedziałam. Piłka nożna to już co innego. Od dzieciństwa się ona u mnie przewijała, więc nikt nie był mnie w stanie zaskoczyć.

B.K.: Funkcję prezesa Ślęzy pełni Pani od 2013 r.. Po latach można powiedzieć, że obowiązki z nią związane były zgodne z oczekiwaniami? Nie stwierdziła Pani po pewnym czasie „oho, no to wpadłam”?

K.Z.: Pytanie dość trudne, ale gdy zaczynałam i zgodziłam się objąć obecne stanowisko, nie do końca zdawałam sobie sprawę ze skali wyzwania. Zarówno pod kątem odpowiedzialności, ale też i na płaszczyźnie sportowej, czasowej oraz biznesowej. Jednak biorąc się za coś, staram się ze wszystkich sił, by z tego nie zrezygnować. W wielu projektach odnajduję motywację. Nawet gdy jest bardzo ciężko, wiem że trzeba dokończyć, ponieważ widać światełko w tunelu. Nie zmienia to jednak faktu, iż był to skok na niezwykle głęboką wodę. Bez umiejętności pływania.

B.K.: Angażuje się Pani w sprawy sportowe, czy może skupia wyłącznie na biznesie? Akurat pod tym kątem różni prezesi, preferują różne podejście.

K.Z.: Ciągle powtarzam, że od spraw sportowych są trenerzy i ich sztaby. Ja oczywiście interesuję się wynikami, kibicuję im tak bardzo jak mogę. Mam jednak świadomość, że nie będzie rezultatów bez biznesu i moja rola jest właśnie taka.

B.K.: Według Pani prezesi na ogół powinni się z dala trzymać od spraw sportowych?

K.Z.: To jest kwestia indywidualna. Jeśli osoba zarządzająca klubem jest w środku wydarzeń sportowych i daje to pozytywne efekty, to znaczy, że po prostu robi to dobrze i wtedy nie ma przeciwwskazań. Ja się na tym nie znam, a nawet gdybym się znała to i tak bym się nie wtrącała. Jeśli w firmie są jasno określone stanowiska, a każdy koncentruje się na własnej pracy, wtedy można iść do przodu.

B.K.: Należy jednak zauważyć, że przede wszystkim koszykarska Ślęza za Pani „rządów” zaliczyła potężny awans sportowy. Drużyna z zaplecza doszła do mistrzostwa kraju oraz regularnego zdobywania medali.

K.Z.: To prawda, jednak nie oszukujmy się - nic z tego nie byłoby możliwe, gdyby nie było pieniędzy. Jeśli są fundusze, to można ściągać sztab i zawodniczki. Faktem jest, że nasi trenerzy potrafią nawet mniejszym kosztem zbudować coś wielkiego, gdyż moim zdaniem mamy fantastycznych fachowców. Wiem natomiast, że nic by się nie udało, gdyby nie grupa przedsiębiorców na czele z Panami Januszem Cymankiem, Pawłem Pałysem i Zbigniewem Piechocińskim, którzy pomagają nam już od lat.

B.K.: Jeśli chodzi o sprawy finansowe, jak idą poszukiwania sponsora tytularnego?

K.Z.: Akurat w znalezienie takiego, ciężko mi jeszcze wierzyć. Przez tyle lat, przy tylu wysiłkach, próbach, sukcesach, możliwościach przez nas oferowanych, nikt się nie znalazł. Być może to jest, najprościej mówiąc, niesprzedawalne.

B.K.: Nawet sukcesy nic nie zmieniły w tej materii? Trudno bowiem o lepszą promocję niż mistrzostwo kraju. Pytam także pod kątem zainteresowania zawodniczek.

K.Z.: Sukces sportowy oczywiście w pewnym stopniu nas pokazał i wyciągnął na szerszą scenę, ale nie tyle co obecny trener. Nasz szkoleniowiec Arkadiusz Rusin ma trudny charakter i niełatwo się z nim współpracuje. Jednak potrafi z kompletnie nieznanej zawodniczki zrobić kogoś, kogo każdy chciałby mieć w zespole. Jestem pełna podziwu dla naszego sztabu trenerskiego, od fizjoterapeutów, przez kierownika zespołu, aż po samego szkoleniowca. Oni przyciągają zawodniczki, które wiedzą, że może przyjdą tu za mniejsze pieniądze, ale ich rozwój w tym czasie będzie intensywny jak nigdzie indziej.

B.K.: Z czego według Pani może wynikać ten brak zdecydowania wśród sponsorów?

K.Z.: Trudno to określić. Uważam, że my daliśmy od siebie wszystko. Jesteśmy marką poukładaną wizerunkowo, mamy sukcesy sportowe, akademię, występowaliśmy na arenie międzynarodowej w EuroCupie. Prócz tego posiadamy swoich klientów biznesowych, których na chwilę obecną jest około 40, udzielających się w mniejszym lub większym stopniu, ale chwała im, że są. Próbowaliśmy dotrzeć do każdych drzwi, lecz jeśli nie ma popytu, to i podaży również brakuje.

B.K.: Widzi Pani w tym także winę osób wyżej postawionych tzn. w Polskim Związku Koszykówki, że żeńska część tego sportu nie przyciąga sponsorów?

K.Z.: Nie zamierzam tutaj nikogo oskarżać, bo trzeba patrzeć przede wszystkim na siebie. Wiadomo, że w PZKosz też mają swoje za uszami, bo jednak przez kilka lat nic się nie działo, ale teraz trzeba im oddać, że się starają. Problem w tym, że jako polska koszykówka zabrnęliśmy w ślepy zaułek. Zmarnowaliśmy kilka lat, a bez inwestowania w produkt, nie da się wyciągnąć z niego pieniędzy. Bez intensywnej promocji tego sportu, żeby koszykówka była wszędzie, reklamowania jej nawet na siłę, to się nie ruszy. Do tego jednak potrzebny jest konkretny plan. Po latach obserwacji natomiast mogę powiedzieć, że wszystkie kluby to są jak takie wolne elektrony. Każdy sobie rzepkę skrobie, ma swój pomysł na siebie, lepszy lub gorszy. Natomiast nie mamy wspólnego frontu. Hasło „polska koszykówka” jest jak baner zawieszony na starym, zardzewiałym płocie. Nie ma w tym planu, rozpoznawalnej telewizji, mediów, a co za tym idzie sponsorów.

Nie wiem jaka jest recepta na naprawę tego. Muszę prowadzić swój klub, przy wszystkich tutejszych trudach. Mam jednak wrażenie, że to jest równia pochyła, a koszykówka, przede wszystkim żeńska, niedługo uderzy o beton. Widać spadające budżety, obniżający się poziom ligi. Wszystko zaczyna pękać w szwach. Obecne problemy nasze czy kilku innych klubów to pokazują. Niektóre drużyny kompletnie przestały istnieć, a za chwilę może się to stać z każdą kolejną. Wszystko kosztuje i bez pieniędzy nie da się tego prowadzić, a jeżeli nie ma sponsorów, to skąd te fundusze brać.

B.K.: Mimo to w Ślęzie w ostatnich latach wiele rzeczy poszło do przodu. Klub był w stanie wybudować nowoczesne boiska na Kłokoczycach. Co się zmieniło, że niemożliwe wcześniej, stało się realne teraz?

K.Z.: Czynników jest naprawdę mnóstwo, ale jak mówiłam wcześniej, znalazła się grupa kilku „szaleńców”, bo inaczej nie można ich nazwać, którzy swoim zaangażowaniem doprowadzili do tego, że to wszystko mogło powstać. Ja jestem wynoszona na piedestały, lecz bez wymienianych już przeze mnie Przedsiębiorców, nic nie dałoby się zrobić. Trzeba wspomnieć także o osobach prowadzących ten klub wcześniej, jak przede wszystkim Zbigniew Ryng, bowiem dzięki niemu koszykówka przetrwała i było co odbudowywać. Bez takich osób jak trener Kowalski, Dariusz Parossa czy Robert Sawicki nie wyobrażam sobie funkcjonowania naszej piłki nożnej. Ja po prostu trafiłam tu w dobrym czasie, do rewelacyjnych ludzi i to co obecnie tworzymy, jest zasługą nas wszystkich.

Powstał obiekt na Kłokoczycach. Różnica między sprzedażą sportu, a budową infrastruktury jest taka, że tworzenie obiektów to inwestycja. Działa to na takiej zasadzie jak kredyt w banku. Z inwestycji dopiero po czasie będziemy wyciągać korzyści finansowe, a zarazem spłacać nasze zobowiązania. Sport natomiast jest w dzisiejszych czasach traktowany jako coś do wydawania pieniędzy, bez większego planu. My chcemy odwracać to myślenie. Udowodnić, że sport naprawdę można na wiele sposobów wykorzystać. Najgorsza sytuacja to taka, w której ktoś wkłada pieniądze, ale nic od nas nie chce. Daje fundusze i uznaje, że nie musi więcej robić. Oznacza to, że ktoś taki absolutnie nie widzi korzyści, jakie mogą z tego płynąć. Bycie darczyńcą, a sponsorem, to zupełnie co innego. Poza tym, jeśli firma nie czuje w nas potencjalnych zysków, to w razie problemów będziemy pierwsi do odstrzału. Jeżeli bowiem wie, że z czegoś idą konkretne korzyści, to postanowi bronić tego za wszelką cenę.

B.K.: Przechodząc do tematu piłkarskiej części Ślęzy. Czy mając na uwadze budowę nowych boisk i rozwój akademii, można już oficjalnie uznać, że Ślęza staje się tzw. „klubem szansy”, który ma słynąć z wychowanków, jednocześnie utrzymując się m.in. z ich sprzedaży?

K.Z.: Dokładnie taki jest cel. Nasz cel, muszę podkreślić. Oczywiście wymaga to jeszcze wielu lat pracy. Dużo czasu trzeba poświęcić na dopracowywanie systemu szkolenia, by można było, że tak wyjątkowo brzydko powiem, utworzyć linię produkcyjną kompletnych sportowców. Dziś mówimy o piłce nożnej, ale za niedługo będzie to również lekkoatletyka oraz przy okazji także koszykówka. Aby to wszystko było możliwe, potrzeba jest odpowiednia baza, którą my jako klub chcemy tym zawodnikom zapewnić.

B.K.: Czerpiecie wzorce z konkretnych akademii w Polsce lub Europie?

K.Z.: Oczywiście jeśli ktoś robi coś dobrze, to warto się nad tym pochylić i temu przyjrzeć. Kluczem jest, by dostosować takie podpatrzone metody do polskich warunków. Nie jest bowiem powiedziane, że to co działa w jednym kraju, zadziała również w innych. Dla przykładu, w Hiszpanii nad jednym zespołem pracuje trzech trenerów. W Polsce jeden szkoleniowiec pracuje nad trzema drużynami, a oprócz tego jeszcze najczęściej łączy to z pracą w szkole, czy gdziekolwiek indziej. My mamy swój sztab ludzi odpowiedzialnych za szkolenie, który złożony jest z doświadczonych trenerów. Każdy ma swoją wizję, więc staramy się łączyć nasze pomysły, by je stopniowo dopracowywać.

B.K.: Awans do II ligi jest mile widziany, czy to jednak bardziej ryzyko związane z większymi kosztami?

K.Z.: Wszystko zależy od tego jak się gra oraz od wizji. Jesteśmy klubem młodzieżowym, więc dla nas rozegranie sezonu w II lidze wiązałoby się z poważnym dofinansowaniem z systemu Pro Junior System. Myślę, że jeszcze choćby dwa lata temu nie byliśmy gotowi na taki awans, bo nie mieliśmy ani odpowiedniej infrastruktury, ani organizacji. Dzisiaj jesteśmy w innym miejscu, na wyższym poziomie i uważam, że moglibyśmy podjąć się tego wyzwania. Mamy obiekty, dużą akademię, a, co za tym idzie, przyszłość, bo sukcesy na siłę nie kreują przyszłości.

B.K.: Odwieczny problem polskich klubów. Za dużo tu i teraz, za mało co w przyszłości

K.Z.: Oczywiście że tak jest. Ile było takich przypadków, w których drużyna awansowała, a potem nie miała pieniędzy na licencję? Wygrywanie jest świetne. Doświadczyłam tego jako zawodniczka i jako prezes Ślęzy. Po każdym kolejnym medalu koszykarek było cudownie. Gra w europejskich pucharach też rewelacyjna. Tylko że jeżeli klub upadnie, to jakie te sukcesy będą miały znaczenie? Nawet nie będzie gdzie postawić pucharów. Dlatego teraz naszym celem jest budowa stabilnej przyszłości i majątku, który pozwoli klubowi przetrwać niezależnie od dyspozycji sportowej.

B.K.: Na koniec pytanie podsumowujące Panią i pani doświadczenie. Po tych wszystkich latach, jaką radę dałaby Pani samej sobie z roku 2013? Katarzynie Ziobro przed byciem prezesem.

K.Z.: Jaką radę? Oddychaj! To prawie siedem lat, które wywróciło mi życie do góry nogami. Oczywiście teraz nie żałuję tej decyzji, ale to jest tak trudna praca, wymagająca niezwykłej ilości samozaparcia i cierpliwości, że wytrwanie tylu lat jest bardzo męczące. Szukanie sponsora jest tego symbolem. Zrobiliśmy wszystko, a i tak musieliśmy co miesiąc kombinować skąd wziąć pieniądze na dalszą egzystencję. Ile ludzi nam odmawiało, a niejeden próbował oszukać. Ja zakochałam się w tym klubie. To moje „dziecko” i nie dam mu zrobić krzywdy. Dlatego cały czas tu jestem (śmiech).

Oceń publikację: + 1 + 7 - 1 - 2

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy więcej zieleni na ul. Kazimierza Wielkiego to dobry pomysł?




Oddanych głosów: 385