zamknij

Kultura

„Niezgoda na mit księżniczki i Andersen na nowo” [WYWIAD]

2019-06-13, Autor: Michał Hernes

– Widząc w baśniach Andersena wątki autobiograficzne staram się je traktować jako furtkę do duszy ich autora - który czasem mnie złości, a czasem mi go żal. Postanowiłam więc te andersenowskie wzorce zakwestionować - zadać sobie pytanie, czy przypadkiem nie pomyliliśmy się w interpretacjach – mówi Patrycja Obara, autorka spektaklu muzycznego „#andersenretold”.

Spektakl muzyczny „#andersenretold” to historia o wygranych walkach i zaprzyjaźnianiu się z potworami z szafy. W spektaklu baśnie Andersena zostaną opowiedziane na nowo z perspektywy dojrzałej kobiety. Na scenie wystąpi kilkunastoosobowa orkiestra, a publiczność zobaczy też rysowaną na żywo scenografię tworzoną przez Cloud Theater.

Reklama

Muzyczne przedstawienie będzie można zobaczyć w czwartek,13 czerwca o godz. 19 na scenie Studia im. Zbyszka Cybulskiego w Centrum Technologii Audiowizualnych. Bilety można kupować za pośrednictwem strony internetowej.

CZYTAJ TEŻ: INSPIROWANY BAŚNIAMI ANDERSENA SPEKTAKL MUZYCZNY W CETA

Michał Hernes: skąd pomysł, żeby opowiedzieć Andersena na nowo?
Patrycja Obara: kilka lat temu wróciłam do lektury z dzieciństwa - baśni o małej syrenie, którą jako dziecko się zaczytywałam. I ten powrót bardzo mnie zezłościł, bo to, co zapamiętałam jako opowieść o miłości, okazało się opowieścią o przemocy i o odmawianiu sobie prawa do szczęścia. Potem zajrzałam do „Księżniczki na ziarnku grochu” i znalazłam opowieść o patologicznej relacji nadopiekuńczej matki z niesamodzielnym synem. W „Brzydkim kaczątku” z kolei znajdujemy bohatera, który z ostracyzmem radzi sobie pielęgnując wewnętrzne poczucie wyższości. Mogłabym wymieniać dalej, przykładów jest wiele.

Dziś czytam te baśnie zupełnie inaczej. Widząc w nich wątki autobiograficzne Andersena staram się je traktować jako furtkę do duszy ich autora - który czasem mnie złości, a czasem mi go żal. Postanowiłam więc te andersenowskie wzorce zakwestionować - zadać sobie pytanie, czy przypadkiem nie pomyliliśmy się w interpretacjach. Gdybym dziś miała wybrać ulubioną baśń, byłby to mniej popularny „Cień”.

Mówi pani, że pomyliliśmy się w interpretacjach. Kto dokładnie się pomylił i jak pani myśli – dlaczego?
- Mówiąc my, mam na myśli pewną generalizację, ogół odbiorców. Oczywiście na pewno są osoby, które, czytając baśnie Andersena, widzą w nich odniesienia przede wszystkim do smutnego życiorysu autora. Co do zasady jednak teksty te odbierane są raczej symbolicznie niż metaforycznie, to znaczy raczej nie szukamy (my, czyli większość czytelników) w nich samego Andersena, tylko uniwersalnych prawd o życiu, relacjach, kobietach, mężczyznach, społeczeństwie. Dlaczego? Bo przyjęło się, że do tego służą baśnie.

Może w dzieciństwie zwraca się uwagę na inne rzeczy?
- Bez najmniejszych wątpliwości. Ale oprócz tego, na co jako dzieci świadomie zwracamy uwagę, są jeszcze wzorce, które kształtują się na poziomie nieświadomości. I tu już rolą rodziców i pedagogów jest się tym wzorcom przyjrzeć i mądrze je dobierać.
 
Co fascynuje panią w osobie Andersena?
- Fascynuje mnie sama postać Andersena - człowieka bojącego się po równo miłości i odrzucenia, uważającego się jednocześnie za gorszego i lepszego od innych, obsesyjnie dążącego do zdobycia sławy, próbującego ugasić płomień trawiący jego trzewia, a jednak rezygnującego z bliskości fizycznej z drugim człowiekiem, kompulsywnego autobiografa w dzieciństwie pozostającego w homoedypalnej relacji z ojcem. Fascynuje mnie też to, że wiele pokoleń czytelników przyjęło jego twórczość bez zadawania pytań jako moralitet, opis uniwersalnych życiowych prawd, instrukcję obsługi kobiety, pieśń na cześć mężczyzny, zbiór lekcji, które odrobić powinno dziecko. A przecież kobieta u Andersena jest zwykle niema. Mężczyzna schematyczny. W jego baśniach kurtyna opada tam, gdzie w prawdziwym życiu dopiero się podnosi - tam, gdzie zaczyna się relacja między ludźmi.

Czy Andersen jest dowodem, że czasem twórcy są równie ciekawi albo nawet ciekawsi od swoich dzieł?
- Powiedziałabym szerzej: ludzie są ciekawi. Fascynujące są ich historie, ich wewnętrzne światy. Czy sami twórcy są ciekawsi od swoich dzieł - nie wiem, pewnie zależy to od tych dzieł i od tych twórców. Ale niewątpliwie przyglądanie się dziełu przez pryzmat życia i osobowości jego autora otwiera nowe przestrzenie dla odbioru i interpretacji.

Powiedziała pani, że w baśniach Andersena kurtyna opada tam, gdzie w prawdziwym życiu dopiero się podnosi - tam, gdzie zaczyna się relacja między ludźmi. Czy to oznacza, że jego twórczość bardzo się postarzała i nie jest ponadczasowa?
- Zupełnie nie to miałam na myśli. Raczej to, że małżeństwo z księciem czy księżniczką z bajki jako lek na całe zło to oderwane od rzeczywistości, szkodliwe fantazje, serwowane w baśniach jako ostateczna prawda o życiu. W prawdziwym życiu opowieść zaczyna się tam, gdzie u Andersena się często kończy. Nie ma: żyli długo i szczęśliwie. Jest: żyli tyle, ile żyli i czasem byli szczęśliwi, a czasem nie. Czasem były zachwyty, a czasem się na siebie złościli. Czasem się dla siebie stroili, a czasem nie myli zębów, kiedy kładli się spać. Czasem byli szczęśliwymi rodzicami, a czasem mieli dość tego, że ich dziecko ząbkuje i ciągle płacze. I musieli sobie z tym całym projektem "wspólne życie" radzić i czasem sobie radzili, a czasem nie - i wtedy ktoś zaczynał pić, a ktoś odchodził. Czasem cieszyli się dobrym zdrowiem, a czasem ktoś umierał. Dużo zdrowiej byłoby się z tym skonfrontować, niż zamartwiać się tym, że się nie ma idealnego instagramowego życia. I tu oddaję Andersenowi sprawiedliwość - nie wszystkie jego baśnie kończą się tą fantazją, niektóre kończą się dobrze, inne źle. Ale popkultura nie lubi smutnych zakończeń i pisze własne. W "Małej Syrence", produkcji Walt Disney Pictures, Syrena nie zamienia się w morską pianę. Disneyowską opowieść wieńczą weselne dzwony.

Twierdzi pani, że Andersen był prekursorem popkultury.
- Andersen cierpiał na straszliwe poczucie niższości związane ze swoim społecznym pochodzeniem. Urodził się w bardzo ubogiej rodzinie, jego matka nadużywała alkoholu i wiodła raczej rozwiązły żywot. Młody Hans Christian, dużo wyższy od rówieśników, w za krótkich spodniach towarzyszył czasem matce, gdy ta szła żebrać, żeby mieć z czego wykarmić rodzinę. Chłopiec poprzysiągł sobie, że kiedyś wypije herbatę z królową Danii, a jedynym dostępnym dla niego sposobem na społeczny awans było uprawianie sztuki. Łapał się wszystkiego - śpiewał, aktorzył, recytował wiersze, pisał sztuki, uprawiał komedię. Wszystko, żeby tylko dostrzegł go jakiś bogaty Duńczyk, gotów za te rozrywki zapłacić - lub zapłacić za to, żeby nachalny nastolatek dał mu wreszcie spokój. Andersen bowiem wchodził przysłowiowym oknem, kiedy zamykano mu przed nosem drzwi. Sztukę traktował instrumentalnie - jako drogę do pieniędzy i sławy.

Czy paradoksalnie jego wrażliwość i talent nie uczyniły z tego czegoś więcej?
- Z dzienników i tekstów autobiograficznych Andersena wynika, że jego główną motywacją było zdobycie sławy czy wręcz nieśmiertelności dzięki uprawianiu sztuki, której używał jako narzędzia, próbując swoich sił w czym popadło. Chcąc zakląć rzeczywistość, wyrzekł się bliskości fizycznej, obiecując sobie, że nagrodą za wstrzemięźliwość będzie wieczne życie w chwale. Szczęśliwie dla niego natomiast splotło się kilka okoliczności. Po pierwsze matka i babcia Hansa Christiana karmiły go od najmłodszych lat opowieściami o trollach, duchach, czarownicach i magii. Po drugie Andersen nigdy do końca nie dojrzał - zagubił się gdzieś między dzieciństwem a dorosłością. Bał się dorosłości, a w dziecięcości (choć dzieci nie lubił) znajdował ukojenie. Miał dzięki temu niesamowity wgląd w dziecięcą duszę i jako pierwszy twórca w historii przemówił głosem dziecka (choćby w niezwykłym wierszu "Dziecko umierające", którego to dziecko jest narratorem). Po trzecie jego brak wykształcenia w połączeniu z pewnego rodzaju obyciem (otaczał się osobami z wyższych sfer i dużo podróżował) sprawiły, że w specyficzny sposób używał języka, jednocześnie bardzo prostego i bardzo poetyckiego. Niewątpliwie Andersen miał wielki wkład w światową kulturę. Moje wątpliwości budzi jedynie na traktowanie jego tekstów jako wyznaczników męskości, kobiecości, czy naszych życiowych celów i pragnień, a nawet moralności.

Dlaczego w pani projekcie Andersen na nowo opowiadany jest głosem dojrzałej, współczesnej kobiety?
- Dlatego, że mam w sobie niezgodę na mit księżniczki. Na żyli długo i szczęśliwie. Na marzenia o poślubieniu księcia. Na dążenie do doskonałości za wszelką cenę. Na kanwie tego sprzeciwu napisałam materiał na wydany z zespołem SHE-la w ubiegłym roku dwupłytowy album „STORIES: #retrospect / #andersenretold”. Ta płyta to głos o tym, że każdy z nas ma swój Cień - część siebie, którą mniej lubimy, mniej akceptujemy. Złość, gorycz, słabość, zazdrość, przesadną wrażliwość. I o tym, że jeśli z tym Cieniem przestaniemy rozmawiać, będziemy udawać, że on nie istnieje, to on i tak kiedyś upomni się o swoje. Dlatego lepiej się z nim zaprzyjaźnić. Zamiast z nim walczyć, zaprosić go na herbatę. I być nie wtłoczoną w ramy społecznych oczekiwań księżniczką, a człowiekiem - doświadczającym w pełni swojego człowieczeństwa.

Czy Andersen powinien się zaprzyjaźnić ze swoim Cieniem?
- Gdyby tak zrobił, na pewno byłby szczęśliwszym człowiekiem. Ale czy lepszym pisarzem, nie wiem.

Podczas multiartystycznego koncertu towarzyszyć będzie pani kilkunastoosobowy zespół muzyków, twórców teatralnych i rysowników, na żywo tworzących scenografię wydarzenia – skąd ten pomysł?
- Muzykę na płytę od początku pisałam z myślą o scenie - był to z założenia projekt bardziej teatralny niż wyłącznie muzyczny. Każdy z instrumentów (a zależało mi na tym, żeby to były instrumenty żywe, orkiestrowe, jak obój czy wiolonczela) ma do opowiedzenia jakąś historię. Każdy z nich oddycha, pokazuje swoje niedoskonałości i swój indywidualny charakter. Scenografia wydarzenia też jest żywa - są to rysunki tworzone na oczach widza ludzką ręką i wyświetlane z projektorów na całą przestrzeń sceny i wokół niej.

Wizualną częścią widowiska zajmuje się grupa Cloud Theater, z którą współpracuję już od ponad trzech lat. Urzekła mnie stworzona przez Teo Dumskiego wyjątkowo technologia pozwalająca na takie teatralne rysowanie na żywo oraz to, że ta technologia jest w pewnym sensie żywa, bo w stu procentach prowadzona ludzką ręką. Że zmienia się tak jak nasza muzyka - każdy koncert jest nieco inny, bo nic nie jest nagrane, wszystko powstaje tu i teraz z prawem do błędu i prawem do nowych, pięknych odkryć. Dla mnie to taka metafora ciągle ewoluującej, całe życie kształtującej się ludzkiej duszy. Podobała mi się też idea wykorzystania tak zaawansowanej technologii w połączeniu z klasycznym instrumentarium - podróż między tradycją a współczesnością, między klasyką a eksperymentem.

Jaka to będzie muzyka i jaka scenografia?
- Muzyka czerpie z wielu gatunków - od bluesa, przez rockowe power ballady, psychodeliczną muzykę cyrkową, po utwory monumentalne, niemal jak ze ścieżek dźwiękowych hollywoodzkich produkcji. Najszerzej można gatunek określić jako piosenkę literacką, bo to treść ma tutaj nadrzędne znaczenie.

Samą muzykę traktowałam zawsze jak zbiór środków wyrazu, które dobierałam tak, żeby opowiadały historie. Scenografia będzie miała charakter imersyjny. Trzy ściany i podłogę studia im. Zbyszka Cybulskiego zanurzymy w tworzonych na żywo ilustracjach - od potworów, przez inspiracje Van Goghiem, a skończywszy na podróży do równoległego wszechświata.

Jaką słyszy pani muzykę i jakie dźwięki, gdy czyta pani baśnie Andersena?
- Czasem słyszę ryczący daksofon i wściekłą gitarę, która przekomarza się z waltornią, jakby armia ludzi walczyła z armią potworów (jak w naszej piosence "Mommy & daddy left"). Czasem gongi, które szumią jak morskie fale wśród których śpiewa syrena ("Mermaids no more"). Czasem dysonansowy, psychodeliczny cyrk ("Princess and the pea"). A czasem delikatną pozytywkę, która koi do snu wewnętrzne dziecko - moje, czy może Andersena ("Lullaby to self").
 

 

Oceń publikację: + 1 + 9 - 1 - 1

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy uważasz, że z buspasów powinni móc korzystać kierowcy wiozący kilku pasażerów?




Oddanych głosów: 277