zamknij

Kultura

Ostatnie pokazy spektaklu o legendarnym wrocławskim aktorze [WYWIAD]

2018-11-06, Autor: Michał Hernes

– Od dramatycznego zdarzenia - chęci i niemożności ścięcia drzewa rozpoczyna się opowieść o artyście niezłomnym, buncie, niechęci schodzenia na ziemię i walce o ideały – mówi nam Sebastian Majewski, reżyser „Postaci dnia”, spektaklu Teatru Polskiego – w podziemiu,którego ostatnie pokazy w tym roku we Wrocławiu będą miały miejsce 7 i 8 listopada w Instytucie Grotowskiego.

„Postać dnia” będzie można zobaczyć w środę i czwartek, 7 i 8 listopada, o godz. 19:00 w Sali Laboratorium Instytutu im. Jerzego Grotowskiego (Rynek Ratusz 27, Przejście Żelaźnicze). bilety kosztują 30 zł (normalny, przedsprzedaż) i 25 zł (ulgowy, studenci i emeryci), a po 6 listopada 40 zł (normalny) i 30 zł (ulgowy, studenci i emeryci). Można je kupować na www.ekobilet.pl i na godzinę przed spektaklem w Instytucie Grotowskiego.

Reklama

Michał Hernes: Proszę opowiedzieć o spektaklu „Postać dnia”.
Sebastian Majewski: To spektakl przygotowywany przez Teatr Polski – w podziemiu, który nosi tytuł „Postać dnia” i jest próbą przywrócenia pamięci o legendzie wrocławskiego aktorstwa i teatru – Igorze Przegrodzkim.

Dlaczego właśnie Igor Przegrodzki?
To postać, która za swojego życia była we Wrocławiu bardzo rozpoznawalna. Nawet wśród osób, które nie odwiedzały często teatru. Świadczą o tym niezliczone ilości Iglic, czyli ówczesnych nagród teatralnych, które Igor Przegrodzki zdobywał. W pewnym momencie doszło do tego, że musiano stworzyć dla niego Honorową Iglicę, żeby po raz kolejny nie otrzymał Złotej Iglicy.

Bardziej niż sama legenda interesuje mnie jednak to, co stało się z pamięcią o Przegrodzkim. We Wrocławiu w przestrzeni publicznej i w sferze dyskusji o teatrze tego aktora po prostu nie ma. Postanowiłem więc, na przekór temu, przypomnieć Przegrodzkiego i sprawić, żeby na trwałe powstało we Wrocławiu coś nazwane na jego cześć.

Jak pan myśli, dlaczego zapomniano o Przegrodzkim, dlaczego tak mało się o nim mówi?
To, niestety, casus teatru. O teatrze bardzo szybko się zapomina. Teatr żyje w świadomości widzów tylko wtedy, kiedy są spektakle i aktorzy, którzy w nich grają. Śmierć spektaklu jest śmiercią pamięci o nim, podobnie jak śmierć aktora jest śmiercią pamięci o danej osobie. Casus Przegrodzkiego nie jest odosobniony. W naszym spektaklu wymieniamy innych wielkich wrocławskich aktorów, którzy tworzyli Teatr Polski. Jesteśmy z nich dumni i cieszymy się, że możemy być ich kontynuatorami. Wspominamy Igę Mayrer, Marię Zbyszewską, Andrzeja Polkowskiego, Artura Młodnickiego, Zdzisława Karczewskiego, ale również reżyserów – Krystynę Skuszankę, Jakuba Rotbauma, Jerzego Krasowskiego i Jerzego Grzegorzewskiego. Wszystkie te nazwiska bardzo mocno wpisały się w pejzaż teatralny, ale w ogóle nie są zauważalne. Oprócz zaułka Grotowskiego i Muzeum Teatru, które ma imię Henryka Tomaszewskiego, żadna z osób z panteonu teatru wrocławskiego nie została nigdzie upamiętniona. Powtórzę – to, niestety, cecha charakterystyczna pamięci o teatrze i dlatego się nią zajmujemy. Wspólnie z aktorami doszliśmy do wniosku, że jeżeli nie będziemy dbać o pamięć o naszych koleżankach i kolegach, a także o spektaklach, nikt za nas tego nie zrobi.

Czy spektakl Teatru Polskiego – w podziemiu wywoła ferment i zainteresowanie Przegrodzkim?
Nie mamy takiego zamiaru. Jestem realistą i wiem, że teatr to niszowa sztuka. Bardziej interesuje nas, żeby nawet ci, którzy przychodzą do niego dość regularnie i są stałymi widzami teatralnymi, przez jeden wieczór przypomnieli sobie o tym wrocławskim aktorze. Jeżeli powiedzie się nasza poza teatralna akcja, również będziemy zadowoleni. Choć bardzo bym tego chciał, absolutnie nie wierzę, że ten spektakl na tyle zmieni świadomość ludzi, że pół Wrocławia zacznie mówić o Igorze Przegrodzkim.

Jak się rodził pomysł na „Postać dnia”?
Nie jest to spektakl dokumentalny, nie interesowało mnie zrealizowanie dokumentu o Igorze Przegrodzkim, czyli zebranie istniejących o nim materiałów i pokazaniu ich jeden do jednego na scenie. Staraliśmy się opowiedzieć historię, która jest na poły wymyślona, na poły prawdziwa i funkcjonuje w niej Igor Przegrodzki. Wszystko zaczyna się od tego, że na wrocławskim placu Kościuszki stoi lipa, którą jeden z bohaterów, Przewodniczący chce wykarczować, ponieważ sprawdził, że została zasadzona jeszcze w czasach niemieckich, kiedy Wrocław był Breslau. Współcześnie nie może w polskim krajobrazie narodowym rosnąc niemiecka lipa. Na drodze do ziszczenia tego zamiaru staje mu Przewodnik, który oprowadza ludzi po mieście i jest z lipą bardzo związany. Nie pozwala na to również dlatego, bo okazuje się, że ktoś na niej mieszka i tym kimś jest właśnie Igor Przegrodzki. Od tego dramatycznego zdarzenia - chęci i niemożności ścięcia drzewa rozpoczyna się opowieść o artyście niezłomnym, buncie, niechęci schodzenia na ziemię i walce o ideały.

Czy Przegrodzki zostanie w tym spektaklu przedstawiony pomnikowo?
Nie piszę sztuk, które są hagiograficzne i które mają panegiryczny charakter. Większość dramatów, które napisałem, dzieje się w przestrzeni groteskowej, operują absurdem, pure-nonsensem i tragifarsą jako sposobami wyrażenia pewnych treści. Dominuje to również w tym tekście. Przegrodzki na pewno nie jawi się w nim jako postać pomnikowa, pokazywana z niezwykłym szacunkiem i pietyzmem.

Czy wierzy pan, że spektaklem teatralnym można coś zmienić albo spróbować coś zmienić?
Można spróbować, ale nigdy się to nie uda.

Jaki jest więc cel wystawiania tego spektaklu?
Taki sam jak cel teatru – żeby spotkać się z ludźmi, którzy będą chcieli wziąć udział w tej przygodzie i przeżyć z nami coś wspólnego. To, co się z nimi wydarzy jest tajemnicą ich odbioru. W ogóle w to nie wnikam. Jeżeli ten spektakl da im radość, ucieszę się. Jeśli ich zbulwersuje, to też będzie dobrze, a jeżeli pozostawi ich obojętnym – wtedy będę się zastanawiał, czy jego zrealizowanie miało sens.

Czy nie boi się pan, że znowu przyjdzie ta sama publiczność i że to spektakl zrealizowany dla hermetycznego środowiska?
Nie boję się tego, bo tak się dzieje. Dlaczego miałbym się bać? Ten spektakl nie jest spektaklem masowym, który będzie wystawiany na placu Wolności, żeby przyszli na niego ludzie, którzy nie są zainteresowani teatrem. Zakładam, że stanie się inaczej. Pyta mnie pan o hermetyczność teatru. Mogę tylko odpowiedzieć, że teatr jest hermetyczny, jest elitarną sztuką i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie „Postać dnia”.
Czy jako szary, zwykły widz powinienem się obawiać, że nic nie zrozumiem i że to będzie dla mnie zbyt trudne?
To największy błąd widzów, którzy przychodzą i myślą, że teatr jest do rozumienia. Teatr jest do odczuwania. Niech pan przyjdzie na ten spektakl i odda się nam we władanie, nie myśląc o tym, czy to, czego pan nie rozumie świadczy o tym, że pan głupi lub mądrzejszy. Być może chodzi nie o rozumowanie logiką, tylko o to, że trzeba coś poczuć własnymi emocjami, doświadczeniem, niezgodą. Może trzeba uwierzyć w tę prowokację,  a przede wszystkim dać się jej ponieść i być otwartym na świat, który tworzy się na scenie, nie przejmując się tym czy się go zrozumie, czy nie zrozumie; czy się uzna, że ktoś robi z nas wariatów, czy niekoniecznie.

Czy wierzy pan w Teatr Polski – w podziemiu?
Wierzę we wszystko, co jest autentyczne i dlatego jestem pełen wiary w teatralne Podziemie. To autentyczny ruch wynikający z autentycznych potrzeb ludzi, którzy nie zgadzają się na pewien stan rzeczy. Nikt nie powołał go żadnym dekretem. To  pewne emocje, które się skumulowały i chęć ludzi do wspólnego działania spowodowały, że taka inicjatywa powstała. Jestem przekonany, że będzie funkcjonować dość długo, ponieważ widzę autentyczne zaangażowanie. Pracujemy w warunkach pozainstytucjonalnych w użyczonej sali, którą dostaliśmy od Instytutu Grotowskiego i jesteśmy im za to bardzo wdzięczni. Nie mamy suflera, inspicjenta, garderobianej i zaopatrzeniowców. Wszystkie elementy dekoracji wozimy swoimi prywatnymi samochodami. Gdybyśmy w to nie wierzyli, nic takiego by nie powstało. Poświęcamy na to nasz wolny czas. Powtórzę: wierzę w Teatr Polski – w podziemiu, bo jest autentyczny. Nie wierzę w Teatr Polski na ulicy Zapolskiej, ponieważ jego dyrekcja jest nieautentyczna.

Może oni autentycznie w to wierzą?
Nie sądzę. Trudno wierzyć, że zły spektakl jest dobry. Ale nie rozmawiamy  o Teatrze Polskim.

Czy wasza energia bierze się z wiary, że robicie coś potrzebnego?
Tak, ale też z tego, że aktorzy, którzy spotykają na scenie nie mogą wspólnie występować  w swoim macierzystym teatrze, bo albo zostali z niego zwolnieni, albo przesunięci na emeryturę. Nagle okazało się, że jest przestrzeń, w której mogą się znów zjednoczyć. Każdy z nich czuje potrzebę opowiedzenia historii o Przegrodzkim i przybliżenia widzom postaci, która jest ważna. Robimy to w trosce o to, żeby została zapamiętana, ponieważ ten sam proces za chwile spotka nas samych. Myślę, że za 20 albo 30 lat tylko dwóch wrocławskich historyków teatru będzie wiedziało o tym, że powstał taki spektakl, natomiast widzowie w ogóle nie będą wiedzieli o istnieniu Teatru Polskiego – w podziemiu. Chyba, że zrealizujemy coś, co sprawi, że to się utrwali kolejnymi spektaklami i akcjami. Tym np. że uda nam się ten pomysł akcji społecznej polegającej na tym, że uświetnimy Przegrodzkiego w przestrzeni miejskiej. Wtedy zostanie po nas trwały ślad, a nie tylko spektakl.

Czy "Postać dnia" to rodzaj autoterapii dla twórców i aktorów?
Nie, to nasza profesja. Nie jesteśmy amatorami, którzy nagle zaczęli zajmować się teatrem. Weszliśmy na scenę, bo jestem reżyserem i dramatopisarzem, a koledzy i koleżanka są aktorami. Oprócz sympatii i chęci działania jest między nami zawodowy kontakt. Na pewno nie traktujemy tego jako terapii.

Czy wierzy pan, że dobry albo najlepszy teatr powstaje często kontrze do czegoś?
To trudne pytanie. Jeżeli teatr w ogóle powstaje w kontrze do czegoś, jest to istotne, ale nie wiem, czy wtedy robi się dobre przedstawienia. Bardzo lubię spektakle, który stają wobec wyzwań i nie tylko opisują rzeczywistość, ale mierzą się z nią. Czy to jednak warunek do powstawania dobrych spektakli? Chyba nie do końca. Na to, żeby powstał dobry spektakl, musi się złożyć bardzo wiele różnych czynników łącznie z dobrym nastawieniem widowni.

Czy to są złe czy dobre czasy dla teatru?
Nie ma złych albo dobrych czasów dla teatru. Są twórcy, którzy potrafią wyciągnąć z nich coś interesującego. Nie jest tak, że coś zewnętrznie powoduje, że teatr się staje dobry albo niedobry.

To nie zależny np. od ministra kultury?
Nie mamy z nim nic wspólnego. Możemy sobie tylko o nim rozmawiać i opowiadać o nim różne historie, ale nie robimy tego spektaklu przeciwko niemu. Oczywiście, może ktoś zrozumie, że bunt Przegrodzkiego siedzącego na drzewie jest gestem w stosunku do ministra kultury. Podobnie jak drzewo, które ktoś chce ściąć tylko dlatego, że jest niemieckie. Możliwe, że sytuacja, w której się znajdujemy jest tak dynamiczna, że coś, co zostało napisane jako fantazja stało się bolesną prawdą. Najbardziej wierzę w autentyczność działań w teatrze. To coś, co po wielu latach pracy w teatrze najbardziej mnie przekonuje. Jeżeli zaś myśli się strategicznie, kalkulując czy spektakl komuś się spodoba albo sprzeda, takie podejście skazane jest na porażkę.

Porusza się pan w obrębie metafory. Czy zgadza się pan, że teatr nie powinien być zbyt oczywisty politycznie?
Bardzo ceniłem sobie twórczość Moniki Strzępki albo Jana Klaty, która była bardzo jednoznaczna politycznie. Nie przeszkadza mi to, podobnie jak nie przeszkadzają mi uniwersalne spektakle. W teatrze znajdzie się miejsce na jedno i drugie. Nieprawdą jest, że teatr nie znosi publicystyki, bo powstają wspaniałe spektakle publicystyczne. Na takiej samej zasadzie nieprawdą jest, że w teatrze nie ma miejsca na prawdy uniwersalne. Realizuje się je obok siebie i w tym samym czasie. Daleki jestem od polaryzowania rzeczywistości teatralnej i teatru. To dość duży i rozległy obszar. Jest dużo twórców i każdy z nich dąży do stworzenia własnego języka. Raz porusza się on w obrębie publicystyki, a innym razem – metafizyki. Zawsze będę mówił, że teatr jest różnorodny. Monika Strzępka wystawiła swój najnowszy spektakl w Teatrze Polskim w Warszawie i to dowód, że nie ma już polaryzacji, której wielu tak bardzo by chciało. Nie ma podziału na teatr mieszczański i buntowniczy. Okazało się, że jest możliwość takiego spotkania z korzyścią dla jednej i drugiej strony. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana od czarno białych podziałów.

Naprawdę nie wierzy pan, że teatr może coś zmienić?
Prowadziłem w swoim życiu różne teatry i bardzo chcieliśmy coś zmienić, a zmieniło się w nas jedynie to nastawienie. Ale warto próbować. Podejmowanie prób i droga ku temu są bardzo ciekawe, ale to jednak niszowe działanie. W kulturze pracuje ułamek naszego społeczeństwa, a teatrem zajmuje się jego promil. Najgłośniejszy ostatnimi czasy spektakl, czyli  „Klątwę” oprotestowano mocno przez dwa, trzy dni.

Trochę dłużej.
Ale nie były to trzy miesiące albo pół roku okupowania teatru, które doprowadziły do tego, że spektakl został wstrzymany. Nie chcę tego bagatelizować, tylko staram się znaleźć odpowiednie słowa dla tych procesów. Wydaje nam się, że robimy coś niezwykłego, ale w 40. milionowym narodzie w teatrach pracuje 17. tysięcy osób, czyli tyle, ile mieszka w Oleśnicy lub Oławie.

Jerzy Grotowski napisał kiedyś, że pewnego dnia teatr zniknie i nikt tego nie zauważy.
Może nikt nie zauważy, ale pewnie ktoś to odczuje.

Oceń publikację: + 1 + 5 - 1 - 3

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

W którym z wrocławskich wydarzeń z okazji 11 listopada najchętniej wziąłbyś udział?






Oddanych głosów: 994