zamknij

Sport

Rafał Mikołajczyk: "Miarą człowieka jest to, w jaki sposób pomaga bezinteresownie innym" [WYWIAD]

2020-06-22, Autor: Bartosz Królikowski

Sport osób z niepełnosprawnościami zyskuje coraz większy rozgłos nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Niepełnosprawni zawodnicy stanowią często doskonały przykład walki z przeciwnościami losu i obracania tego, co inni uważają za przeszkodę, w szansę. Rafał Mikołajczyk to m.in. współzałożyciel pierwszej na Dolnym Śląsku drużyny rugby na wózkach, zdobywca Pucharu Świata UCI w parakolarstwie szosowym, czy współtwórca ogólnopolskiej fundacji Moc Pomocy z siedzibą we Wrocławiu. Opowiedział nam o swojej historii, działalności w środowisku osób z niepełnosprawnościami, wpływie pandemii na jego formę, a także wiele więcej.

Bartosz Królikowski: Na początek wypada zapytać, jak się pan czuje po okresie kwarantanny? Udało się utrzymać formę, mimo ograniczeń?

Reklama

Rafał Mikołajczyk: Powiem szczerze, że cała ta sytuacja w żaden sposób mnie nie zatrzymała. Oczywiście nie mogłem wziąć przez to udziału w wielu zawodach, które miałem w planie. Jednak większość treningów wyglądała u mnie identycznie jak przedtem. Zrezygnowałem z siłowni, nawet teraz gdy zostały otwarte, bo wolę unikać miejsc przez które przewija się dużo ludzi. Zwłaszcza że w lutym urodziła mi się córeczka, a jej rzecz jasna nie chciałem narażać pod żadnym pozorem. Trenowałem głównie na rowerze. Jednak dzięki temu, że mniej pracowałem, miałem więcej wolnego czasu, mogłem lepiej zadbać o odpoczynek. Lepszy balans trenowania i regeneracji sprawił, iż moje wyniki się poprawiły. Jestem silniejszy, szybciej jeżdżę, mam lepszą wydolność, więc akurat okres pandemii mi posłużył.

B.K.: Uważa pan, że sportowcy ogólnie dostali w ten sposób szansę pracy nad aspektami zarówno fizycznymi, jak i kondycyjnymi?

R.M.: Wydaje mi się, że była to przede wszystkim okazja do lepszej regeneracji. W normalnych warunkach, staramy się dzielić nasz czas między życie wyczynowego sportowca, a sprawy prywatne oraz zawodowe. Tu z kolei część zawodowa została w znaczny sposób ograniczona, co pozwoliło na skupienie się na treningu i odpoczynku. Myślę więc, że bardzo wielu sportowców dużo zyskało w tym okresie. Nie wszyscy oczywiście, bo chociażby pływacy mieli bardzo trudną sytuację. Ale ogólnie jeśli ktoś sumiennie pracował, to mógł czerpać wiele korzyści.

B.K.: Odpoczywał pan także od sportu ogólnego, czyli np. pokazywanych licznie w telewizji retransmisji, czy jednak ten informacyjny kontakt ze sportowym światem był trzymany?

R.M.: Akurat ja codziennie rano czytam wiadomości związane ze sportem. Interesuję się bowiem wieloma dyscyplinami. Na pewno duże wrażenie zrobił na mnie film o Michaelu Jordanie, który w czasie pandemii pojawił się na Netflixie. Także jestem raczej na bieżąco.

B.K.: Przejdźmy może do pańskiej historii. Jest pan związany ze sportem praktycznie całe życie, jeszcze przed wypadkiem były sukcesy w bieganiu przede wszystkim. Jak zaczęła się ta przygoda ze sportem?

R.M.: Już w wieku ok. 8-9 lat zacząłem biegać, nie tyle może profesjonalni, co świadomie, w końcu byłem jeszcze dzieckiem. Ale razem z moją siostrą Marleną wyznaczaliśmy sobie praktycznie codziennie konkretne dystanse do pokonania. Wtedy było to 1000 metrów, czasami nawet 1200. Natomiast pierwsze sukcesy w zawodach lokalnych zacząłem odnosić gdy poszedłem do gimnazjum. Wygrywałem z osobami nawet 2-3 lata starszymi ode mnie. Zacząłem też startować na wyższych szczeblach. Biegałem w reprezentacji szkoły na zawodach rangi powiatowej i wojewódzkiej. Startowałem w sztafecie, na 400 metrów, a jako że odnosiłem sukcesy to spokojnie można stwierdzić, że talent do biegania miałem. Teraz z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że gdybym pozostał osobą w pełni sprawną, to już mając 17-18 lat swoje miejsce w świecie lekkoatletyki bym odnalazł.

B.K.: Wspomniał pan o treningach ze swoją siostrą. Czy w rodzinie ogólnie macie tradycje sportowe?

R.M.: Moi rodzice żadnych dyscyplin nie uprawiali. Natomiast mam kuzynów, którzy byli dobrymi kolarzami, startowali m.in. w Belgii. Wspomniana młodsza siostra natomiast bardzo intensywnie grała w piłkę nożną. Ma za sobą występy nawet na szczeblu drugiej ligi kobiecego futbolu. Obecnie natomiast trenuje drużyny juniorskie. Starsza siostra natomiast też grała trochę w siatkówkę, ale nie profesjonalnie. Zatem w sumie można powiedzieć, że w pewnym stopniu sport stał się ważną częścią naszej rodziny.

B.K.: Czy mógłbym spytać co się dokładnie wydarzyło, że utracił pan pełnię sprawności?

R.M.: Jak najbardziej. Nie mam żadnego problemu, by o tym opowiadać. Pamiętam ten dzień dość dokładnie. Była to sobota, rok 2004. Akurat wtedy po raz pierwszy w życiu przebiegłem 13 km ze starszym kolegą, a miałem wówczas 14 lat, więc wyczyn był spory. O godzinie 19:00 podszedł do mnie ze swoimi kumplami niejaki Paweł. Pochodzę z małej miejscowości w Kotlinie Kłodzkiej, gdzie mieszka raptem 1000 osób, więc wielu zna się nawzajem. Poza tym byłem z tym Pawłem w jednej klasie. On był starszy co prawda, ale nie zdał i dlatego nasze drogi się przecięły.

Gdy podszedł do mnie zaczął mi zarzucać, że obraziłem jakąś jego kuzynkę, a także różne inne wyssane z palca rzeczy. Potem złapał mnie za szyję i obaj polecieliśmy na podłogę. Ja pechowo uderzyłem głową o ziemię, a jeszcze jego ciężar mnie przygniótł i jak się później okazało, uszkodziłem w ten sposób rdzeń kręgowy na odcinku szyjny, co od razu poskutkowało porażeniem czterech kończyn. Byłem w różnych szpitalach. Bystrzyca, Wrocław, Kłodzko. Natomiast później przeszedłem ponad dwuletnią rehabilitację na terenie całego kraju. Łącznie wszystkich ośrodków, które odwiedziłem było zdaje się 15. Na koniec trafiłem do Wrocławia, do specjalnego liceum, przystosowanego dla osób na wózkach. Cały ten okres był dla mnie trudny. Musiałem praktycznie wszystkiego się uczyć i kompletnie zmienić swoją koncepcję na życie. Ale zasadniczo między innymi dzięki temu teraz rozmawiamy.

B.K.: Jak sobie pan poradził z tak ogromnymi zmianami zarówno psychicznie, jak i fizycznie? Co było najtrudniejsze?

R.M.: Nigdy się nie zastanawiałem, który z tych aspektów był bardziej wymagający. Myślę że oba mógłbym postawić na równi, gdyż jako bardzo aktywny chłopak, miałem świadomość wytrenowania mojego ciała, przez co chciałem przekraczać kolejne granice. Natomiast nagle leżę w łóżku, prawie się nie ruszam i nic samodzielnie przy sobie nie mogę zrobić. Ale z drugiej strony potraktowałem to z czasem jako trening. Wszyscy wokół mówili mi, że muszę ćwiczyć, by polepszać swoją sprawność, więc uznałem to za wyzwanie. Jednocześnie cały czas starałem się zdobywać wiedzę na temat urazów rdzenia kręgowego, co też pozwalało mi być coraz bardziej świadomym tego, że będę się poruszał na wózku. Oczywiście był to dla mnie dramat, zadawałem sobie wiele pytań, niejednokrotnie wieczorami pojawiały się łzy spowodowane poczuciem bezsilności. Jednak mimo to codziennie rano gdy jechałem na rehabilitację, na treningi, dawałem z siebie absolutnie 100% i dodawałem sobie tym otuchy. Dlatego uważam, że całkiem dobrze oraz z godnością przeżyłem całą tą sytuację, akceptując stan rzeczy.

B.K.: Pierwszą dyscypliną jaką się pan zajął po wypadku było rugby na wózkach. Dlaczego akurat to?

R.M.: Po utracie pełni sprawności poszukiwałem dla siebie odpowiedniej dyscypliny. Dowiedziałem się o różnych sportach dla niepełnosprawnych. Siatkówka, ping pong, koszykówka i właśnie rugby na wózkach. Nie miałem wtedy jeszcze świadomości, że istnieje również kolarstwo dla osób z niepełnosprawnością. Trzeba pamiętać że to był okres między rokiem 2004, a 2006. Wtedy Internet nie był jeszcze tak ogólnodostępny. Ja też pochodziłem z małej miejscowości, byłem dość prostym chłopakiem, więc nie miałem też takiej możliwości tego wszystkiego poznawać. Ale mogłem polegać na innych ludziach, od których dowiadywałem się jak to wygląda. Rugby z kolei było dostosowane dla osób z porażeniem czterokończynowym. Podobało mi się, że mogłem się tam poruszać na wózku, nie musiałem się przesiadać na żadne nieznane urządzenia. Dzięki temu też czułem się bezpiecznie, bo wtedy byłem już że tak powiem zintegrowany z wózkiem. Sport był kontaktowy, mogłem rywalizować, dlatego też z czasem zakochałem się w tym rugby. Założyłem pierwszą na Dolnym Śląsku drużynę (Szlachta Wrocław), a potem dostałem się do drużyny narodowej.

Muszę jednak powiedzieć, że poza piłką nożną nigdy nie przepadałem za sportami drużynowymi. Wynika to może z tego, że jestem indywidualistą. Wolę odnosić sukcesy samodzielnie. W drużynie jak wiadomo jest wielu członków. Jedni się przykładają bardziej, inni mniej, dlatego preferuję po prostu poleganie na samym sobie.

B.K.: Rugby samo w sobie nie jest w Polsce zbytnio popularne, a już co dopiero na wózkach. Jak wygląda taki mecz w wersji dla niepełnosprawnych?

R.M.: Gramy na parkiecie, na boisku o wymiarach takich jak do koszykówki. Osoby z porażeniem czterokończynowymi mają osłabiony chwyt, dlatego zamiast tradycyjnych piłek do rugby, używamy tych do siatkówki, bo lepiej się odbijają i są znacznie prostsze do kontrolowania, a także zbierania z podłogi. Używamy rękawiczek, aby nie ścierać tak bardzo rąk, jak i również materiałowych ochraniaczy na łokcie, czy kolana. Same zasady rozgrywania meczu zapewne zmieniły się nieco od czasów, w których ja grałem. Pamiętam że w tamtym okresie na kozłowanie lub podanie piłki mieliśmy 10 sekund, na wyjście z własnej połowy 30 sekund oraz 40 sekund na zdobycie punktu. Każda drużyna składa się z czterech zawodników, którzy są oznaczeni punktami w zależności od stopnia sprawności ich kończyn. Ja np. miałem 0,5 pkt, jako że ta moje możliwości były wtedy jeszcze mocno ograniczone, a najsilniejszy zawodnik, czyli ten z najbardziej sprawnymi rękoma, mięśniami brzucha oraz pleców, ale wciąż uznawany za niepełnosprawnego, miał 3,5 pkt. Ogólnie jest to gra bardzo szybka, dynamiczna i mocno kontaktowa.

B.K.: Mimo tylu sukcesów w rugby, zdecydował się pan na zmianę dyscypliny na parakolarstwo, czyli coś z zupełnie innej bajki. Co spowodowało tak dużą zmianę?

R.M.: Nawet w trakcie gry w rugby wciąż długo szukałem dla siebie dyscypliny indywidualnej. Ponadto jako student prawa nie miałem możliwości trenowania tyle ile bym chciał. Musiałem dojeżdżać na treningi do Katowic, czy nawet do Warszawy. Dlatego uprawianie rugby było dla mnie bardzo utrudnione. Niejednokrotnie było tak, że mimo iż uważałem że gram naprawdę dobrze, nawet gdy nie byłem w regularnym treningu, to trenerzy po prostu woleli stawiać na tych, którzy mogli regularnie uczestniczyć w przygotowaniach. Widać to było też w kadrze narodowej. Wraz z upływem czasu przychodzili w mojej kategorii nowi zawodnicy, którzy w przeciwieństwie do mnie mieli możliwość trenowania z resztą zespołu, przez co zostałem odstawiony na bok. Czułem że to niesprawiedliwe, iż chociaż daję z siebie wszystko, to nie mogę być ważną częścią drużyny i grać w niej pierwszych skrzypiec, tylko dlatego że nie ma mi kto pomagać w treningach oraz jako student muszę się też sam utrzymywać.

W pewnym momencie doszedłem do jasnego wniosku. Potrzebowałem dyscypliny, którą mogłem uprawiać na miejscu. Na początku miałem taki problem, że żadna z dostępnych mnie nie zainteresowała. Ale któregoś razu w telewizji zobaczyłem Rafała Wilka, byłego żużlowca, obecnie parakolarza. Zdobył dwa medale na paraolimpiadzie (obecnie ma już cztery: dwa złote z Londynu 2012 oraz złoto i srebro z Rio 2016). Pomyślałem sobie wtedy, że to jest coś dla mnie. Sport indywidualny, można samemu trenować, bez większych kosztów. Na początku oczywiście było to dość trudne, aby pozyskać taki rower, a potem nauczyć się funkcjonować z nim, przesiadać się z wózka, transportować go samochodem czy wstawiać do domu. Do dnia dzisiejszego jest to nieco problematyczne, ale teraz jedyne czego w tym wyborze żałuję, to tego że wydarzył się on tak późno.

B.K.: Czy początki przygody z parakolarstwem były dla pana trudne pod kątem przede wszystkim fizycznym?

R.M.: Nie do końca, bo od dziecka zajmowałem się sportem, więc wydolnościowo nie było problemów. Zwłaszcza że przez tą nieregularność w rugby, bardzo chciałem wejść w taki rytm codziennych treningów. Dzięki kolarstwu tak naprawdę mogłem zacząć się nazywać wyczynowym sportowcem. Trwa to już od pięciu lat i przez cały ten czas trenuję bardzo intensywnie. Zasadniczo dłuższą przerwę miałem tylko raz, w 2017 roku, gdy miałem problemy zdrowotne, a to i tak był ledwie miesiąc.

B.K.: Jak długie są wyścigi w parakolarstwie szosowym?

R.M.: Jako że kręcimy rękoma, to trasy długością dopasowane są do naszych obciążeń i ogólnie uważam, że ktokolwiek je wymyślił, zrobił to bardzo umiejętnie. Są dwie konkurencje: jazda na czas i start wspólny. Jazda na czas to dystans od 11 do 20 km. To zależy czy trasa jest płaska, górzysta, czy z zakrętami. Natomiast wyścigi ze startu wspólnego mają minimum 25 km, a maksymalnie nawet 64 km. Mój najdłuższy to był akurat 48 kilometrów. Wszystko pod tym kątem zależy od profilu samej trasy. Wyższe grupy, czyli te z mniejszym stopniem porażenia, albo porażone nie w odcinku szyjnym, a piersiowo-lędźwiowym, również ścigają się na podobnym dystansie. Treningi z kolei zależą już od samych zawodników. Ja np. dzisiaj zrobiłem w nieco ponad dwie godziny, 43 kilomerty, dzień wcześniej 63 kilometry w trzy godziny, a najwięcej zdarza mi się przejechać nawet 75-80 km dziennie.

B.K.: W jaki sposób parakolarz radzi sobie z trudnymi warunkami pogodowymi? Przede wszystkim z deszczem, bo jak wiadomo, kolarz pochyli głowę i jedzie dalej, a tutaj w pozycji leżącej nie ma zbytnio możliwości, aby zrobić cokolwiek.

R.M.: Szczerze powiem, że nigdy nie porównywałem tego z kolarzami, a to ciekawe, bo to fakt. Nie jest to łatwe, gdyż wystarczy że świeci słońce prosto w twarz i mimo że mam okulary, to nie są one w stanie mnie ochronić. Tak samo jest z wiatrem. Głowę mam cały czas wystawioną na jego działanie, niezależnie czy wieje z lewej czy z prawej, a ja akurat szczerze nienawidzę tych bocznych wiatrów. Deszcz natomiast przeszkadza mi głównie gdy jest lekki i zawiewa z boku. Wtedy jedną część twarzy mam przemarzniętą, a drugą w porządku. Nieprzyjemne uczucie. Jednak m.in. to budzi potrzebę determinacji przy treningach. Osobiście lubię jazdę w trudnych warunkach, bo mam świadomość, że jeżeli podczas treningu w takowych sobie poradzę, a później podobne będą na wyścigu, to da mi to przewagę nad rywalami. Wielokrotnie zresztą tak bywało. Ja po prostu nie zwracam na to uwagi.

B.K.: Pamięta pan wyścig, który najbardziej dał panu w kość?

R.M.: Oj troszeczkę takich wyścigów było. Największy wycisk to Mallorca Handbike Tour w 2016 roku. Cały tor ma łącznie 72 km. Przewyższenie jest tam naprawdę duże. Przez sześć i pół godziny jechałem ciągle na zasadzie góra-dół. Choć czasami wydawało się, że cały czas pod górę. To było dla mnie wręcz wyjątkowo trudne wyzwanie. Warunki były co prawda dobre, ale 6,5 h jechania pod górę to bardzo trudne wyzwanie. Szczególnie że ja kręcę tylko rękoma. Nie mam dobrego chwytu, nie posiadam prostowników, ani mięśni klatki piersiowej. Moje kręcenie to przede wszystkim wykorzystywanie barków, pleców i bicepsów. Dlatego wspięcie się na taką wysokość, oprócz siły oraz wydolności, wymaga też psychicznej wytrzymałości, trzymania się wyznaczonego celu. Szczerze mówiąc, za każdym razem gdy wracam na Majorkę, a od 2016 roku byłem tam dwa razy, to odczuwam lekki strach przed tym wyścigiem. Co nie zmienia faktu, że ostatni Mallorca Handbike Tour ukończyłem w ponad 20 minut mniej niż w 2016.

B.K.: Jest pan bardzo zaangażowany w działalność w środowisku osób z niepełnosprawnościami. Dużo działał Pan ze wspomnianym Rafałem Wilkiem, w Fundacji Votum, czy nawet niedawno z Marcinem Gortatem. Czym dokładnie się Pan na tym polu zajmuje?

R.M: Jeśli chodzi o Fundację Votum, to tam pomagałem w dochodzeniu do sprawności różnym osobom po wypadkom. Przez długi czas pełniłem też rolę prezesa zarządu i tak naprawdę zbudowałem ją od podstaw. Natomiast w 2019 roku razem z moim przyjacielem Bartoszem Kaczmarkiem założyliśmy własną fundację Moc Pomocy. W maju bieżącego roku zakończyłem współpracę z Fundacją Votum, by móc w pełni skupić się na własnych działaniach. Muszę powiedzieć, że naprawdę szybko poszło. Stworzyliśmy już program skierowany specjalnie dla osób po amputacjach. Za pomocą fizjoterapeutów, protetyków, psychologów, prawników, czy ambasadorów naszych akcji, staramy się zrobić wszystko, aby napełnić takie osoby chęcią do działania. Organizujemy tzw. sportowe wtorki, gdy zapraszamy różnych sportowców po amputacjach, jak choćby Katarzynę Koziekowską (złota medalistka ME w parakajakarstwie) czy Łukasza Mamcarza (medalista mistrzostw świata w lekkoatletyce dla niepełnosprawnych w skoku wzwyż).

Jeśli chodzi o Rafała Wilka, to ja i Bartosz Kaczmarek wraz z jego fundacją Sport Jest Jeden, utworzyliśmy bardzo podobny program, tyle że tym razem dla osób z uszkodzonym rdzeniem kręgowym. Chcemy docierać do takich osób, oferować im rehabilitację, pomóc z doborem wózka, współpracować z psychologami. Marzy mi się żeby Fundacja Moc Pomocy za 2-3 lata stała się jedną z największych tego typu działalności w całej Polsce.

B.K.: Co jest dla pana największą motywacją?

R.M.: Zależy o jakiej płaszczyźnie życia mówimy. Jeśli chodzi o sport to wierzę, że dopóki walczę to jestem zwycięzcą. Staję się coraz lepszy, widzę realną poprawę swoich osiągów, a przede wszystkim chciałbym zdobyć mistrzostwo świata oraz wystartować na Igrzyskach Paraolimpijskich. Dużo wysiłku włożyłem w to co już osiągnąłem i myślę że także w życiu prywatnym, żal byłoby zaprzepaścić to wszystko. Mam świadomość swoich umiejętności, tego ile wysiłku kosztowało to nie tylko mnie, ale wielu ludzi, którzy mi pomogli.

Natomiast w życiu zawodowym bardzo motywujące jest dla mnie to, iż mogę zobaczyć jak ludziom którym pomagamy zmienia się świat. Uśmiechy na ich twarzach, polepszający się komfort życia. Poza tym wychodzę z założenia, że miarą człowieka jest to w jaki sposób pomaga bezinteresownie innym ludziom. Mi również kiedyś inni pomogli, sprawili iż moje życie stało się łatwiejsze, dlatego chciałbym, a także powinienem, robić to samo dla innych.

B.K.: Na koniec zapytam zatem, czy mając możliwość zmiany losów swojej historii, biorąc pod uwagę wszystko co pan w swoim życiu już przeżył, sprawiłby pan, że do tego wypadku nigdy by nie doszło, a dziś byłby Pan w pełni sprawny?

R.M.: Pytanie bardzo trudne, ale wydaje mi się, że gdybym opowiedział się za swoim obecnym życiem, to nieco niepoważnie podszedłbym do swojej godności. Zabrzmi to może mało skromnie, ale uważam się za osobę wyjątkową. Ciężko pracowałem zarówno jako osoba pełnosprawna, jak i niepełnosprawna, aby osiągnąć to co mam. Dlatego gdybym mógł cofnąć czas i nie doprowadzić do wypadku, to na pewno bym to zrobił, gdyż uważam, że jako osoba w pełni sprawna, z uwagi na mój charakter i podejście, również wiele bym osiągnął.

 

Oceń publikację: + 1 + 6 - 1 - 1

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy organizowanie 11. edycji Brave Kids w trakcie pandemii to dobry pomysł?





Oddanych głosów: 197