Nie przegap

Ważne kto wygra finał, a nie eliminacje. Sejmik z minimalną zawartością polityki we krwi

2024-05-24, Autor: Arkadiusz Franas

W nowym zarządzie województwa mamy dwóch byłych wójtów i jednego sołtysa. To jest chyba największy powód do radości po wyborach marszałka i jego zastępców podczas burzliwej sesji sejmiku. W trakcie ostrego ścierania się opcji politycznych i angażowania centralnych władz partyjnych, ledwo wiedzących gdzie jest Dolny Śląsk, wygrali radni, którzy samorząd mają w genotypie. Tylko PO cały czas się zastanawia się dlaczego PiS na nich nie zagłosował, a Lewica płacze, że nie ma jej we władzach. Może dlatego, że jej jedyna przedstawicielka w sejmiku zamiast głosowania wolała wczasy.

Reklama

Troszkę się już naoglądałem różnych sesji rad miejskich i sejmików. Zdarzali się radni chrapiący podczas obrad, czytający pod ławką romanse, grający w kółko i krzyżyk lub potykający się po spożyciu. Życie… Ale nie pamiętam, by na najważniejszej sesji w kadencji, gdy wybiera się najwyższe władze w regionie i każdy głos się liczy, ktoś pozwolił sobie na wyjazd na wczasy. Na początku kadencji. A według różnych przekazów Egipt, zamiast sali sesyjnej, wybrała Marta Stożek, radna Lewicy (jedyna przedstawicielka tej formacji w Sejmiku Województwa Dolnośląskiego). Przekazy są chyba wiarygodne, bo radnej na pewno nie było – na początku nawet nie wiedziano gdzie zniknęła i do tej pory nie sprostowała tych informacji.

Obecność radnej była dość istotna dla Koalicji 15 października vel 13 grudnia (Państwo sobie wybiorą zgodnie z sympatiami politycznymi), która przymierzała się do objęcia władzy w województwie po kwietniowych wyborach. Arytmetyka owej koalicji była prosta : 15 przedstawicieli KO, 4 z Trzeciej Drogi i jedna z Lewicy, co daje bezpieczną przewagę 20 głosów w 36-osobowym Sejmiku.

Ale okazało się, że w polityce jak w sporcie - wygrana w eliminacjach nie oznacza zwycięstwa w finale. Kandydat na marszałka klubu KO, poseł Michał Jaros, otrzymał tylko 12 głosów. Była to chyba boleśniejsza porażka niż przegrana 1:7 Brazylii na piłkarskim mundialu w 2014 roku z Niemcami. I to przed własną publicznością.

Monika Włodarczyk, szefowa sejmikowego klubu KO napisała:

„Tak, za nami bardzo przykre doświadczenie: brak poparcia dla naszego kandydata na marszałka. Michał Jaros i jego program dla Dolnego Śląska - najwyraźniej przestraszył główne siły polityczne. Jego jasne i zdecydowane deklaracje w konkretnych sprawach - jak choćby ochrona środowiska -mogły wzbudzać niepokój poprzedniej ekipy”.

Przepraszam, pani Moniko, to Państwo liczyli, że waszego kandydata poprze PiS?! A myślałem, że wycieczka do Egiptu to będzie największy hit tej sesji Sejmiku. A tu proszę… Poza tym, polecam ćwiczenie z rachunków. Jeśli kandydat KO otrzymał 12 głosów, a w klubie jest 15 radnych to… No co nam wychodzi? Że nawet niektórzy działacze z klubu, którym pani kieruje, nie poparli Jarosa. I to do końca nie wiadomo ilu faktycznie było „za”. Bo jeśli prawdą jest to co powiedział później wybrany na marszałka Paweł Gancarz, że jego pięcioosobowy klub TD-PSL popierał w głosowaniu Jarosa, a nie mam powodów, żeby obecnemu marszałkowi nie wierzyć, to może się okazać, iż tylko kilku radnych z KO stanęło za swoi kandydatem. To co się dziwić PiS-owi.

Nie mam już sumienia pastwić się nad posłem Michałem Jarosem, bo przez ostatnie miesiące najwięcej krzywdy uczynili mu jego partyjni koledzy. Najpierw Donald Tusk nie chciał go na kandydata na prezydenta Wrocławia i postawił na Jacka Sutryka. Jaros nie mógł tego przeżyć, ale w ostatnim dniu kampanii nawet podał rękę Jackowi Sutrykowi, ponieważ inny lider PO, Rafał Trzaskowski, obiecał mu, że za to zostanie kandydatem na marszałka.

Po wyborach okazało się, że mimo 23 radnych KO w 37-osobowej Radzie Miejskiej Wrocławia nie przeszedł kandydat na przewodniczącego Rady wskazany przez ludzi Jarosa. Radni z PO, którzy nie przepadają za Jarosem, wskazali inną kandydatkę i ta wygrała.

No i we wtorek w Sejmiku tylko 12 głosów, choć podobno poseł PO liczył nawet na 23. Wyszło, że albo Trzaskowski Jarosa oszukał, albo radni z KO mają gdzieś wskazówki prezydenta Warszawy. Wielu uważa, że gdyby Jaros, kilka tygodni wcześniej, podobnie postąpił z sugestiami Tuska lub chociaż stanowczo z premierem porozmawiał, to dziś byłby prezydentem Wrocławia, ale…

Reasumując. Mogą radni z klubu KO opowiadać różne rzeczy i zaklinać rzeczywistość czy matematykę, ale prawdą jest, że Michał Jaros najmniej może liczyć na działaczy swojej partii. Którzy to działacze zapewne już są w blokach startowych, by za niedługi czas pozbawić Jarosa funkcji szefa dolnośląskiej PO. I nawet wiem, kto jest chętny, by go zastąpić. I zapewne poprą tego kandydata także ci, którzy teraz zarzekają się, że wspierali Jarosa…

A propos obietnic Trzaskowskiego i wyniku Jarosa. Pewną, wydawałoby się oczywistą, tajemnicę zdradził Paweł Gancarz. Szef PSL na Dolnym Śląsku, który jako następny po pośle PO został zgłoszony jako kandydat na marszałka, już po wyborze, w Radiu Wrocław stwierdził: „Panie redaktorze, zawsze na końcu głosują radni, w głosowaniu tajnym”.

Nie Tusk, nie Kaczyński, nie Hołownia, nie Kosiniak-Kamysz.

A potem dodał: „Ja rozumiem, że radni, którzy trafili do Sejmiku Dolnośląskiego to są świadomi ludzie, reprezentanci swoich wyborców, swoich okręgów wyborczych i podejmują decyzje, i ja też wielokrotnie o tym mówiłem, czasami polityczne, czasami merytoryczne. Wielokrotnie mówiłem o tym, żeby te dwie warstwy rozróżniać. Samorząd to jest ta przestrzeń - aczkolwiek wiadomo, że im wyżej tym tej polityki jest więcej - gdzie trzeba tą szczególną uwagę na kwestie merytoryczne zwrócić”.

Ale żeby to zrozumieć, trzeba mieć dość mocne związki z samorządem i trochę w nim popraktykować. Na Dolnym Śląsku ten model sprawdza się od ponad 10 lat, gdy marszałkiem został starosta bolesławiecki Cezary Przybylski.

A teraz marszałkiem wybrano radnego, który jakiś czas temu był wójtem niewielkich Stoszowic. Reprezentuje w Sejmiku klub pięcioosobowy a poparło go 28 radnych. Choć wcześniej, gdy wspomniał, że będzie kandydował, to politycy się z niego podśmiewywali. I zapewne spokojnie się porozumie ze swoimi dwoma zastępcami - doświadczonymi samorządowcami. Z Wojciechem Bochnakiem z Koalicji Obywatelskiej, który przez trzy kadencje (do 2018 roku) był wójtem Kondratowic czy z Michałem Rado z Bezpartyjnych Samorządowców (klub TD-PSL), który nadal jest sołtysem Bystrzycy Oławskiej.

Myślę, że wspomniani panowie dość szybko znajdą nić porozumienia, ponieważ są z tej „warstwy merytorycznej”. I nie mają dylematów jakie towarzyszą Arkadiuszowi Sikorze, kiedyś naprawdę aktywnemu radnemu wrocławskiemu, a teraz wiceprzewodniczącemu dolnośląskiej Lewicy, który po wyborach zarządu województwa lekko się żalił: „Głęboko wierzę, że zmiana, która miała miejsce 15 października w Polsce, również zawita na Dolny Śląsk a przedstawiciel Lewicy zgodnie z podjętym zobowiązaniem Koalicji 15 października, wejdzie w skład Zarządu!”.

Kandydat Lewicy do zarządu (to nie była ta nieobecna radna) w głosowaniu dostał 2 głosy i do dziś trwa poszukiwanie tej dwójki, która pewnie ze zmęczenia, bo sesja była bardzo długa, postawiła „x” nie w tej kratce, co chciała. Przypomnijmy bowiem jeszcze raz panu przewodniczącemu, że Lewica podczas głosowania była w Egipcie, nie w Sejmiku, a to już wyraźnie wskazuje co ugrupowanie to myśli o swoim regionie, a zobowiązania co do Dolnego Śląska, Panie przewodniczący, podejmują radni na Dolnym Śląsku. I je podjęli.

Nie Tusk, nie Kaczyński, nie Hołownia, nie Kosiniak-Kamysz. I przede wszystkim nie Czarzasty, który, gdy kilka dni temu przyjechał na rozmowę do Telewizji Wrocław i gdy dowiedział się, że będzie pytany o Dolny Śląsk, to wyszedł.

I niech tak zostanie.

Oceń publikację: + 1 + 28 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.