zamknij

Wywiady

Wrocław to Piwna Stolica Polski!

O tym, jak zmieniała się wrocławska scena piwna i czy warto było poświęcić karierę zawodową by opowiadać o swoim ulubionym napoju, w przeddzień siódmej edycji Wrocławskiego Festiwalu Dobrego Piwa rozmawiamy z Tomaszem Kopyrą - najpopularniejszym polskim vlogerem piwnym, międzynarodowym sędzią konkursów piwowarskich, współautorem serii „kolaboranci” z podwrocławskiego browaru Widawa.

Bartosz Senderek: Od trzech i pół roku codziennie siadasz przed kamerą, witasz się charakterystycznym sformułowaniem „Cześć, tutaj Tomek Kopyra z blogu blog.kopyra.com” i opowiadasz o piwie. Czy po takim czasie nagrywania vlogów nie odczuwasz znudzenia?

Tomasz Kopyra: Nie, nie odczuwam znudzenia. Ja mam bardzo wiele formatów i niektóre eksploatuję bardziej, a niektóre mniej. Zaczynałem od degustacji. Recenzje piw dalej są obecne na vlogu, ale stanowią tylko około 60% wszystkich filmów. Mam jeszcze sporo innych cykli, szczególnie lubię nagrywać filmiki quasi publicystyczne takie jak „1000 IBU”. Ku mojemu zadowoleniu, ostatnio wielką popularnością cieszyła się 50 minutowa relacja z wizyty w jednym z browarów. W przyszłości chciałbym pójść w tym kierunku i nagrywać programy o długości porównywalnej do formatów telewizyjnych. Wśród moich filmów można znaleźć też wywiady, relacje z festiwali, piwne newsy (przegląd wydarzeń w branży piwowarskiej – przyp. red.). Nagrałem też kilka filmów o warzeniu piwa. Tematów mam sporo, więc na nudę nie mogę narzekać.

Rozumiem, że pytanie czy nie żałujesz, że rzuciłeś stabilną pracę na etacie, będzie nie na miejscu?

Bardzo nie na miejscu. Po pierwsze zarabiam więcej niż w swojej poprzedniej pracy. Po drugie robię to, co chcę. W pewnym sensie bycie pełnoetatowym vlogerem jest uciążliwe, bo praca, która dostarcza pieniędzy jest głównie w weekendy. Wiadomo jest to utrudnienie dla życia rodzinnego. Chociaż z drugiej strony, ponieważ pracuję w domu, jestem bardziej dyspozycyjny. Mogę odebrać dzieci ze szkoły, w każdej chwili pomóc im w nauce itd. Natomiast wygląda to tak, że pracuję praktycznie od momentu, w którym wstanę, do momentu, w którym się położę, a często chodzę spać bardzo późno. Nie mogę sobie pozwolić na to, że o pewnej godzinie mówię „koniec” i zapominam o robocie.

Oczywiście czasami pojawia się zmęczenie, a wewnętrzny głos mówi: „trzeba wrzucić nowy film”. Mimo wszystko bardzo sobie chwalę moją aktualną pracę, bo nie do końca czuję, że pracuję. Stare chińskie powiedzenie mówi: „rób to, co kochasz, a nie będziesz musiał pracować”.

Można powiedzieć, że wychowałeś już co najmniej jedno pokolenie świadomych piwoszy. Wielu piwowarów przyznaje, że uczyło się produkcji piwa z Twoich filmów. Czujesz się trochę „piwnym celebrytą”?

Celebryta to ktoś znany z tego, że jest znany. Ja się bardziej czuję „piwnym prorokiem”, który prowadzi ludzi i mówi im o tym, że jest coś lepszego niż popularny „złocisty trunek”. Ten „złocisty trunek”, który większość ludzi ma na myśli, jest to napój, którym nie warto się zajmować.

Mam ogromną satysfakcję z tego, że piwowarzy domowi, którzy uczyli się warzyć piwo z moich filmów, otwierają browary i odnoszą mniejsze lub większy sukcesy. Czuję, że przez to, co robię mam wpływ na to, jak wygląda rynek piwny w Polsce. To jest niesamowite, że ludzie, których kiedyś zainteresowałem warzeniem piwa, dziś warzą dla mnie i moich widzów.

To może tyle o Twojej działalności. Porozmawiajmy o kulturze piwnej. Kilka lat temu studiowałeś na politechnice. Miałeś wtedy jakieś ulubione miejsca we Wrocławiu?

Można powiedzieć, że w tamtych czasach Wrocław był w awangardzie piwnej rewolucji. Tutaj pewne rzeczy działy się jeszcze na dobrych kilka lat przed tzw. rewolucją. W historii mówi się o latach naszej ery i przed naszą erą, w przypadku piwa możemy mówić o latach przed i po Ataku Chmielu (pierwsze polskie piwo w stylu American India Pale Ale – przyp. red.). We Wrocławiu dobre piwo pojawiało się już dobre kilka lat przed nim. Myślę, że to mogło być nawet z 10-15 lat przed początkiem zmian na polskim rynku browarniczym. Wtedy ciekawe były głównie piwa czeskie. Osobiście mam bardzo duży sentyment do ulicy Bogusławskiego i tzw. „nasypu”. Tam zawsze można było dostać sporo piw z małych czeskich browarów, był też pub, w którym serwowano piwa z Namysłowa. To było krótko po moich studiach, natomiast w czasie studiów piłem głównie „koncerniaki”. Z miejsc szczególnie wspominam studencki klub „Tawerna” w A-0.

W 2004, gdy wygaszano browar piastowski miałeś 25 lat, pamiętasz smak piw produkowanych przy Jedności Narodowej?

Oczywiście, choć nie mam do nich jakiegoś szczególnego sentymentu. Być może dlatego, że wtedy na mnie duży wpływ miała reklama i chętnie sięgałem po popularniejsze marki. Piwa z browaru piastowskiego pewnie były niezłe. Wtedy uznawałem je za zbyt gorzkie, dziś powiedziałbym, że to ich zaleta. Pamiętam Pilsa, Magnata i reaktywowanego Fulla, który był produkowany już za czasów Carlsberga, ale jeszcze przed zamknięciem wrocławskiego zakładu. Żałuję, że nie było mi dane spróbować porteru z wrocławskiego Piasta, chociaż ktoś mi kiedyś obiecał podarować jedną butelkę, którą od lat przechowuje w piwniczce.

Tyle o historii. Ostatnie lata to rozkwit piwnej rewolucji w Polsce, wysyp nowych lokali i browarów. Jak według ciebie Wrocław wypada na tle innych miast?

Zwykle we Wrocławiu odwiedzam multitapy (puby specjalistyczne, w których jednorazowo dostępnych jest kilkanaście różnych piw – przyp. red.). Jestem stereotypowym beergeekiem, który jeśli nie widzi w menu żadnego nowego piwa, to opuszcza lokal. Na szczęście na rynku dzieje się tak dużo, że wchodząc do któregoś z wrocławskich pubów, praktycznie nie ma szans na to, że nie znajdę choć jednego piwa, którego nie próbowałem.

Czy zgadzasz się z hasłem „Wrocław - Piwna Stolica Polski”?

W Warszawie jest trochę lepiej jeżeli chodzi o liczbę lokali z dobrym piwem, chociaż jeszcze nie tak dawno było odwrotnie. Jednak liczba browarów i obecność największego festiwalu piwnego w Polsce sprawia, że można o Wrocławiu powiedzieć, że jest „Piwną Stolicą Polski”. Może jest to trochę aroganckie, ale myślę, że ma solidne podłoże w faktach.

Wywołałeś temat Wrocławskiego Festiwalu Dobrego Piwa. Przed nami już siódma edycja imprezy, a ja zapytam od drugiej strony: pamiętasz początki FDP?

Cały festiwal zaczął się od warsztatów piwowarskich. Ja pierwszy raz byłem na nich jeszcze, gdy odbywały się w klubie Madness. To była druga albo trzecia edycja, a teraz będziemy mieć już trzynastą odsłonę imprezy dla piwowarów domowych. Później warsztaty przeniosły się na kilka lat do Agory, a następnie trafiły na kilka lat do Zamku w Leśnicy i teraz na Stadion Wrocław. Nie mogę powiedzieć, że jestem związany z tą imprezą od zawsze, ale z pewnością od bardzo dawna.

A jak oceniasz rozwój samego festiwalu, nie warsztatów?

Z pewnością festiwal mocno przyćmił warsztaty. Jeżeli chodzi o FDP, to jest to największe wydarzenie  w Polsce i jedna z największych tego typu imprez w Europie. Festiwale piwne mają to do siebie, że są kierowane do pewnego wąskiego grona. Nasz jest o tyle nietypowy, że trafia na niego bardzo dużo ludzi, którzy nie mają pojęcia o „piwnej rewolucji” i to jest fantastyczne, bo to jest sposób na to, żeby dowiedzieli się, że piwo może smakować inaczej.

W tym roku nie spodziewam się rewolucyjnych zmian organizacyjnych, ale myślę, że będzie spory progres w stosunku do zeszłego roku. Po pierwsze jest lepszy termin - nie koliduje z długim weekendem. Po drugie liczę na dobrą pogodę, bo poprzednio trochę padało. Sądzę, że ta edycja może okazać się rekordowa, jeżeli chodzi o frekwencję.

Podobnie jak w zeszłym roku jesteś zaangażowany w organizację FDP. Jakie atrakcje szykujesz?

Będą rzeczy, które sprawdziły się rok temu. Będzie Live Beer Blogging, czyli blogowanie na żywo. Wydarzenie trochę przypomina "speed dating" – browary będą miały 10 minut na prezentację swoich piw, a blogerzy ocenią je w mediach społecznościowych i podzielą się swoimi uwagami na scenie. Oprócz tego planujemy panele dyskusyjne. W gronie blogerów zagranicznych zastanowimy się nad przyszłością piwowarstwa na świecie. Poszukamy odpowiedzi na pytanie: czego możemy spodziewać się za pięć lat.

Szczególnie ciekawa będzie rozmowa z Ziemkiem Fałatem założycielem Pinty (pierwszego polskiego browaru rzemieślniczego – przyp. red.) i Agnieszką Wołczaską-Prasolik – organizatorką festiwalu i warsztatów, w środowisku znaną pod pseudonimem „Marusia”. Trochę powspominamy i porozmawiamy o tym, jak w ostatnich latach zmieniła się branża piwowarska. Dla mnie to jest oczywiste, że piwo rzemieślnicze w Polsce jest dostępne od dobrych pięciu lat, ale niedawno uświadomiłem sobie, że są ludzie, którzy do tego świata trafili pół roku temu i dla nich opowieści o Ataku Chmielu z 2011 roku to jakby opowiadać młodzieży o stanie wojennym czy medalu „Orłów Górskiego”.

W tym roku na festiwalu ma być 400 lanych piw, w tym 40 premier. Masz jakieś „pozycje obowiązkowe”, na które szczególnie czekasz?

Piwem, które na pewno spróbuję będzie Spirit of Sonoma z browaru Widawa, inspirowane trunkiem, który piliśmy w tym roku w Kalifornii w Santa Rosa, gdzie byliśmy na gali RateBeer Best i Festivalu Ratebeer. Jest to piwo leżakowane w beczce po białym winie i jednocześnie chmielone odmianami chmielu, które same z siebie wnoszą nuty białego wina. To było najlepsze piwo, jakie ostatnio piłem w Stanach i mam nadzieję, że Wojtek Frączyk (piwowar browaru Widawa – przyp. red.) dorówna tym wspomnieniom.

Będzie też troszkę piw „wagi ciężkiej”. Być może na upalną pogodę nie będą najlepszym wyborem, ale wieczorem, kiedy słońce zajdzie będzie można się na nie skusić. Szczególnie ciekawi mnie Kord, czyli Quintuple z Browaru Olbracht. Mogę zdradzić, że niespodziankę szykuje również browar Reden ze Świętochłowic, który w piątek przeprowadzi "imprezę pożegnalną", a w sobotę na jego miejscu pojawi się prawdziwa „petarda”. Ale nic więcej na ten temat nie powiem, widzowie musą zobaczyć to na żywo.

Wiadomo, że browary na festiwal przywożą swoje najlepsze wyroby. Polecam odwiedzać stoiska, do których będą ustawiały się najdłuższe kolejki. Jeżeli jest kolejka, to najczęściej znaczy, że można się tam napić czegoś dobrego. Moim zdaniem wciąż najgorętszym trendem polskiego piwowarstwa są piwa leżakowane w beczkach, a takich na festiwalu ma być kilka.

Na koniec poradź naszym czytelnikom, którzy wybierają się na festiwal jak przetrwać te trzy dni piwnej biesiady?

Na pewno polecam coś na głowę, żeby uchronić się przed promieniami słonecznymi. Na stoiskach polecam kupować najmniejszą możliwą porcję. Pojemności rzędu 0,2-0,3 l są dość rozsądnym rozwiązaniem. Mocniejsze piwa można nawet rozlać na 2 czy 3 osoby. Oczywiście trzeba się nastawić, że przy takiej ilości trunków, nie da się spróbować wszystkiego. Ważne jest także to, żeby obrać dobre tempo. Warto pamiętać, że jeśli rzucimy się na piwo zbyt łapczywie - myślę, że taką maksymalną dawką jest pół litra na godzinę – po krótkim czasie się zmęczymy i nie będziemy mieli już przyjemności ze smakowania piwa, ale po prostu nie zapamiętamy co piliśmy, a nie o to chodzi. I tu znów przysłowie „piwo pite z umiarem, nie szkodzi nawet w największych ilościach”.

Warto też zrobić sobie przerwę na solidny posiłek. Nie byłoby też głupim pomysłem, żeby co któreś piwo wypić szklankę wody, żeby się nie odwodnić.

Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia w weekend na festiwalu!

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.