Kraków, Poznań, a nawet Łódź. Wszędzie tam mają więcej stażników miejskich. I wciąż ich przybywa. U nas - dodatkowego zaciągu nie ma nawet w planach.
Jest ich za mało i są źle opłacani. Wrocławscy strażnicy miejscy, bo o nich mowa, są widoczni na ulicach. Niestety, prawie wyłącznie w centrum. Na odległych od Rynku osiedlach spotkać ich trudniej.
Właśnie dlatego nie walczą tak jak trzeba z kierowcami zastawiającymi chodniki czy blokującymi przejazd tramwajów.
Co gorsze, w ciągu ostatnich 3 lat zwolniło się 130 strażników. To prawie połowa.
- Strażnik z mniejszym stażem niż sześć lat zarabia 2 tysiące złotych brutto. Dopóki policja nie prowadziła naboru, dopóki nie powstawały straże w okolicznych miastach, gdzie uciekają moi ludzie, takiego problemu nie było - żali się Zbigniew Słysz, komendant wrocławskiej straży miejskiej. - Teraz muszę wysyłać na ulicę ludzi wprost po przeszkoleniu. Nie ma czasu, by uczyli się od starszych kolegów - dodaje.
>Przeczytaj cały wywiad z komentantem Słyszem!
- We Wrocławiu mamy inną politykę. Oprócz nakładów na straż miejską, przekazujemy także środki z budżetu miasta policjantom: choćby na dodatkowe partole, zapewnienie bezpieczeństwa na imprezach masowych. Zbudowaliśmy również nową komendę miejską - mówi Paweł Czuma, dyrektor biura prasowego w magistracie. - W tej chwili nie mamy w planach istotnego zwiększania liczby strażników miejskich. Jednakże nie znaczy to przecież, że nie dbamy o poprawę bezpieczeństwa. Każda złotówka przekazana policji to inwestycja właśnie w bezpieczeństwo - dodaje.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze