zamknij

Kultura

„Fascynuje mnie Wrocław sprzed tysiąca lat, zwany Wrotizlą” [WYWIAD]

2020-03-03, Autor: Michał Hernes

– Fascynuje mnie Wrocław sprzed tysiąca lat, zwany Wrotizlą, gdzie na Ostrowie Tumskim Mieszko postawił palatium, Chrobry wybudował katedrę, a podczas buntu zwanego pogańskim, stanęła tutaj świątynia pogańska. Z tymi czasami wiążą się także wspaniałe postaci tych, którym Wrocław zawdzięcza rozwój, a o których dziś niewielu z nas pamięta – mówi wrocławska pisarka Jolanta Maria Kaleta, autorka cyklu „Wojna i miłość”.

„Wojna i miłość. Wiktor i Hanka” to powieść kończąca trylogię pochodzącej z Dolnego Śląska Jolanty Marii Kalety. Tym razem autorka postanowiła osadzić akcję w realiach komunistycznej Polski.

Reklama

Tytułowi bohaterowie to studenci wrocławskich uczelni, których połączyło silne, młodzieńcze uczucie. Gdy niesieni hasłami o wolności i demokratycznych prawach dołączają do protestów w 1968, boleśnie przekonują się o tym jak brutalna władza nie szanuje jednostek.

Michał Hernes: Co najbardziej fascynuje panią w historii Wrocławia?
Jolanta Maria Kaleta: To dość trudne pytanie, gdyż tych fascynacji jest wiele. To nie tylko bardzo stara historia sięgająca ponad tysiąc lat wstecz, to także wspaniałe zabytki architektury, to bolesne wydarzenia z lat drugiej wojny światowej i tuż po niej, to także ludzie, którzy przybyli do tego miasta, kiedy jeszcze nad gruzami unosiły się dymy pożarów, oddech dusił odór rozkładających się trupów, a pomiędzy ruinami czaiły się nie tylko szczury, ale także miny i niewybuchy.

Mimo to ludzie ci zakasali rękawy i nie żałując potu podnieśli miasto z gruzów, miasto, które miało stać się ich nowym domem, gdyż ten stary im odebrano. A nikt wówczas nie miał pewności, czy tego nowego, z trudem dźwigniętego z ruin, też im kolejną decyzją wielkich tego świata ktoś nie odbierze.

Jakie zagadki i tajemnice z historii Wrocławia najbardziej panią ciekawią?
Początkowo sądziłam, że nic nie jest w stanie przebić zagadek i tajemnic wynikających z czasów drugiej wojny światowej, kiedy to Dolny Śląsk, a także Wrocław stały się jednym wielkim schowkiem dla nazwijmy to kolokwialnie skarbów zrabowanych przez Niemców przez lata wojny nie tylko na ziemiach polskich i tutaj poukrywanych.

Do czerwoności oczywiście rozpala pytanie, gdzie ukryto słynne, jeśli nie legendarne, złoto wywiezione z banku Breslau oraz, już co prawda wyjaśniona zagadka, w jakich okolicznościach z kaplicy wrocławskiego arcybiskupa ulotniła się Madonna pod Jodłami, słynny obraz Łukasza Cranacha Starszego. Bazując na tym napisałam „Złoto Wrocławia” oraz „Wrocławską Madonnę”, zanim obraz się odnalazł.  

Mamy wciąż niewyjaśnioną sprawę podziemnego miasta. Czy ono jest, czy go nie ma? Ale ostatnio coraz częściej zaczyna mnie fascynować Wrocław sprzed tysiąca lat, zwany Wrotizlą, gdzie na Ostrowie Tumskim Mieszko postawił palatium, Chrobry wybudował katedrę, a podczas buntu zwanego pogańskim, stanęła tutaj świątynia pogańska. Z tymi czasami wiążą się także wspaniałe postaci tych, którym Wrocław zawdzięcza rozwój, a o których dziś niewielu z nas pamięta. Nie zdradzę o kogo chodzi, bo może będzie z tego kolejna powieść.

Do jakich czasów z historii Wrocławia chciałaby się pani przenieść?
W zasadzie wolałabym się nie przenosić. Jeszcze nigdy w historii Polski, Polakom nie żyło się tak dobrze jak w ostatnich 30 latach. Choć każdy z minionych wieków miał jakieś lata świetności, ale one trwały dość krótko i przychodziły czasy nieciekawe, o ile nie tragiczne. Ponoć zawsze człowiek największą sympatią darzy lata swej młodości i jest w tym sporo prawdy. Moja młodość upłynęła w czasach Polski Ludowej, ja jednak za żadne skarby nie chciałabym wrócić w tamten czas. Choć od wojny mijały lata, wrocławska starówka wciąż straszyła dziurami w murach, a przerwy między kamienicami, zamieniane w pełne błota dzikie parkingi, przypominały o tragedii Festung Breslau. Dziury w jezdniach były zmorą kierowców, a kolejki przed sklepami śniły się paniom po nocach.

Dziś Wrocław jest piękną metropolią, jednym z najpiękniejszych miast w Polsce, jeśli i nie w Europie. Tętni kolorowym życiem i wolnością. Każdy w nim znajdzie coś dla siebie. Oczywiście, mamy korki na ulicach, tłok w tramwajach itd. Ale gdzie tego nie ma? To cecha charakterystyczna współczesnych wielkich miast. Zostaję zatem we Wrocławiu, stolicy czterech kultur.

Co jest większym wyzwaniem dla pani – pisanie książek historycznych, rozgrywających się współcześnie czy science fiction?
W zasadzie napisałam tylko jedną powieść tego typu - „Obcy w antykwariacie” i jest to w dodatku bardzo nietypowe science fiction, bo nie odbędziemy wraz z bohaterami podróży statkiem kosmicznym do innych galaktyk. Akcja rozgrywa się we Wrocławiu, tu i teraz. Można powiedzieć, że to taki wypadek przy pracy będący wynikiem fascynacji naszym słynnym kotem Dantonem, przesiadującym w witrynie jednego z antykwariatów. Miała być powieść o antykwariuszu, ale jak ujrzałam kota, to przyszedł mi na myśl kot z innej planety. Tego typu powieści pisze się dość dobrze, bo w zasadzie wszystko jest możliwe. Mój bohater ma komputer, oczywiście też z innej planety, którym może drukować pieniądze, a przede wszystkim legitymację, potrzebna mu do realizacji pewnego planu. Oberwało mi się od niektórych czytelników, że pojechałam po bandzie, bo komputer niczego nie jest w stanie wydrukować. A jednak. Dziś możemy wydrukować nawet sztuczne serce czy maszynę, a Chinach wydrukowali szpital polowy dla zarażonych koronawirusem. A więc w powieści science fiction wszystko jest możliwe i wyobraźnie można spuścić ze smyczy.

Natomiast powieść historyczna, a taka jest moja ostatnia trylogia „Wojna i miłość”, wymaga sięgnięcia do literatury naukowej, aby te wszystkie polityczno-militarne obszary ogarnąć. Największy problem to język, którym posługiwali się bohaterowie np. przed stu laty. On naprawdę się różnił od współczesnego. Tutaj z pomocą przyszły pamiętniki, bo pisano je językiem potocznym, pełnym emocji. A to w powieści jest chyba nawet ważniejsze od faktów.  

Pisanie powieści rozgrywających się współcześnie lub w latach Polski Ludowej nie wymaga już tak drobiazgowego riserczu, bo wiele rzeczy pamiętam. Na przykład, gdzie mieścił się taki czy inny sklep, co się nosiło, jakimi samochodami jeździło, jakie piosenki śpiewano.

Jak zbiera pani materiały do pisania o Wrocławiu, jego historii i architekturze?
Pisząc nie tylko o Wrocławiu, pierwszy krok zawsze kieruje do opracowań naukowych. Na szczęście jest tego dość dużo. Korzystam zarówno z tych współczesnych, jak  i tych sprzed lat, a nawet z XIX wieku. Kolejny krok to czasopisma o określonej tematyce, gdzie można znaleźć ciekawe artykuły napisane przez fachowców, a więc godne zaufania. Później szukam wspomnień odnoszących się do interesujących mnie wydarzeń. Internet zostawiam na koniec jako kopalnię rzeczy zdumiewających, często zaskakujących lub nieprawdopodobnych, niezbędnych przy pisaniu beletrystki, pobudzających wyobraźnię. Z architekturą zawsze mam problem, bo nie jestem w stanie spamiętać tych wszystkich fachowych nazw czy detali, zwłaszcza w budownictwie sakralnym. Pisząc o Wrocławiu, mam komfort, bo nie muszę jechać na drugi koniec Polski. Wszystko mam pod ręką. Idąc na spacer czy na kawę, robię jednocześnie risercz. Z aparatem fotograficznym snuję się po liczkach i zakamarkach, albo po raz tysięczny podziwiam katedrę czy nasz rynek.

Co sądzi pani o zmianach, jakie zachodzą we Wrocławiu?
Jestem nimi w zasadzie zachwycona, choć moim zdaniem zbyt wolno następuje renowacja starych przedwojennych kamienic, w których wciąż drzemie ich dawne piękno. Wiem, że to po prostu kosztuje, ale szkoda, bo wiele z nich już może nie doczekać remontu. Nie popadam w zachwyt, widząc te wszystkie nadbudowy na zabytkowych kamienicach, choć niektóre są całkiem zgrabne i sensowne. Wrocław się rozbudowuje na potęgę. Czasami miasta nie poznaję, zwłaszcza wieczorami, kiedy w świetle latarni skrzy się niczym drogocenny klejnot lub tonie w tajemniczym mroku.  

Jestem zachwycona naszym odremontowanym rynkiem. Jest jednym z największych i najpiękniejszych w Polsce i Europie. Moim zdaniem przegrywa rywalizację jedynie z rynkiem w Krakowie. Już nawet zdążyłam się przyzwyczaić do tej szklanej fontanny, która opisałam w „Obcym w antykwariacie”. Cieszą mnie liczne ścieżki rowerowe, choć z nich nie korzystam, ale pod tym względem Wrocław przoduje, bo np. w Krakowie prawie nie ma ścieżek rowerowych. Cykliści pędzą chodnikami.

Czy podoba się pani współczesna architektura Wrocławia?
Z tym to bywa różnie. O gustach ponoć się nie dyskutuje, więc nie wypowiem się, co jest brzydkie, a co ładne. Mój gust architektoniczny kształtował mój teść, który był architektem, więc nie jest to nowoczesne spojrzenie na budownictwo. Czasami mam takie wrażenie, jakby większość projektów pochodziła z jednej pracowni, bo tak są do siebie podobne. Ale może to także kwestia mody. Mam jednak nadzieje, że drugiego Solpolu się nie doczekamy.

Jakie są pani ulubione miejsca we Wrocławiu, a za którymi pani nie przepada?
Ja urodziłam się i wychowałam na Biskupinie, więc tam wciąż tkwi moje serce. To zaczarowana kraina mojego dzieciństwa – nadodrzańskie łąki, urocze wille zatopione w ogrodach, wąskie uliczki, ocienione dorodnymi drzewami. Blisko stamtąd do Parku Szczytnickiego, gdzie umawiałam się na pierwsze randki. Pod bokiem Hala Stulecia, kiedyś Ludowa, gdzie był jedyny we Wrocławiu kinowy ekran panoramiczny. Dziś po remoncie prezentuje się wspaniale, a w miejscu dawnego stawu, otoczonego pergolą, po którym pływało się kajakami, a zimą śmigało na łyżwach, dziś pyszni się fontanna multimedialna. To moja ukochana część Wrocławia, sięgająca aż do mostu Zwierzynieckiego. Chyba nie ma takiej części miasta, o której mogę powiedzieć, że jej nie lubię. Są takie, w których z różnych względów rzadko bywam, więc potrafię się tam pogubić, albo znaleźć ciekawe detale.

Czy wie pani wszystko o tym mieście i jego historii, czy wciąż jest jeszcze wiele do odkrycia?
Sądzę, że nie wiem bardzo wielu rzeczy o moim mieście. W końcu jego historia liczy sobie ponad tysiąc lat, a czasy, kiedy znajdował się poza granicami Polski nie są bogato prezentowane w literaturze naukowej. Chyba wynika to z faktu, że przez lata PRL stosowano zasadę, aby o tamtych czasach nie pisać i najlepiej nie mówić, choć hasła: „Byliśmy, jesteśmy, będziemy” oraz „We Wrocławiu nawet kamienie mówią po polsku” spotykało się na każdym kroku. Mamy zatem bogato opisany Wrocław z czasów pierwszych Piastów, a o czasach późniejszych znacznie mniej. Po zmianach ustrojowych role zaczęły się odwracać. Co zaskakujące, o Wrocławiu coraz częściej piszą obcy autorzy. Na mnie największe wrażenie zrobiła praca historyka niemieckiego młodego pokolenia, przedstawiająca śmierć Breslau i narodziny Wrocławia. Mam zatem nadzieję, że jeszcze mnie Wrocław czymś zaskoczy, że odsłoni przed mną rąbek tajemnicy, abym mogła napisać o nim kolejną powieść.

CZYTAJ TEŻ: WROCŁAW JAKO SCENERIA KSIĄŻEK URBAN FANTASY [WYWIAD]


Oceń publikację: + 1 + 33 - 1 - 4

Obserwuj nasz serwis na:

Komentarze (3):
  • ~PodajęLogin 2020-03-09 17:46:50

    A oto propozycja nowej książki. Akcja toczy się w okolicach roku 1529 we Wrocławiu. Głównym motywem politycznym jest zburzenie Opactwa Św. Wincentego na Ołbinie, wtedy w Ołbinie. Polacy nie chcą, Niemcy chcą zburzyć. Wiadomo - opactwo to była ostoja polskości na prawym brzegu Odry. Książka musi posiadać atrybut kanwy do ewentualnego scenariusza do filmu lub serialu. Coś na wzór Czarnych Chmur. Blisko jest rok 1526 - czyli przejście Śląska spod panowania Jagielonów pod panowanie Hansburgów, co można połączyć z rokiem 1529 i stworzyć nasze lokalne dolnośląskie "Czarne chmury". Zachęcam Pania autorkę.
    Bartłomiej Stein uznawany za pierwszego geografa Śląska w swoim opisie regionu zatytułowanym „Descriptio Totius Silesiae et Civitatis Regiae Vratislaviensis” (pol. Opis Całego Śląska i Królewskiego Miasta Wrocławia) wydanym we Wrocławiu w 1512 roku potwierdza autochtonizm polskich mieszkańców Dolnego Śląska oraz napływowy charakter mieszkającej we Wrocławiu ludności niemieckiej. Potwierdza również polski charakter nazw najważniejszych miast śląskich[16]. Stein w swoim opisie za granicę językową pomiędzy językiem polskim, a niemieckim ustala rzekę Odrę, która przedziela Wrocław na dwie części[21].
    „Dwie nacje tak zwyczajami, jak i miejscem (zamieszkania) oddzielone tę (ziemię) zamieszkując, lepiej uprawną ku zachodowi i południu dzierżą Niemcy, nieuprawną i złą ku wschodowi i północy Polacy. Dzieli je najpewniejszą granicą rzeka Odra, po przyjęciu Nysy (Kłodzkiej), tak, że również miasta leżące z tej strony niemieckiego, a z tamtej polskiego języka częściej używają.” – Bartłomiej Stein (1477–1520)[21].

    3 3
  • ~PodajęLogin 2020-03-09 17:50:24

    PS Szkoda tylko, że zabytkowe mury Pałacu Królów Pruskich na Placu Wolności są traktowane dużo lepiej niż te mury Zamku na Ostrowie Tumskim, które de facto niszczeją i są ubocznym miejscem na siku w drodze do katedry. Szkoda, bo te mury, to tak na prawdę największy zabytek Wrocławia.

    6 1
  • ~Łukasz Miarczyński 2020-03-31 09:36:03

    Na pewno mega pozytywne zaskoczenie - https://virtualo.pl/audiobook/chor-zapomnianych-glosow-i298062/ Treść fajna, wciągająca, ale to przecież typowe dla Mroza, że potrafi stworzyć coś, czym wciąga tak, że czeka się na kolejną część. Brawo! Szacunek!

    0 7

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy organizowanie 11. edycji Brave Kids w trakcie pandemii to dobry pomysł?





Oddanych głosów: 187