zamknij

Kultura

Wrocław jako sceneria książek urban fantasy. Rozmowa z autorką „Opowieści z Wieloświata”

2020-02-05, Autor: Michał Hernes

– Interesuje mnie możliwa przyszłość Wrocławia, przemiana, jaką może przejść – czy, w dużym uproszczeniu pisząc, udusimy się w smogu, czy ulice staną się zielonymi deptakami – mówi nam Anna Sokalska, autorka cyklu urban fantasy „Opowieści z Wieloświata”, którego akcja rozgrywa się w stolicy Dolnego Śląska.

Michał Hernes: W napisanym przez panią "Kuglarzu" we Wrocławiu "znów zaroiło się od zmór, demonów i nosicieli klątw". Przyznam, że zanim sięgnąłem po pani książki, Wrocław kojarzył mi się z krasnalami, Mockiem i Olgą Tokarczuk. Dlaczego zmory, demony i nosiciele klątw?
Anna Sokalska: Lubię fantastykę, ale w szczególności taką, którą można wpisać we współczesne, znane nam okoliczności. Historie istot, które żyją w naszych wierzeniach, przesądach, powiedzeniach, także w popkulturze, są przy takim założeniu oczywistym wyborem.

Reklama

Skoro od dziecka obijają nam się o uszy chociażby legendy o Borucie i Rokicie, to łatwiej wyobrazić sobie, że czorty te nadal grasują po Polsce. Podobnie z Babą Jagą, ale idąc o krok dalej, także z Welesem, który jest mocno powiązany ze świętym Mikołajem – i nawet jeśli Czytelnik o tym nie wie, to dowiadując się o tym z książki, może łatwiej uwierzyć w taką postać, niż w całkowicie zmyśloną.

Na takiej „oswojonej” bazie mogę zbudować wiarygodną opowieść, dlaczego dany bohater jest demonem, dlaczego ciąży na nim klątwa, czego pragnie, w co wierzy – i w konsekwencji fantastyczne postaci nabierają ludzkich cech, choć nadal posiadają potencjał pewnego przerysowania, wyolbrzymienia, dzięki czemu są bardziej plastyczne i lepiej zapadają w pamięć. W efekcie mogę połączyć to, co według mnie najlepsze w fantastyce – mocny przekaz w nieoczywistej formie, z tym, co najważniejsze w innych gatunkach, jak napięcie i akcja w kryminale czy emocje i psychologia postaci w powieści obyczajowej.

Dlaczego te stwory zaludniły akurat Wrocław?
Wrocław to przecież „miejsce spotkań”, miasto czterech świątyń i wielu kultur – dynamicznych, zmieniających się, wszak napływają coraz to nowe grupy osób z różnych części świata, przywożąc także swoje mity i systemy wartości.

Poza potencjałem ludzkim, inspirujące są także miejsca, a wiele z nich jest niezwykłych! Między kamieniczkami Jaś i Małgosia przeczytać możemy „śmierć bramą życia”, a u fundamentów archikatedry św. Jana Chrzciciela znajdują się szczątki prawdopodobnie słowiańskiej świątyni.

Tuż obok Wrocławia diabelskie legendy otaczają Ślężę, a na jej zboczach znajdują się najpewniej celtyckie rzeźby kultowe i, jak twierdzą niektórzy, ślady pobytu cywilizacji pozaziemskiej... To miasto i jego okolice mają w sobie tyle ładunku „magicznego”, ale też i historycznego, że aż prosi się o otwarcie bram Wieloświata właśnie tutaj.

Jak bardzo inspirujący jest dla pani Wrocław?
Nie mogę powiedzieć, że bez Wrocławia nie byłoby Wieloświata – z pewnością byłby, choć inaczej przedstawiony. Nie jest więc Wrocław inspiracją absolutną, ale wkład miasta w opowiadane przeze mnie historie jest istotny. Nie chodzi mi tu jednak o „atmosferę”, bo ta jest tak płynna, jak zmienne potrafią być nastroje bohaterów – raz miejski pejzaż jest przyjazny, tętniący energią, pełen życzliwych ludzi, innym razem wpada w ponurą, wyludnioną skrajność.

Miasto jako takie jest elastyczne, a dla mnie szczególnie ciekawe także w miejscach przejścia pomiędzy sferą ludzką a nieoswojoną, gdzie granice miejskiej cywilizacji zderzają się ze zdziczałymi polami i ścianami lasów. Sam Wrocław zaś jest dodatkowo bogatszy o swoją historię, zarówno tą z czasów pierwszego grodu na Ostrowie Tumskim, z grubsza licząc powstałego w czasach reakcji pogańskiej, poprzez drugą wojnę światową, aż po współczesność – ilość motywów, jaką można tutaj odnaleźć, jest ogromna.

Interesuje mnie też możliwa przyszłość miasta, przemiana, jaką może przejść – czy, w dużym uproszczeniu pisząc, udusimy się w smogu, czy ulice staną się zielonymi deptakami. I, ostatecznie, istotne jest także to, że znam to miasto jak żadne inne, mogę swobodnie dobierać miejsca akcji odpowiednie dla rozgrywających się scen, pokazywać różne oblicza miasta, i summa summarum mocno osadzić fantastyczne wydarzenia w namacalnej rzeczywistości wokół nas.

Co jest dla pani najciekawsze, a co najtrudniejsze w opisywaniu Wrocławia?
Najciekawsze – i najtrudniejsze zarazem! – jest takie opisanie miasta, żeby nie popadać w niepotrzebne szczegóły, nie starać się odtworzyć wyglądu budynków czy układu przestrzeni zbyt wiernie i niemal technicznie, a jednocześnie by mimo pewnych niedopowiedzeń i metaforyczności opisu dać Czytelnikom odczuć daną lokalizację. Pozwolić zobaczyć ją może trochę mgliście, ale w taki sposób, aby znalazłszy się tam – niezależnie, czy jako turysta, czy mieszkaniec, rozpoznać, że właśnie o tym miejscu była mowa, i że istotnie zapamiętana scena była przerażająca, zabawna, melancholijna.

Dążę więc do tego, by z miejscem powiązać emocje i wrażenia, i aby stały się one wzajemnym katalizatorem – aby kamienica, knajpa, park, zajezdnia czy magazyny zyskały nową, alternatywną historię, a historia ta niepowtarzalną oprawę. Na moich mediach społecznościowych (zwłaszcza www.instagram.com/annasokalska_pisarka) w sierpniu i wrześniu 2019 opublikowałam cykl zdjęć Wrocławia, które zrobiłam dla Czytelników – wybierałam miejsca istotne dla fabuły „Opowieści z Wieloświata”, a w ich opisach starałam się pokazać, jak bardzo inspirujące potrafią być czasem zwyczajne miejsca.

Jakie tajemnice skrywa Wrocław?
Niesamowite i niemalże niekończące się! Chwytając jedną, jak chustki z magicznego kapelusza, wyciąga się szereg kolejnych. A o niektórych z nich opowiadam w nowej odsłonie Wieloświata, nad którą właśnie intensywnie pracuję!

Wspominałem o krasnalach, które są kojarzone z Wrocławiem. Turyści i dzieci je lubią, ale może to tylko pozory, które mają uśpić naszą czujność? Może krasnale planują jakiś niecny spisek?
O krasnalim spisku nic mi nie wiadomo, ale nie da się ukryć, że w ich szybko rosnącej populacji i szczególnym upodobaniu sobie Wrocławia jest coś upiornego! Warto dodać, że krasnale, czyli czerwony ludek, ma dość klarowne powiązania z ludowymi demonami. Z jakiegoś powodu leśne demony (choć krasnoludki często kojarzone są też ze sferą podziemną) wedle słowiańskich wierzeń miały nosić czerwone czapeczki lub płaszczyki. Czerwony to kolor o właściwościach apotropeicznych, czyli odstraszających złe moce, ale w przesądach nierzadko role mieszają się, a liczne kontaminacje nawarstwiają się, plącząc wątki z różnych opowieści. Można pomyśleć, że czerwone ubranka nakładano demonom, aby neutralizować ich złośliwość. A może to one broniły się w ten sposób przed groźniejszymi stworami?

Czerwony jest też, wraz z żółtym, wariacją koloru złotego, który z kolei symbolicznie wiąże się z Welesem, czyli słowiańskim bogiem podziemi, śmierci, magii, bydła, bogactwa... złoto bowiem spoczywa nie tylko pod ziemią, ale w krainie umarłych, gdzie wszystkiego jest pod dostatkiem. A jakby tego było mało, św. Mikołaj, który niejako „przejął”, a raczej „przykrył” Welesa, nosi się przecież na czerwono! (choć to akurat zasługa wizerunku wykreowanego przez coca-colę). Może więc to krasnoludki, a nie elfy, są pomocnikami św. Mikołaja, to jest – Welesa, a za tym wszystkim naprawdę stoi jakiś grubszy spisek... Dorzućmy jeszcze legendę o znajdującym się pod Ślężą przejściu do piekieł (zaświatów, podziemi pełnych skarbów – w zależności od wariantu legendy) i horror mamy właściwie gotowy!

Zmieniając temat, co sądzi pani o serialowym Wiedźminie i kobiecych postaciach w tym serialu?
Wydaje mi się, że książki, gry i serial to zupełnie różne media i ciężko je porównywać w wymiarze narracji. Nie wszystko, co dobrze wygląda w prozie uda się na ekranie albo jako punkt zaczepienia dla rozgrywki – i na odwrót.

Mimo wprowadzonych zmian, uważam, że serial jest naprawdę dobry. Pierwszy odcinek wzbudził we mnie ostrożność, ale z każdym kolejnym produkcja dojrzewała, nabierała barw i szerszego kontekstu. Z perspektywy całości z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że czekam na kolejne sezony, choć z pewnością będą one jeszcze inne – z kilku wątków równoległych przeskoczymy w fabułę linearną, a zamiast „origin story” najpewniej wejdziemy bardziej w konwencję „awanturniczą”. Możliwe, że realizacja fabuły jeden do jednego wedle książki się nie uda, ale według mnie scenarzyści bardzo zgrabnie poprowadzili rozwój wydarzeń i postaci, ucinając i zmieniając elementy dokładnie tak, by pasowały do przedstawienia na ekranie i jednocześnie wprowadzając pewną świeżość.

A skoro o postaciach mamy porozmawiać – te kobiece są mi wyjątkowo bliskie, bo sama zawsze staram się konstruować ciekawe, niejednowymiarowe bohaterki. Serialowa Ciri nie miała wiele okazji, by szczególnie pokazać swoją osobowość – miejmy nadzieję, że uda się to w następnym sezonie; nie winię tu ani scenarzystów, ani aktorki, tak po prostu wymusiła historia na tym etapie.

Co do Yennefer, jej serialowa odsłona bardzo mi się podoba. Jakkolwiek relatywnie mało czasu poświęcono na ukazanie całej jej przemiany, wygląda to wiarygodnie, można jej współczuć i zrozumieć jej motywacje – zwłaszcza, jeśli samemu jest się kobietą. Pragnienie dziecka, które de facto nie ma źródła w instynkcie macierzyńskim, lecz raczej w pragnieniu podejmowania decyzji za samą siebie – i to także przeciwko swoistej korporacji, jaką jest „samorząd” magików, ciekawie koresponduje ze współczesnością. Nawet w seksualności Yennefer można poszukiwać drugiego, a może nawet trzeciego dna – nie jest to tylko zabieg obliczony na wyższą popularność bohaterki i spełnianie najprostszych wyobrażeń o „wyzwolonej kobiecie”.

To, że Yennefer zdaje sobie sprawę z mocy własnej atrakcyjności, ale jednocześnie nie czerpie satysfakcji z przelotnych kochanków i wciąż szuka bezwarunkowej miłości (choć nie za wszelką cenę!), niezależnej od jej piękna, osiągnięć i siły, pokazuje, jak wielowymiarowa może być postać kobieca – ani wulgarna, ani aseksualnie przedramatyzowana. Jestem bardzo ciekawa jej dalszego rozwoju.

A ja dalszego ciągu „Opowieści z Wieloświata”. Skąd wzięło się u pani zainteresowanie urban fantasy?
Urban fantasy łączy wszystko to, o czym wspomniałam powyżej – elementy fantastyki, zakotwiczenie w rzeczywistości, możliwość czerpania z historii i kultury miasta, oraz szansę dania Czytelnikowi poczucia, że jest, lub w każdej chwili może stać się częścią akcji. Jest tu pole zarówno pod zabiegi czysto rozrywkowe, sensacyjne, jak i dość szeroki margines na treści refleksyjne, komentujące społeczeństwo, współczesność, przyszłość.

Podobny potencjał ma chyba tylko science-fiction, na dalszym miejscu postawiłabym fantasy w wąskim rozumieniu. „Czysty” kryminał, romans czy horror nie są dla mnie wystarczająco „trójwymiarowe”, choć to oczywiście kwestia gustu i podejścia do tematu. Sama w moim czytelniczym rankingu bardzo wysoko stawiam prozę Lovecrafta, ale tam przecież oprócz grozy mamy także fantastykę, i to z elementami naukowymi, oraz przestrzeń miejską, a więc podobne połączenie, które sama lubię stosować.

Trudno jest zakwalifikować „Opowieści z Wieloświata” do jednego gatunku; może to być oczywiście tak zaleta, jak i wada. „Wiedźma”, jako tytuł wprowadzający do uniwersum Wieloświata, obok lekkiej fantastyki miała również wątki obyczajowe. „Żertwę” zbudowałam na konwencji kryminału, choć każdy rozdział starałam się napisać w innej stylistyce, co oznaczało także ocieranie się o horror czy komedię – można rzec: czytelnicze all inclusive!

„Kuglarz” jako ostatni tom jest w tym zestawieniu najbardziej gęsty, nie tylko z uwagi na wielość postaci i wątków, ale też największe nasycenie fantastycznością... i właśnie science-fiction! Pola elektromagnetyczne, czarne dziury, cała „metafizyka” Międzyświata i Zaświatów, które mieszają się z wymiarem śmiertelników – staram się odrabiać lekcje z fizyki i opisywać moje pomysły w sposób najbliższy nauce. Inspiracje te stanowią także przyczynek do nowej odsłony Wieloświata, nad którą właśnie pracuję.

Chciałam, żeby uniwersum Wieloświata było wielowymiarowe – nie tylko dosłownie, co obrazuje kilka wymiarów zamieszkiwanych przez dusze, ale także wielowymiarowy kulturowo, narracyjnie, aż wreszcie gatunkowo. Jednocześnie odcienie Wieloświata przechodzą z jednego w drugi płynnie, a wszystkie opowieści ewoluują wraz z Czytelnikiem. Możliwe, że ktoś, kto nie przepadał za fantastyką, zacznie od bardziej kryminalnej „Żertwy”, przejdzie do „Wiedźmy” (bo i w tej kolejności można czytać „Opowieści...”), aż wreszcie, za chwilę odnajdzie się w fotelu z powieścią science-fiction, o co wcześniej by się nie podejrzewał!

Oceń publikację: + 1 + 5 - 1 - 1

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy więcej zieleni na ul. Kazimierza Wielkiego to dobry pomysł?




Oddanych głosów: 425