zamknij

Kultura

30 lat życia w lockdownie i hity Davida Bowiego. Polska prapremiera w Capitolu [ZDJĘCIA]

2020-09-26, Autor: Michał Hernes

– Newton w pewnym sensie od 30 lat żyje w lockdownie, bo przecież jest odcięty od świata. „Lazarus” pokazuje, co dzieje się z człowiekiem odciętym od każdej relacji, będącym w psychicznej i cielesnej izolacji – mówi nam Ivo van Hove, reżyser spektaklu, którego polską wersję będzie można zobaczyć w Teatrze Muzycznym Capitol.

W 2015 roku odbyła się nowojorska premiera „Lazarusa” w reżyserii Ivo van Hove, belgijskiego reżysera, który na wrocławskim festiwalu teatralnym Dialog wystawił m.in. „Królów wojny”. – Porywający, muzycznie głęboki i wzruszający; estetycznie zachwycający; hipnotyzujący; powoduje zawrót głowy; hołd dla giganta popkultury – pisali o „Lazarusie” krytycy cytowani przez Teatr Muzyczny Capitol.

Reklama

Musical grany jest na całym świecie i cieszy się ogromnym zainteresowaniem widzów. Wystawiono go m.in. w Hamburgu, Melbourne, Amsterdamie i Sao Paulo. Polska prapremiera spektaklu w Capitolu odbędzie się w sobotę, 26 września. W roli głównej zagra Marcin Czarnik ("Drogówka", "Syn Szawła", "Wiedźmin"). Postać Valentine'a, kreowaną przez Cezarego Studniaka, w najbliższych spektaklach zagra Konrad Imiela. Szczegółowe informacje o musicalu znajdują się tutaj.

W przedstawieniu będzie można usłyszeć największe przeboje Davida Bowiego, m.in. „Life on Mars”, „This is Not America” czy „Absolute Beginners” i kilkanaście innych utworów – nowych albo na nowo zaaranżowanych przez Bowiego na potrzeby musicalu.

Michał Hernes: We wrześniu w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu wystawiony zostanie spektakl „Lazarus” z muzyką Davida Bowiego, który ty najpierw wystawiłeś w Nowym Jorku.
Ivo van Hove: David Bowie od początku był zaangażowany w mój projekt, nawet kiedy już chorował. Wiedziałem o jego chorobie, choć nie było to jeszcze powszechnie wiadome. Spełniło się moje marzenie o współpracy z legendą, jaką David był za swojego życia i pozostaje po śmierci. Świetnie się z nim współpracowało.

„Lazarus” to projekt bardzo dla niego charakterystyczny – na papierze nie wygląda jak materiał na hit, ale przecież David przez całą swoją karierę robił rzeczy wyjątkowe i ekskluzywne. Chciał zrobić różnice, a nie być wtórny. W świecie musicali „Lazarus” jest spektaklem wyjątkowym.

To opowieść o egzystencji, w której padają ważne pytania.
To bardzo prosta historia. Została zainspirowana filmem z lat 70-tych „Człowiek, który spadł na Ziemię”, w którym David Bowie zagrał Newtona – istotę z innej planety, która przybywa na Ziemię, by zdobyć wodę dla mieszkańców swojej ojczyzny, zmagającej się z suszą. W wielu powodów nigdy tam jednak nie wraca. Utknął na Ziemi, a po 30 latach jest ludzką ruiną – niby żyje, ale przypomina żywego trupa. Od rana pije dżin i niezdrowo się odżywia. Stał się nieszczęśliwym człowiekiem, który nie ma już przed sobą przyszłości. Żeby położyć temu kres, musi powiedzieć życiu „do widzenia”. O tym właśnie opowiada „Lazarus” – od pierwszej sceny pokazane są w nim różne relacje, które Newton miał bądź ma, ale od których się odcina. Jego bliski współpracownik i dobry przyjaciel Michael odnajduje go po 30 latach, ale ten o nim zapomniał i nie jest w stanie go sobie przypomnieć.

Najtrudniejsze jest dla Newtona wspomnienie jego dawnej miłości – kobiety, w której był zakochany w filmie „Człowiek, który spadł na Ziemię”. Był to bardzo głęboki związek, także seksualny. To dla niego wciąż wyraziste wspomnienie, którego nie może się pozbyć, ale musi to zrobić, żeby zaakceptować, że życie jest jakie jest, a śmierć pojawi się w określonym momencie.

W trakcie pandemii unosi się nad nami widmo śmierci.
To prawda, a Newton w pewnym sensie od 30 lat żyje w lockdownie, bo przecież jest odcięty od świata. „Lazarus” pokazuje co dzieje się z człowiekiem odciętym od każdej relacji, będącym w psychicznej i cielesnej izolacji. To bardzo trudne – zaczynasz wtedy żyć wspomnieniami i przeszłością, a nie teraźniejszością. Nie widzisz też żadnej przyszłości.

Wiele osób może się obecnie z Newtonem identyfikować.
Jeśli reżyser spektaklu bardzo dobrze wykona swoją pracę, to tak. Nie osiągnie jednak tego efektu, jeżeli będzie chciał zrobić imitację stylu Davida Bowiego.

Jakie było dla ciebie największe wyzwanie w trakcie pracy nad „Lazarusem”?
Żeby przenieść tę historię na scenę. Powiedziałem Bowiemu, że nie wykorzystam wizualnej estetyki rodem z jego świata. W mojej wersji Newton nie ma pomarańczowych włosów, jak to miało miejsce w filmie. Chciałem wystawić ten spektakl tak, jakby został napisany wczoraj, odcinając się od klimatów Bowiego. To drugie rozwiązane wybrano w niemieckich wersjach spektaklu, ale dla mnie jest to kiczowate i nie mówi prawdy o tej historii.

Jaka jest więc prawda tej historii i jak ją znaleźć?
Każda piosenka została umieszczona w określonym miejscu i ma określone znaczenie – jest powiązana z historią Newtona albo konkretną sceną. Czasem posuwa to historię dalej, a innym razem jest odbiciem tego, co się aktualnie dzieje. Odnoszę wrażenie, że reżyser powinien bardzo zwracać na to uwagę. Ważne jest też zrozumienie bohaterów. To grupa dziwnych ludzi i jeśli wyreżyserujesz opowieść o grupie dziwaków, wyjdzie z tego niewiele znaczący spektakl. Moja produkcja jest bardzo humanistyczna. Są w niej ludzkie emocje i ludzie, z którymi możesz się utożsamiać.

Czy zmieniłbyś coś w nowej wersji „Lazarusa”, zrealizowanej w czasie epidemii?
Nie, wystawiłem go rok temu i powróci, choć jeszcze nie wiem kiedy. Nie chcę jednak niczego w nim zmieniać. Widomo, że Newton tkwi początkowo w wiecznym lockdownie, który nie przynosi niczego pozytywnego. Czasem, jak w moim przypadku, lockdown może jednak nieść za sobą jakieś pozytywy. Znam osoby, które cieszą się tym, że w końcu mają spokój i porządek w umyśle. Powtarzają, że ich życie się zmieniło, bo mają więcej czasu, nawet jeśli robią te same rzeczy.

Czy wierzysz, że teatr przetrwa ten kryzys?
Trudno teraz odpowiedzieć na to pytanie, ale teatr przetrwał wiele epok i kryzysów, jestem więc pozytywnym optymistą. Warto pamiętać, jak zmienił się przez wszystkie te lata. Pierwotnie, w czasach antycznego teatru greckiego spektakle wystawiano na świeżym powietrzu, był więc czymś, co współcześnie nazywamy festiwalami. Na spektakl przychodziło wtedy 10 tysięcy osób, niczym na duży rockowy koncert. W średniowieczu teatr przeniósł się do pojazdów przemieszczających się z wioski do wioski, a spektakle wystawiano na miejscowych rynkach. Były to małe przedstawienia, w trakcie których opowiadano różne historie. W czasach szekspirowskich aktorzy przebywali w zamkniętych przestrzeniach, a widownia – na zewnątrz. W tamtym okresie teatr był wydarzeniem o charakterze społecznym. Panowała tam iście piknikowa atmosfera z piciem wina i krzyczeniem na aktorów.

Na przestrzeni lat zmieniała się więc forma prezentowania spektakli. Być może teraz znów się tak stanie, ale nie jestem aż takim wizjonerem, by wyobrazić sobie, jaki się stanie. Jesteśmy w środku zmian, a być może dopiero na ich początku. Możliwe że teatr zmieni się podobnie jak po 11 września zmieniły się podróże samolotami, a to co się zmieni, stanie się dla nas normą. Chyba że pojawi się szczepionka, która sprawi, że ludzie zbyt szybko zapomną o koronawirusie i nie nauczą się zbyt wiele z tej epidemii.

Czy twoim zdaniem teatr jest w stanie zmienić coś lub kogoś?
Tak, zmienił mnie. Pochodzę z bardzo małej wioski z północnej Belgii, zamieszkałej przez 2 tysiące osób, gdzie nigdy nie miałem styczności z teatrem i kinem. Zmieniło mnie oglądanie filmów w szkole z internatem. Filmy wciąż są dla mnie wielką inspiracją, kiedy pracuję w teatrze, operze i przy musicalach. Jest tak, choć nie zrobiłem nigdy filmu, poza jednym, który nie do końca jest filmem.

Myślę, że teatr jest w stanie zmienić ludzie umysły. Kiedy pytasz ludzi o ważne dla nich wspomnienia, zawsze jest to utwór muzyczny, albo coś, co zobaczyli, np. film. Zawsze ma to związek ze sztuką i wyobraźnią. Może to być obraz, który wprawił cię w osłupienie albo spektakl. Nie zmienia cię to drastycznie, ale zmienia sposób, w jaki patrzysz na różne sprawy.

W teatrze, i innych formach sztuki, stykamy się nie ze światem prawdziwym, tylko wyobrażonym, takim jaki mógłby być albo jakiego nienawidzimy. Nie jest więc odbiciem rzeczywistości, o wiele lepsze są w tym gazety i programy telewizyjne. Teatr, który lubię nigdy nie jest politycznym komentarzem, tylko odbiciem głębszej refleksji.

Czyli teatr nie powinien być politycznym komentarzem?
Zależy co rozumiesz przez słowo „polityczny”. Moim zdaniem nie powinien odnosić się do partii politycznych. Partie się zmieniają, bo demokracja polega na tym, że ludzie głosują w wyborach. Jeśli tego nie robią, mogą winić tylko siebie. To współcześnie duży problem, bo ludzie są nastawieni cynicznie do polityki. W czasach antycznych polityka wywodziła się od słowa „polis”, które oznaczało „społeczeństwo”. Teatr powinien zajmować się tematami ważnymi dla społeczeństwa, ale w głębszy sposób. Wielkimi zmianami takimi jak liberalizm czy nacjonalizm z pytaniem – tak czy nie?

Teatr niewiele może zmienić, ale w Belgii opera rozpoczęła rewolucję, która zainspirowała ludzi do powiedzenia, że to dzieje się właśnie teraz.

Podobnie było w Polsce ze spektaklem „Dziady” Dejmka. Pamiętam z kolei, jak we Wrocławiu na festiwalu Dialog obejrzałem twój świetny spektakl „Królów wojny”.
To dobry przykład tego co nazywam teatrem obcującym ze społeczeństwem. Ten spektakl nie jest komentarzem do konkretnej politycznej sytuacji, ale gdy w 2016 roku wystawiliśmy go w Nowym Jorku, na tydzień przed wyborami prezydenckimi, w „New Yorkerze” napisano, że „to pierwsza produkcja ery Trumpa”. W Ryszardzie III wszyscy widzieli Trumpa, ale nigdy nie miałem takich intencji, to zresztą spektakl z 2014 roku. Lubię w teatrze takie sytuacje, gdy nagle pojawia się interpretacja, która nigdy nie była moją intencją.

W sobotę, 26 września, widzowie Kina Nowe Horyzonty będą mogli zobaczyć twój spektakl „Wszystko o Ewie” z Gillian Anderson i Lilly James. Co zaintrygowało cię w słynnym filmie, który był w tym przypadku inspiracją?
Opowiada o teatrze, a konkretnie o grupie teatralnej oraz o gwieździe znudzonej swoją pracą i codzienną rutyną, która zaczyna niewłaściwie się zachowywać. Nagle pojawia się budząca jej zaufanie Ewa, która niepostrzeżenia zaczyna ją naśladować i kraść jej życie. Jest młoda, staje się więc coraz ważniejsza dla swojego otoczenia. To opowieść o zmianie pokoleniowej i o tym, że w pewnym momencie trzeba ustąpić pola młodszym. Dla głównej bohaterki teatr zawsze był ważniejszy od związku i miłości.

Spektakl z jednej strony traktuje o problemach z jakimi w codziennej pracy zmagają się ludzie teatru, a z drugiej o ważnych życiowych problemach. „Wszystko o Ewie” to więc przedstawienie bardziej egzystencjalne niż podejmujące tematy ważne dla społeczeństwa.

Poruszająca jest scena, w której bohaterka grana przez Gillian Anderson patrzy w lustro i widzi, jak coraz bardziej się starzeje.
Ważne było dla mnie, że choć ona ma tylko 48 lat i jest w wieku średnim, to czuje, że jest bardzo stara i bliska śmierci, ale w swoim umyśle. Musimy skonfrontować się z tym, że wszyscy umrzemy i będziemy coraz starsi. Oczywiście powinniśmy też o siebie dbać. To nie walka z życiem, tylko próba cieszenia się nim. Chodzi o to, by zaakceptować, że się postarzejemy i że w twoim życiu może się pojawić osoba, która również stanie się kimś ważnym.

Ale teatr nie umrze, prawda?
Jeszcze przed epidemią mówiłem, że teatr przetrwa w XXI wieku. Pojawiają się głosy, że żyjemy w zdigilatizowanym świecie. Moim zdaniem uczyni to teatr bardziej ekskluzywnym. Koronawirus sprawił, że ludzie jeszcze bardziej chcą pójść do teatru, żeby zobaczyć żywych aktorów na scenie. Zdigitalizowany świat stanie się częścią teatru. To dla mnie jasne, lubię to i w moich produkcjach od dawna z tego korzystam. Stałem się sławny w Chinach i Korei Południowej za sprawą pokazywanego w tamtejszych kinach spektaklu „Widok z mostu”. W Chinach niczego jeszcze nie wystawiłem.

Uważam, że za sprawą zdigitalizowanego świata ludzie jeszcze bardziej będą chcieli uczestniczyć osobiście w wydarzeniach. Widać to w czasie lockdowanu. Gdy tylko poluzowano obostrzenia, ludzie wyszli z domów. Inna sprawa, że powinniśmy podchodzić do epidemii z większą ostrożnością.

CZYTAJ TEŻ: ZAGRAŁ W "WIEDŹMINIE" I W OSCAROWYM FILMIE. OTO GWIAZDA PREMIERY CAPITOLU

Zobacz galerię

Oceń publikację: + 1 + 7 - 1 - 1

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czyje imię powinien nosić jeden z wrocławskich stadionów?





Oddanych głosów: 416