zamknij

Kultura

„Ofiary z ludzi składane w czasie epidemii”. Rozmowa z researcherem Marka Krajewskiego

2020-11-01, Autor: Michał Hernes

– Niewiedza połączona z lękiem sprzyja nieobliczalnym aktom agresji. W XIX i XX wieku w czasie trzech fal epidemii były przypadki składania na terenie obecnej Polski ludzkich ofiar. Według zabobonów miało to przeciwdziałać chorobie – mówi nam Mikołaj Kołyszko, researcher Marka Krajewskiego, z którym współpracował m.in. przy książce „Moloch”.

Najnowsza książka Marka Krajewskiego, zatytułowana„Moloch”, odsłania praktyki tajnych stowarzyszeń w dwudziestoleciu międzywojennym w Europie. Akcja powieści dzieje się w Breslau w 1928 roku.

W pisaniu książki pomagał Krajewskiemu researcher Mikołaj Kołyszko – religioznawca, założyciel Podcastu Religioznawczego, autor książki „Groza jest święta” oraz serii gamebookowej „Tajemne Oblicze Świata”. Został wyróżniony tytułem Dziennikarza Obywatelskiego 2013 Roku.

Reklama

Michał Hernes: Jak został Pan researcherem Marka Krajewskiego?
Mikołaj Kołyszko: Z Panem Markiem znamy się od 2015 roku, kiedy jako pracownik promocji wydawnictwa Znak planowałem działania promocyjne do jego książek. Tak dobrze nam się współpracowało, że nawet gdy zmieniłem miejsce pracy, to i tak wydawnictwo zapraszało mnie do działań promocyjnych przy kolejnych książkach z przygodami Mocka lub Popielskiego. W czasie naszych rozmów dot. promocji książek odkryliśmy z p. Markiem, że obydwaj jesteśmy fanami nowych technologii, cenimy dziedzictwo starożytnych, na własny sposób badamy naturę zła zaszyfrowaną w prawdziwych historiach kryminalnych i wielką estymą darzymy myśl stoicką. Choć dość rzadko mamy okazję ze sobą rozmawiać, to nigdy nie brakuje nam tematów.

Po spotkaniu autorskim z okazji premiery książki „Mock. Pojedynek” w krakowskim Empiku Pan Marek zaprosił mnie na kawę. W czasie naszej pogadanki zapytał, czy zechciałbym dla niego wykonywać kwerend potrzebnych mu do pisania dwóch kryminałów rocznie. Było to wówczas dla mnie pytanie problematyczne, bo obowiązków zawodowych miałem już bardzo, bardzo dużo. Poprosiłem o chwilę, bym mógł zobaczyć, czy jestem w stanie dodać kolejne zlecenia do mojego harmonogramu...

Prawda jednak była taka, że perspektywa wykonywania tych zadań była tak nęcąca, że zamiast „czy” zacząłem myśleć „jak” pogodzić wszystkie moje obowiązki (pracowałem wówczas po kilkanaście godzin dziennie, także w weekendy) i w określonym czasie rzucić swoje znaczne siły w pracę researcherską.

Udało mi się to. Oszacowałem, jak i ile czasu mogę pracować w autobusie, idąc na spacer z psem (korzystam wówczas z aplikacji czytającej mi wcześniej zebrane, zdigitalizowane źródła), w które dni po pracy dla moich innych zleceniodawcach muszę odwiedzić biblioteki itd. To wszystko zaczynało się kleić i być realne. Zgodziłem się i jak na razie udaje mi się wykonywać tę pracę rzetelnie.

Ile czasu ona Panu zajmuje?
To zależy od ilości pytań oraz ich trudności. Dość oględnie mówiąc to parędziesiąt godzin w miesiącu. Liczba ta raczej nie przekracza setki. Oczywiście w czasie przygotowywania kwerend zawsze pracuje weekendami i nocami. Zdarza się, że gdy zbliża się termin oddania efektów mojej pracy, a ja ciągle nie jestem pewien, czy dotarłem do najważniejszych źródeł (tego nigdy nie można być pewnym), sprawdzam kompulsywnie kolejne repozytoria i ostatecznie wysyłam maila z wynikami w okolicach godziny 4:00. Później śpię dwie godziny i wracam do moich bardziej regularnych zleceń, które są ekwiwalentem pracy etatowej.

Pan Marek wielokrotnie mi mówił, że nie muszę tak się poświęcać i zawsze mogę przesunąć deadline. Zdarzały się sytuacje, gdy o to poprosiłem, ale z grubsza to nie ma sensu. I tak będę do ostatniej minuty sprawdzać, czy na pewno przesłane przeze mnie źródła są spójne i wiarygodne, nie ważne, jak wiele godzin bym wcześniej poświęcił na pracę. Nie umiem inaczej.

Jak dociera Pan do źródeł i do których najtrudniej jest dotrzeć?
Powiem dość krótko: wykorzystuje wszelkie możliwe, legalne, sposoby, by dotrzeć do pożądnych przeze mnie źródeł. Czasem bywa tak, że niektórych książek nie ma w polskich antykwariatach, krakowskich bibliotekach, ale są w bibliotekach innych miast. Niektóre z nich mógłbym na życzenie wybranej biblioteki krakowskiej sprowadzić do królewskiego miasta, ale na to najczęściej nie mam czasu.

Podnajmuję więc chętne osoby z miasta, w którym mieści się biblioteka i proszę o sfotografowanie konkretnych stron konkretnej książki. Często też zakupuję książki zagranicą, wykupuję dostępy do deep-webowych zasobów naukowych, zakupuje książki w antykwariatach, czasem sprowadzam je z zagranicy.

Gdy książki lub artykuły zapisane są w języku, w którym nie jestem biegłym, staram się możliwe szybko poznać najważniejsze reguły gramatyczne tego języka i z tą wiedzą korzystam z aplikacji translatorskich.

Swoje tłumaczenia najistotniejszych dla researchy fragmentów źródeł konsultuje później z osobami, które wymieniony język obcy znają w stopniu zaawansowanym lub dla których jest to język ojczysty. Przekopuję też nierzadko fora i grupy na Facebooku (rzadko ograniczam się do for i grup jednego kraju).

Mam to szczęście, że mam dość szeroką się kontaktów, dlatego czasem, szczególnie, gdy czuję, że w swoich poszukiwaniach dotarłem do ściany, konsultuje wybrane zagadnienia ze znanymi mi specjalistami. Zagadnienia Pana Marka są często tak szczegółowe, że rzadko mogą oni udzielić mi jasnych odpowiedzi, ale zawsze rzucają hasła i nazwiska, których mogę się uczepić i szukać dalej.

Co do najtrudniejszych źródeł – dla mnie są to te dot. wczesnych lat Republiki Weimarskiej.

Jak ważny jest w tej pracy stoicyzm?
Szczerze mówiąc stoicyzm jest dla mnie ważny w innych dziedzinach życia niż praca, głównie w prywatnych sferach, gdzie mierzymy się z najbardziej bolesnymi problemami (śmierć bliskich, choroby, czasem niemożność udzielenia pomocy tym, których kochamy). W pracy dla mnie najważniejszy jest flow i wytrwałość. Stoicyzm pozwala je osiągnąć, ale będąc szczerym, wielu starożytnych stoików chyba potępiłoby mój pracoholizm.

Jak współpracuje się z Markiem Krajewskim?
Współpraca z Panem Markiem jest doskonała. Pytania zadawane przez niego są często wyzwaniem, ale to bardzo dobrze. Dzięki temu ta praca się po prostu nie może znudzić. Pewnego razu Pan Marek pyta mnie o nocne połączenia kolejowe Warszawy z Gdańskiem w roku 1922, innego razu prosi o podanie nazwy spokojnej, ekskluzywnej restauracji koło ówczesnego MSZ-u, w której jednak nie urządzano tańców, innego razu prosi o wskazania dobrego sanatorium gruźliczego, które jednak działało w konkretnym roku, a jeszcze innym razem prosi o sugestie w jaki sposób można było potajemnie zamordować człowieka w czasie gry w szachy, po czym otrzymuję pytania o objawy takiej a takiej (zazwyczaj bardzo rzadkiej) choroby psychicznej...

Choć niewprawnemu czytelnikowi niektóre zagadnienia mogą wydać się nudne, żadne tak naprawdę nie są. By pozyskać te odpowiedzi, trzeba wykonać naprawdę detektywistyczną pracę: odnaleźć stare plany miast, mapy z konkretnych lat (często nie są one polskie), znaleźć stare dokumenty, przeszukać je, znaleźć odpowiednie pozycje bibliograficzne, zdobyć je (co często nie jest łatwe), przewertować, nader często wniknąć w deep web i przeglądać jego zasoby. To bardzo stymulujące intelektualnie i jest świetną przygodą.

Bardzo sobie też cenię takie chwile, gdy poszukując jakiś źródeł, przychodzę do jednej z krakowskich bibliotek i słyszę „tej książki jeszcze nikt nigdy nie wypożyczał”. A mówimy np. o unikatowym egzemplarzu rzadkiego dzieła liczącym sobie ok. 100 lat. Wtedy wiem, że naprawdę dotykam zapomnianej wiedzy.

Jakie są tytuły książek z biblioteki krakowskiej, których „nikt wcześniej nie wypożyczył"?
Wymienię dwie przykłady. Jest tylko jedna filia jednej z krakowskich bibliotek, gdzie można wypożyczyć zaledwie jeden egz. książki „Sprawa Borysa Kowerdy: zabójstwo posła ZSRR Piotra Wojkowa”. Żeby było śmieszniej to rosyjskie tłumaczenie polskiej książki wydane w 1926 r. w Paryżu. Egz., który otrzymałem, miałem wciąż nierozcięte stronice! Za pomocą karty bankomatowej musiałem zrobić to, co powinien zrobić niemal sto lat temu wydawca, by móc dokument sfotografować i przeczytać. Ostatecznie mój trud nie był aż tak potrzebny, bo polski egz. tej książki był dostępny w Bibliotece Narodowej w Warszawie i sfotografowała go dla mnie jedna z uprzejmych osób.

Inną książką z tej serii były mowy sejmowe Zaleskiego, które określały polską politykę zagraniczną w niemałej części II RP. Tu co prawda stronice były rozcięte, ale sama bibliotekarka przynosząca mi egz. Z magazynu powiedziała wprost, że tej pozycji nikt jeszcze nie wypożyczał. Bardzo mnie to zdumiało, bo przecież historyków opisujących ten okres nie jest mało.

Domyślam się, że jest Pan pierwszym albo jednym z pierwszych recenzentów jego książek albo ich fragmentów, prawda?
Akurat w tym przypadku Pana założenie jest błędne. Jeśli chodzi o research, moja praca kończy się na udzieleniu odpowiedzi Panu Markowi na zadane przez niego pytania. Z tego co wiem, po otrzymaniu tekstu powieści zaczyna go analizować niezwykle ceniona polska redaktorka Karolina Macios. Jeśli ma do niego uwagi nanosi swoje komentarze. W niejednym wywiadzie Pan Marek podkreślał, jak bardzo ceni uwagi i sugestie tej specjalistki. Następnie tekst przechodzi kolejne obróbki wydawnicze, plik trafia do druku i to jest dopiero moment, w którym najszybciej mogę poznać treść książki (zdarzały się nawet przypadki, że książkę otrzymywałem od wydawnictwa po oficjalnej premierze) i zobaczyć, jak mój research został wykorzystany.

Wyjątkiem od tego modelu jest właśnie „Moloch”. Tu autor zaproponował mi religioznawczy proofreading planu powieści, bym mógł odnieść się do niego szczegółowo jako religioznawca i nanieść swoje sugestie i uwagi. W jedną noc przygotowałem niespełna 20-stronicowy dokument z moimi sugestiami, który korespondował też z pierwszą (27-stronicową) częścią researchu, którą przygotowywałem przez wcześniejszy okres. Bardzo mnie cieszy to, że znaczna część moich sugestii i wskazanych przeze mnie tropów została wykorzystanych. Niemniej finalny tekst powieści poznałem już na etapie, gdy plik był wysyłany do drukarni.

Czy Marek Krajewski słucha Pańskich uwag i spostrzeżeń?
Pan Marek jest na tyle uprzejmym człowiekiem, że zawsze jest skłonny wysłuchać moich sugestii (których wcale nie ma tak dużo) i się do nich odnieść, ale oczywiście wykorzystuje jedynie te, które uważa za adekwatne. Bardzo słusznie. Nie ma co ukrywać – to on jest kultowym pisarzem kryminałów, który zainicjował renesans tego gatunku literackiego w Polsce, to on jest bestsellerowym twórcą tłumaczonym na 21 języków, to go wychwalał New York Times, to nim inspirują się twórcy sztuk teatralnych, słuchowisk radiowych i produkcji telewizyjnych – nie mną. Mam oczywiście wielką satysfakcję, że mogłem wpłynąć na niektóre elementy powieści Pana Marka, ale to wyłącznie jego geniusz odpowiada za ich ostateczny kształt oraz szaloną popularność serii o Mocku i Popielskim.

„Moloch” to książka, która odsłania praktyki tajnych stowarzyszeń w dwudziestoleciu międzywojennym w Europie. O jakie stowarzyszenia i praktyki chodzi?
Wyczerpująca odpowiedź na to pytanie byłaby rozmiarów sążnistej książki, by nie zanudzić Pana czytelników, odpowiem w pewnych uproszczeniach.

Zacznijmy może od tego, że za prawdziwy renesans zainteresowań okultystycznych (przynajmniej w mojej ocenie) odpowiada Pani Helena Bławatska, założycielka Towarzystwa Teozoficznego. Choć jej działania obejmują drugą połowę XIX wieku, to rozpropagowała ona okultyzm jako formę badań, niemalże naukowych, która oddziaływała na ludzi przez stulecia. Teozofowie mieli własne czasopisma i komórki nieomal w całym cywilizowanym świecie. Potrafili organizować też nierzadko kosztowne ekspedycje (wśród nich były m.in. słynne azjatyckie wyprawy Nikołaja Roericha w poszukiwania zaginionej krainy o nazwie Szambala). Choć okultyzm i eksperymenty okultystyczne były znane wcześniej (szczególnie w środowiskach masońskich, wcześniej choćby w alchemicznych), to, że tak się wyrażę, „siła marketingowa” panny Bławatskiej była moim zdaniem tu niezwykle istotna.

Właśnie, używam słowa „eksperymenty”. Musi Pan zrozumieć, Panie Michale, że okultysta to nie jest człowiek, który odprawia po prostu przekazywane mu przez kogoś gusła, ale on uważa się często za człowieka, który prowadzi badania, poszukuje, ukrytej, wiedzy. Sprawdza, które rytuały działają, jak działają, usprawnia rytuały, poszukuje innych, starożytnych, pradawnych rytów, by móc wcielić je w życiu i poznać ich efektywność. Oczywiście podstawowym problemem w tej „metodologii” jest to, że jest ona całkowicie subiektywna i to żądny nadnaturalnego efektu „badacz” na podstawie wymyślanych przez siebie kryteriów określa, czy jego eksperyment się udał czy nie, a słuchający go sceptyk może mieć ku temu zasadne wątpliwości. Przykładowo: działający głównie w latach 40. okultysta Jack Parsons (notabene także uznany naukowiec – jeden z kraterów na Księżycu nosi nazwę od jego nazwiska) pokłócił się kiedyś ze swoim wspólnikami sprzedającymi jachty. Był na nich tak zły, że wg jego własnej relacji, zmusił w rytuale do uległości demona Bartzabela, który wywołał sztorm i zatopił jachty wspólników. Sztorm rzeczywiście zaskoczył handlarzy i wyrządził im wielkie szkody. Wg Parsonsa rytuał się udał.

Teraz spójrzmy na to racjonalnie: jachty zatonęły, w sztormie, na morzu, w porze roku i w regionie gdzie takie zjawiska nie były rzadkością. Nie wątpię, że owładnięty złością Parsons odprawiał rytuał, wykrzykiwał imię demona, który wpadł mu do głowy (zapewne nie pierwszy raz) i że wiele razy nie przynosiło to innego efektu niż rozładowanie złości okultysty, a ten jeden raz był niezwykły, bo cel rytuału został osiągnięty. Mam jednak spore problemy, by uwierzyć w rzeczywistą nadnaturalność tego zjawiska, a nie uznać ją za możliwą do przewidzenia koincydencje.

Wracając do meritum, myśl teozoficzna i jej popularność, tematyka przez nią poruszana sprawiała, że coraz więcej ludzi zaczynało się interesować „wiedzą tajemną”, co zaowocowało powstawaniem wielu specyficznych organizacji pod koniec XIX i w pierwszej połowie XX wieku.. Wiele takich stowarzyszeń eksplorowało konkretne koncepcje i starało się na nich skoncentrować, a mniej interesowały ich „dokonania” innych grup, możemy więc mówić o pewnym specjalizowaniu się określonych grup.

Ponadto są rytuały, które można odprawiać samemu (pozdrawiam adeptów magii chaosu, którzy w zaciszu własnych domów ładujących swoje sigile i nie wnikajmy lepiej, jak to robią ), ale wiele potrzebuje udziału większej liczby osób.

Jednym z najpopularniejszych współczesnych zakonów okultystycznych, jest Ordo Templi Orientis, które wywodzi się jeszcze ze środowisk masońskich. Zostało one jednak po jakimś czasie zdominowane przez Aleistra Crowleya i jego prawo Thelemy (które można streścić krótko słowami: „Czyń wedle swej woli będzie całym Prawem”). Zresztą sama postać Crowleya (który był człowiekiem dość nieprzewidywalnym) doprowadziła do podziałów w O.T.O., a także powstawaniem zupełnie nowych zakonów. Jednym z nich był, dość istotny dla fabuły „Molocha” Fraternitas Saturni, czyli Bractwo Saturna. Zostało ono założone m.in. przez Albina Graua (artystę, architekta, człowieka odpowiedzialnego za oprawę wizualną kultowego niemego filmu „Nosferatu. Symfonia Grozy”).

Jeśli chodzi o rytuały praktykowane w stowarzyszeniach: były przeróżne, nie sposób opisać je wszystkie. Ale nie da się ukryć, że te budzące największe emocje, to rytuały seksualne oraz obejmujące składanie krwawych ofiar (zwierzęcych). W wielu przypadkach nie były to oczywiście ryty wymyślone na potrzeby orgii (przynajmniej nie oficjalnie), ale odtworzenie znacznie starczych praktyk magiczno-religijnych.

Dla mnie bardzo niepokojące było to, że w rozważaniach okultystów tego okresu (m.in. Crowleya), przypominam, ludzi poszukujących rytualnych natchnień, skłonnych do eksperymentów, wspominano postać XV-wiecznego Gillesa de Raisa, przyjaciela Joanny D'arc. Żeby zrozumieć, jak bardzo to niepokojące, musi Pan wiedzieć, że po spaleniu Dziewicy Orleańskiej na stosie de Rais zwrócił się w stronę przerażąjących zabiegów magicznych. Oszczędzając Panu naprawdę wstrząsających opisów, streszczę tylko, że wg zeznań świadków obejmowały one składanie ofiar z dzieci i czyny pedofilskie. Nie sądzę, by Crowley kiedykolwiek rozważał na poważnie ich powtórzenie, ale za ludzi, których inspirował, nie mogę ręczyć.

Co najbardziej zaskoczyło Pana w trakcie robienia researchu?
Szczerze mówiąc właśnie zakon Fraternitas Saturni. W znanych mi opracowaniach badacze tak bardzo koncentrowali się O.T.O., Crowleyu i osób z jego otoczenia, że inne zakony traktowane były po macoszemu. Pan Marek dość konkretnie zapytał, czy istniał może taki a taki zakon z takimi a takimi rytuałami. Zacząłem zbierać mat. o O.T.O. i tu nagle, BUM, coś czego wcześniej zupełnie nie znałem. Symbole, stroje członków Fraternitas Saturni, nawet profesja założyciela – idealnie pasowało do fabuły „Molocha”. Notabene, ten zakon istnieje po dziś (choć podobno nie praktykuje już krwawych ofiar).

To czym się aktualnie zajmuje?
Tym co inne zakony okultystyczne: samorozwojem w myśl konkretnej doktryny. Mówiąc o nim bynajmniej nie ironizuję. Zaskoczę pewnie Pana, ale jednym z elementów gnostyckiej doktryny Fraternitas Saturni jest obecnie np. praktykowanie życzliwości – i to nie tylko względem ludzi, ale także zwierząt i roślin. Zabronione są nie tylko okrutne czyny, ale nawet słowa i myśli. Jeśli prawdą jest (a nie mamy podstaw, by w to wątpić), że obecnie w zakonie zrezygnowano z krwawych ofiar, to tworzą go życzliwi mili ludzie, których praktykom niewiele można zarzucić, a którzy dla przeciętnych chrześcijan mogą co najwyżej wydać się osobliwi i czasem wyuzdani.

Czy podczas researchu utwierdził się pan w przekonaniu, że czasem rzeczywistość przerasta fikcję i w pewne prawdziwe rzeczy czytelnicy mogliby nie uwierzyć?
Tak, ale to wiem niestety od lat. W roku 2016 organizatorzy Poznańskiego Festiwalu Kryminałów GRADA zamówili u mnie wykład nt. mordów rytualnych na świecie (dawnych i obecnie odnotowywanych). Gdy zacząłem eksplorować temat, odkryłem tak przerażające, współczesne, opisy rytualnych zabójstw, że doszedłem ostatecznie do wniosku, że nie ma absolutnie żadnej granicy okrucieństwa, której nie przekroczyłby człowiek, a zabobon jest często najokrutniejszą, pozbawiającą wiarę w ludzki umysł, motywacją.

Mówiąc o eksplorowaniu tematu nie mówię tu o jakiś foliarskich stron produkujących teorie spiskowe i fałszywe historie, ale o danych, które można znaleźć w mediach o nieposzlakowanej opinii (BBC, The Guardian, The Indepedent, periodyki naukowe). Zupełnie inne emocje towarzyszą człowiekowi czytającemu opis zbrodni w powieści, a inne, gdy np. słucha słów południowoafrykańskiej matki, która znalazła swojego małego dogorywającego synka z roztrzaskaną czaszką, a któremu bandyci przed chwilą wyrwali kawałek mózgu (używany później w celach magicznych). Po zebraniu dziesiątek opisów takich zabójstw (niektóre także z Europy – w tym z Polski) nie mogłem spokojnie spać przez kilka nocy. Do dziś mnie to bardzo przygnębia.

Czy groza faktycznie jest święta?
Rozumiem, że nawiązuje Pan do mojej książki religioznawczej, to bardzo uprzejme z Pana strony. Jej tytuł nawiązuje do Rudolfa Otto, największego fenomenologa religii w dziejach (przepraszam Cię van der Leeuw, ale nawet na studiach to „Świętość” Otto kazali nam czytać po kilka razy, a Twoje prace jedynie raz). Ten protestancki teolog był także niezrównanym religioznawcą. Jak wielu z nich szukał elementów łączących wszystkie religie. I znalazł je. Opisał bardzo szczegółowo uniwersalne odczucia, jakie przejawiają ludzie w kontakcie z „numinosum” (czyli z „świętością” rozumianą w pierwotnym, nieetycznym, znaczeniu tego słowa). Wśród nich dominujące było „Mysterium tremendum”, czyli poczucie tajemnicy świętej grozy oraz elementy „Fascinans”, który sprawia, że ta tajemnica nas pociąga.

Otto bardzo szczegółowo udowadniał, że w odczuciu religijnym to właśnie te elementy są dominujące. Choć wielu wyznawców katolicyzmu zdaje się obecnie odczuwać jedynie „mirium” (czyli czegoś w rodzaju odczuwania cudowności, połączonego ze zdumieniem), to proszę mi wierzyć, że nie takie emocje są opisywane w Biblii, gdy np. pojawia się Chwała Pańska. Tam jest mowa o prawdziwym przerażeniu.

Więc tak, świętości (lub temu, co wyznawcy wielu różnych religii nazywają świętością) towarzyszy poczucie grozy. Dawniej składanie krwawych ofiar z pewnością ją jeszcze bardziej wzmacniało.

W swojej pracy „Groza jest święta” wskazałem na to, że powiązanie tych elementów jest na tyle silne, że nawet w tworach kultury bynajmniej niesakralnych, a które mają w efekcie wywołać lęk przed nadnaturalną tajemnicą (mówiąc wprost: w horrorach), budzą się analogiczne uczucia do tych opisanych przez R. Otto w kontakcie z dziełami sakralnymi. Ich podobieństwa są większe niż wielu z nas byłoby skłonnych przypuszczać. By dokonać ich rozróżnienia nie wystarczy już fenomenologiczna terminologia zaproponowana przez R. Otto, a niezbędne jest sięganie po innych religioznawców (sam dokonałem rozróżnienia tych dzieł odnosząc się do definicji religii Geertza, którą uważam za najlepszą z możliwych).

A więc tak: groza jest nierozerwalnie związana ze świętością. Na tyle, by móc sformułować marketingowo atrakcyjny tytuł pracy religioznawczej w prostej i budzącej ciekawość formie „Groza jest święta”.

Czego dowiedział się Pan o naturze zła zaszyfrowanej w prawdziwych historiach kryminalnych?
Tego, że ciągle rozumiem za mało, by o nim wyrokować. Ale mogę określić już pewne wzorce prowadzące, które zdają się generować zło. Jednym z nich jest to, że jest ono zaraźliwe. Osoby, które doświadczają okrucieństwa (bicia, maltretowania, poniżania, molestowania, gwałtów), szczególnie w dzieciństwie, i których nikt przed nim należycie nie broni, same uczą się, że będąc złymi, bezwzględnymi, posiadającymi nad kimś władzę mogą czuć się bezpieczni i w ten sposób spełnieni. Nie bez znaczenia jest to, że dwa największe potwory XX wieku, Hitler i Stalin, byli katowani w dzieciństwie przez własnych ojców.

Tu można też dodać, że czasem złem jest po prostu brak miłości owocujący np. rodzicielskim zaniedbaniem. Jeffrey Dahmer – kanibal i seryjny morderca – nie doświadczał (z tego co wiem) przemocy w dzieciństwie, choć z całą pewnością był zaniedbywany, przez co, moim zdaniem, czuł się niekochany. Choćby nie wiem, co jego rodzice mówili w wywiadach, nie jest normalną sytuacją, gdy wyprowadza się z domu po rozwodzie, zabiera meble a zapomina o jednym dziecku (w tym ujęciu bezpieczniej byłoby dla dobra nas wszystkich zainwestować w terapię niejakiego Kevina, o którym rodzice co gwiazdkę zapominają i zostawiają go samego w domu ).

Drugim jest to, że zło jest często banalne i wiążę się bardzo często z rywalizacją o zasoby. Innymi słowy nawet prawi ludzie wychowani w dobrych domach, zaczną robić się nerwowi, gdy ilość wody, jedzenia, dóbr materialnych potrzebnych do normalnego funkcjonowania, schronienia itp. będzie w ilości niewystarczającej do zaspokojenia potrzeb wszystkich. Im rywalizacja o zasoby będzie większa, tym zaczynają się w ludziach budzić coraz mniej wesołe instynkty. W takiej sytuacji trzeba coraz więcej energii wkładać to, by im przeciwdziałać i zachować się godnie. Wielu się to przestanie udawać.

Co ciekawe zaobserwowano też wzrost zachowań agresywnych w miejscach przeludniających się oraz zbyt gorących. Wniosek z tego taki, że im więcej dyskomfortu, tym łatwiej o wybuch agresji.

Trzecim jest to, że niewiedza połączona z lękiem sprzyja nieobliczalnym aktom agresji. Czy zdaje sobie Pan sprawę, że w XIX i XX wieku w czasie trzech fal epidemii były przypadki składania NA TERENIE OBECNEJ POLSKI ludzkich ofiar? Według zabobonów miało to przeciwdziałać chorobie. Pisał o tym dr Jarosław Kolczyński w czterdziestym czwartym tomie „Etnografii Polskiej”.

Fanatyzm (czy to religijny, czy to ideologiczny) uznaję też za formę zabobonu, bo już niejedno badanie wykazało, że np. najbardziej fanatyczni muzułmanie często nie mają szczególnie głębokiej wiedzy na temat Koranu i hadis, podobnie, jak najbardziej fanatyczni katolicy rzadko kiedy przeczytali w swoim życiu Biblię i znają z grubsza Katechizm Kościoła Katolickiego.

Czwartym jest to, że groźnym katalizatorem (choć być może nie źródłem) zła są używki, szczególnie jeśli uzależniają i wpływają na biochemię mózgu. Wiem, że w tym kraju nikt nie weźmie moich słów na poważnie, ale naprawdę wielu ludzi nie targnęłoby się na życiu innych, lub swoje własne, gdyby nie nadużywali środków psychoaktywnych takich jak np. alkohol.

Nie bez powodu powiedziałem, że używki są raczej katalizatorem, a nie źródłem zła. Chciałbym wierzyć, że abstynencja (której jestem zwolennikiem – sam od lat nie piję) chroni ludzi przed zbrodnią, ale to nie zawsze prawda. W czasie rabacji galicyjskiej najbardziej krwawi chłopi pochodzili ze wsi, gdzie księża skutecznie rozpropagowali wstręt do pijaństwa. Kiedy ludzie doświadczają dyskomfortu, czują lęk, boją się o zasoby umożliwiające im życie, a do tego nie posiadają odpowiedniej wiedzy, by zrozumieć, co się wokół nich dzieje, mogą mordować i torturować ludzi zupełnie bez używek (a prawdą jest też, że używki moją przeciwdziałać agresji pozwalają na chwilę poczuć się komfortowo w niekomfortowym środowisku).

Na koniec chciałbym zapytać, jak odebrał Pan książkę "Moloch"Marka Krajewskiego?
Bardzo mi się podobała, ale musi Pan wiedzieć, że pyta Pan fana Mocka i Popielskiego, więc nie do końca jestem obiektywny. Powieść jest mroczna, powiązania opisywanego przez p. Marka kultu są bardzo realne i namacalne. Zdecydował się on na opisanie zachowań rytualnych trochę bardziej chaotycznych niż te mi znane, ale ma to zdecydowanie sens z uwagi na fabułę i eksperymentalną formą kreacji różnych rytów w samym środowisku okultystycznym. W tym momencie nie ukrywam, że najbardziej jestem ciekaw, jak powieść ocenią czytelnicy. Z niecierpliwością czekam na recenzje.

Oceń publikację: + 1 + 12 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy odczuwasz, że w ostatnich latach, we Wrocławiu poprawiła się jakość powietrza?




Oddanych głosów: 96