zamknij

Kultura

Kuba Tabisz: Rywalizacja w improwizacji jest ostra. To dżungla [WYWIAD]

2018-03-14, Autor: Michał Hernes

– Konkurencja robi się coraz mocniejsza i ta rywalizacja jest ostra. Tworzy się z tego swoista improwizowana dżungla, gdzie za każdym zakrętem trafiasz na coś kompletnie nowego i innego – mówi nam założyciel grupy Improwizowane Poniedziałki, Kuba Tabisz.  

Michał Hernes: Czym są Improwizowane Poniedziałki?
Kuba Tabisz: To wieczór improwizacji, podczas którego nie ma scenariusza i wyuczonych wcześniej kwestii, ale za to są aktorzy, ich wyobraźnia, jakaś inspiracja i scena. Inspiracją może być ruch twojego partnera albo coś na scenie, co cię sprowokuje, np. skojarzenie. W improwizacjach fajne jest to, że każdy z ich uczestników ma w swojej głowie inny świat, który przelewa na scenę.

Reklama

Skąd wzięło się u ciebie zainteresowanie improwizacją?
Siedem lat temu w Czechach trafiłem na występ Szweda i Duńczyka, który realizowali improwizowany scenariusz, ale wyglądał on zupełnie inaczej niż to, co teraz robimy. To była opowieść o duchach, której akcja miała miejsce w amerykańskim miasteczku. Wszystko było na bieżąco improwizowane, choć Duńczyk i Szwed trochę to wydarzenie reżyserowali. Bardzo mi się to podobało i pomyślałem sobie, że warto zrobić coś takiego we Wrocławiu. Z biegiem lat zacząłem się coraz bardziej inspirować amerykańską sceną improwizacyjną, która polega na tym, że jest jakiś ogólny pomysł, tak zwany format, ale to publiczność rzuca sugestię. Mamy fajną grupę ludzi. Każdy z nich pojawił się kiedyś na improwizacji i już został. Swego czasu miałem zasadę, że w każdym scenariuszu na scenie mógł wystąpić jeden (każdy) z widzów. Właśnie w ten sposób na spektaklach zaczęli występować stali bywalcy, z których dwa lata temu zbudowaliśmy stały, bardzo zgrany zespół. Intensywnie ćwiczymy i robimy wszystko, żeby dana historia była coraz lepsza, choć na początku nic o niej nie wiemy.

Czy improwizacji można się nauczyć?
Tak. Każdy z nas improwizuje, nawet najbardziej uporządkowane osoby. Poza tym jest mnóstwo ćwiczeń, które pozwalają ci zwracać uwagę na to, co robi partner, czyli odpowiednio reagować i wykorzystać to. Te ćwiczenia pozwalają łączyć skojarzenia, a także ćwiczyć się w rymowaniu i improwizowanym śpiewaniu, ale też w pracy w grupie, w duetach, bądź samodzielnie. To w dużej mierze też ćwiczenia aktorskie z tradycyjnych szkół aktorskich, ale właśnie stąd wzięła się improwizacja. Te ćwiczenia stworzone początkowo dla aktorów stały się podstawą zabaw, gier, a potem całych formatów. Cały czas powstają nowe pomysły i formaty, które pojawiają się na scenie. Są ludzie, którzy z powodzeniem uczą się tego od lat.

Czy aktorzy w teatrze i filmach też improwizują?
Jaka jest definicja improwizacji? Jak wspominałem, improwizacja jest na porządku dziennym. Improwizuje nawet aktor w „Dziadach”, który mówi napisaną kwestię i został wcześniej poinstruowany przez reżysera. Mimo to wkłada w to coś swojego. To improwizacja czyni Gustawa Holoubka lepszym od innego aktora, który w pewnym sensie robi to samo.

Nasze improwizacje to jednak coś innego i zawodowi aktorzy często mają z tym problem, bo jest w nich dużo niekontrolowanych warunków i czynników. Musimy zaufać swojej intuicji, swojemu doświadczeniu, ale też partnerowi. Bez zaufania nie uda się stworzyć sceny. Dla wielu ludzi to wyrwanie ze strefy komfortu jest problematyczne, bo nic nie zostało przygotowane. Ćwiczymy jedynie umiejętności.

Założyłeś też amatorski teatr EJ AJ.
Najpierw zaczął mnie interesować teatr, a potem odkryłem improwizacje. Wiele osób z naszej grupy improwizowanej występuje także w tradycyjnych spektaklach teatralnych albo w performansach. Jak wspominałem, improwizacja wynika z teatru. To były pierwotnie, jeszcze przed wojną, ćwiczenia dla aktorów, które dawały im wolność i możliwość odkrycia, czym jest improwizacja. Paradoks polega na tym, że nie szanuje się jej w polskich szkołach teatralnych i nie jest to coś, co się szczególnie podoba zawodowym aktorom, ale z drugiej strony podręcznik o improwizacji Keitha Johnstone’a wydała szkoła teatralna w Krakowie. Jeden z tamtejszych wykładowców – aktorów był na warsztatach improwizacji i spodobało mu się to. Dlatego nawet w polskich szkołach teatralnych coraz częściej pojawia się temat tego rodzaju, bardzo swobodnej improwizacji.

Wyzwanie polega zapewne nie tylko na tym, żeby dobrze zaimprowizować, ale też być zabawnym.
Albo poważnym. W komedii są momenty poważne, bliskie życia i naszych emocji. Jak to zrobić? Przede wszystkim trzeba spróbować. Guru improwizatorów Keith Johnstone powiedział kiedyś, że twoim największym wrogiem na scenie jest strach. To twoje ograniczenia, twoja bariera. Najlepiej wyjść na scenę i pokonać ten lęk. Naczelna zasada improwizacji teatralnych to „tak i”. Sprowadza się ona do tego, że musisz zaakceptować to, co wymyśli, zrobi i powie twój partner, ale też dodać coś od siebie, co on zaakceptuje. Co powoduje, że coś jest śmieszne? W improwizacjach bardzo fajnie wychodzi humor sytuacyjny, czyli operowanie na skojarzeniach, które są znane publiczności, ale dzięki którym może się stać coś nieoczekiwanego, co skutkuje właśnie śmiechem. Bez przerwy jesteśmy przez siebie zaskakiwani. Z tej interakcji samoistnie rodzi się bardzo dużo punktów zapalnych.

Co jest najtrudniejsze w improwizacji?
Trudnych rzeczy jest bardzo dużo. Na przykład spuentowanie. W trakcie wieczorów długich fabuł, czyli prostych historii, w których przez cały występ śledzimy losy tych samych bohaterów, wymyślamy sobie temat, np. szkołę dżentelmenów, w której jest, jak łatwo zgadnąć, mowa o manierach. Tego wieczoru braliśmy cytaty z książki z lat 70-tych traktującej o dobrym wychowaniu nastolatków. Ta książka jest mocno obraźliwa i oceniająca, a więc koszmarnie nieuprzejma, ale przez to jeszcze bardziej zabawna, bo paradoksalna. Ocenianie i chamstwo w dobrych manierach powoduje zgrzyt. Jaką może mieć puentę taka historia? Ostatecznie wyszła opowieść o roli kobiety i mężczyzny i o pomyłkach, które popieramy. Ktoś na końcu sobie coś uświadomił, a ktoś inny boleśnie się sparzył.

Trudność sprawia także trzymanie się wątków tak, żeby się rozwijały i wkładanie w nie czegoś więcej niż tylko powierzchownych stereotypów. Trudne jest stworzenie ciekawych, zajmujących postaci, które się od siebie różnią. Wyzwaniem dla każdego improwizatora staje się w pewnym momencie, żeby nie być zawsze jedną i tą samą postacią albo zawsze trzema tymi samymi postaciami, tylko żeby tę paletę rozszerzać.

Czy nie jest problemem, że wielu Polaków ma problemy z autoironią?
To chyba jakiś mit. Jesteśmy zapatrzeni w Czechów tworzących super filmy, w których nabijają się ze wszystkiego, a zwłaszcza z samych siebie. Zazdrościmy im tego. Z drugiej strony Polacy też potrafią mieć niezły dystans do siebie i żartują praktycznie ze wszystkiego. Mieliśmy improwizowany scenariusz „Remont w piekle”, w którym prawie każdy żart był religijny, ale nie był chamski i głupi. We wszystkich tych dowcipach nabijaliśmy się z chrześcijańskich mitów i stereotypów. I wszystkich to bawiło. Nikt nie podszedł do nas po występie i nie miał pretensji, że zszargaliśmy jego świętość. Nie przesadzałbym więc z tym brakiem dystansu. Być może wynika to też z tego, że nasza widownia składa się przede wszystkim z młodych osób, które być może mają do siebie więcej dystansu. O to trzeba by zapytać psychologów i socjologów, ale powiedziałbym raczej, że w Polsce kwitnie poczucie humoru. Inaczej nie byłoby tylu grup impro i kabaretów.

Tymczasem jest ich coraz więcej.
Improwizacja przypłynęła z Ameryki dziesięć lat temu, choć nie była uprawiana tylko tam. W Polsce rozwija się dość dynamicznie. Kiedyś we Wrocławiu w ogóle nie było grup improwizacyjnych, a teraz jest ich około 10 i pojawia się ich coraz więcej. W Warszawie są dwa kluby, w których prawie codziennie mają miejsce improwizacje, czasem przeplatane stand upem, który też mocno się rozwinął.

Czy grupy impro trzymają się razem i wzajemnie obserwują?
Wyszliśmy do innych grup z inicjatywą wspólnego, charytatywnego wieczoru impro. Wybieramy sobie wtedy jakiś szczytny cel i zapraszamy do udziału grupy improwizacyjne z Wrocławia. Pierwszy taki wieczór był w październiku, drugi będzie miał miejsce w czerwcu. Pojawi się na nim osiem grup. Jest więc chęć do integracji, ale też rywalizacja. Tworzy się środowisko, które się ocenia, a konkurencja robi się coraz mocniejsza. Ta rywalizacja jest ostra. Tworzy się z tego taka swoista improwizowana dżungla, gdzie za każdym zakrętem trafiasz na coś kompletnie nowego i innego.

W jakim sensie ostra?
Masz siedem dni w tygodniu, czyli siedem wieczorów. Gdy powstaje nowa grupa, musi się wpasować w ten harmonogram. Możliwe, że w końcu nastąpi przesyt albo jeszcze bardziej rozwinie się widownia i powstanie więcej grup. Poziom cały czas rośnie. Nowe grupy, które się pojawiają, już na starcie mają wyższy poziom, bo uczą się przed swoim debiutem. Nie są gołe i wesołe. Wszystkie grupy, które chcą utrzymać widownię, cały czas trenują, wymyślają coś nowego i zaskakują. Ta pozytywna rywalizacja jest fajna. Chodzę na występy innych grup. Jak w teatrze, uczę się również z obserwacji innych.

 

Zobacz galerię

Oceń publikację: + 1 + 8 - 1 - 11

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Jeśli choinka w domu, to...




Oddanych głosów: 3