zamknij

Kultura

Stanisław Bereś: „Wojaczek wierzył w swoją poetycką gwiazdę jak Arab w Mahometa” [WYWIAD]

2019-09-16, Autor: Michał Hernes

– W świetle listów najmocniej odsłania się oblicze cierpiącego samotnika, który wierzy w swoją poetycką gwiazdę jak Arab w Mahometa i zrobi wszystko, by była to liryka, która powali świat na kolana – profesor Stanisław Bereś opowiada o książce „Listy miłosne i nie” zawierającej korespondencję słynnego poety Rafała Wojaczka.

Michał Hernes: „Listy miłosne i nie” jako pierwsze tego typu wydawnictwo gromadzi niemal całą korespondencję poety od lat młodzieńczych aż do momentu jego tragicznej śmierci. Jaki obraz Rafała Wojaczka wyłania się z tych listów?
Stanisław Bereś:
Gdyby rzecz potraktować statystycznie, to dominuje obraz młodego intelektualisty, zafascynowanego literaturą, nieustabilizowanego życiowo, co zresztą jest cechą tego wieku, który dużo czyta i pisze, dążąc do zdobycia pozycji prawdziwego pisarza. Rzeczami przyziemnymi, takimi jak nauka i praca nie przejmuje się, żyjąc mrzonkami, że wróci na uniwersytet, z którego go wyrzucono. Jest utrzymywany przez rodziców, którzy przysyłają mu pieniądze na bieżące utrzymanie oraz paczki z jedzeniem i wypraną odzieżą, więc może skoncentrować się na pisaniu wierszy oraz wypracowywaniu sobie pozycji we wrocławskim środowisku literackim. Dużo czyta, w sposób zresztą głęboki, i próbuje wyciągnąć z tego wiedzę, jak uprawiać dobrą poezję. Bardzo często dzieli się myślami na temat swojego pisania oraz fragmentami swoich tekstów. Niekiedy trudno odróżnić, czy są to listy do konkretnych osób, czy warsztatowe zapiski pisarza, który zwierza się ze swoich pomysłów i inspiracji.

Reklama

CZYTAJ TEŻ: DO OSOLLINEUM TRAFIŁY NIEZNANE LISTY RAFAŁA WOJACZKA

Wojaczek często zacierał tę granicę. Ponieważ ważną role w jego życiu odgrywały kobiety, najpoważniejsze cykle listów są adresowane do nich: do matki, Stefanii Cisek, Teresy Ziomber, Grażyny Lisowskiej. Jest rzeczą ciekawą i smutną, że do żony, z którą nigdy nie mieszkał, napisał raptem jeden list. Mniejszą ilościowo, ale znaczącą informacyjnie porcję stanowią listy do przyjaciół. Dopełnia to korespondencja redakcyjna, która ujawnia jak wiele uwagi poświęcał budowaniu swojej pozycji literackiej.

Ponieważ mówimy o poecie, który popełnił samobójstwo w młodym wieku, instynktownie szukać będziemy wątków autodestrukcyjnych. Wtedy czeka nas raczej zawód, bo jest ich niedużo, choć uważny czytelnik na pewno je wyłowi. Na ogół nie pływają na powierzchni. Wtedy zapewne poczuje ścisk w gardle, gdyż uświadomi sobie, że Wojaczek praktycznie przez całe życie musiał walczyć z ciemnymi siłami swojej psychiki.

Co najbardziej zaskoczyło Pana w jego korespondencji?
To, że już praktycznie wszystko wiem. Ale to nie wynikało z działania sił nadprzyrodzonych, ale z tego, że już od dawna interesowałem się Wojaczkiem i przed piętnastu laty wydałem wraz ze swoją doktorantką, Kasią Batorowicz-Wołowiec, książkę pt. „Wojaczek wielokrotny”. Jest ona zbiorem ponad osiemdziesięciu relacji i wspomnień na temat poety. Z tego więc już tylko tytułu musiałem był o nim wiedzieć praktycznie wszystko.

A nie był to jedyny powód, bo te listy już od dawna za mną „chodziły”. Wiedziałem, że istnieją, że znajdują się w różnych rękach i nie znalazł się jeszcze nikt, kto by potrafił je wydobyć, zebrać w jednym ręku, zdobyć zgodę na ich udostępnienie, a potem środki na wydanie. To prowokowało by się tym zająć.

W trakcie pracy nad „Wojaczkiem wielokrotnym” otrzymaliśmy w prezencie od Teresy Zimber, narzeczonej pisarza, kopie kilkudziesięciu jego listów do niej, więc to był już niezły kapitał wiedzy o jego epistolografii. Niemała porcja listów do Stefanii Cisek znajdowała się w książce Macieja Szczawińskiego „Rafał Wojaczek, który był”. Bardzo mnie intrygowały, bo pisał je w wieku tuż przedmaturalnym, a jego adresatką była 15-letnia harcerka z jego hufca wodnego w Wiśle. Wtedy nie był jeszcze poetą, nie odgrywał roli kaskadera polskiej literatury, więc był tak autentyczny jak chyba nigdy później, gdy dokonywał licznych autokreacji. Stąd są one szczególnie cenne dla poznania osobowości pisarza.

Jak Pan więc widzi, te listy nie były dla mnie od lat ziemią nieznaną, bo również te, które znajdują się w Ossolineum, miałem wstępnie przejrzane. Każdy zresztą mógł je przeczytać. Stąd o prawdziwych zaskoczeniach nie mogło być mowy.

Czy te listy powinny zostać opublikowane i czy znalazł Pan takie, co do których miał Pan wątpliwości, że powinno się je opublikować?
Takie wątpliwości mogli mieć (i mieli) adresaci tych listów. Niektórzy nie udostępniali ich nikomu przez 50 lat. Czasem tylko odsłonili jakiś ich rąbek. Ale nie dlatego, że są w nich rzeczy szokujące. Niektórzy byli do nich po prostu przywiązani jak do cennej pamiątki i nie chcieli się z nimi rozstawać albo dzielić.

Natomiast historyk literatury traktuje korespondencję pisarza jako źródło wiedzy i materiał badawczy, który pomaga lepiej zrozumieć jego biografię i twórczość, więc nie może mieć obiekcji. Czy lekarz ma jakieś problemy ze zbadaniem sfer intymnych pacjenta, gdy ma mu postawić przyzwoitą diagnozę?

Zresztą powiem uczciwie, że nie ma w tych listach czegoś, co przyspiesza oddech i kojarzy się z taplaniem w nieczystościach. Wojaczek dopracował się, jak wiemy, opinii skandalisty, więc wiele osób wyobraża sobie, że w tych listach można znaleźć pitaval obyczajowy. Tymczasem nic podobnego. Oczywiście to są teksty nieraz intymne, ale nie w tym sensie, że opisują łóżkowe przygody albo erotyczne marzenia poety. Choć czasem naturalnie takie momenty się zdarzają, w końcu to był młody, interesujący się kobietami, człowiek. Ich intymność polega bardziej na otwieraniu się psychiczno-duchowym – wiemy, o czym myśli, co śni, co mu sprawia przykrość lub zadowolenie. A także jak pisze, jakie ma z tym problemy i jak je rozwiązuje. Jeśli można mówić o jakiejś formie ekshibicjonizmu, to może tylko w tej postaci. Zaglądamy poecie do jego garnków w trakcie gotowania posiłków literackich.

Czy ma Pan wrażenie, że dzięki tym listom lepiej zrozumiał Pan Wojaczka?
To zabrzmi besserwissersko, ale nie mam. Główne zagadki, jakie ukrywa jego życie i twórczość pozostają nierozwiązane. Nie jest tak, że w tych listach są odpowiedzi na stałe w wypadku tego pisarza pytania, czyli gdzie przebiegała w jego życiu granica pomiędzy chorobą a kreacją na poetę przeklętego; czy przeszedł przez witrynę w Klubie Dziennikarza, bo był pijany, czy chciał na siebie zwrócić uwagę; czy zdradzał swoje kobiety, bo był erotomanem i narcyzem, czy wynikało to z natury jego związków lub zachowań jego partnerek; czy był szlajającym się stale po knajpach kompanem od kieliszka, czy bojącym się ludzi samotnikiem; czy ciął się żyletkami i szkłem, żeby pokazać jakim jest twardzielem, czy miał np. syndrom Münchhausena; czy bił ludzi, żeby się sprawdzić, czy nie mógł sam ze sobą wytrzymać; czy samobójstwo na Lindego 12 popełnił dlatego, że cierpiał psychicznie, czy przedawkował.

Zapewniam Pana, że lektura tej porcji listów nie przybliży nas do odpowiedzi na te pytania. Przede wszystkim dlatego, że często nie są to takie listy, jak sobie wyobrażamy. Nieraz to są różnego rodzaju zapiski, impresje, wrażenia z lektur, wiersze oraz ich brudnopisy. Czasem nie wiadomo, czy to list, fragment dziennika intymnego, czy notatka poety na temat własnego pisania.

Ilu Wojaczków wyłania się z tych listów, ile miał metaforycznych twarzy?
Nie będę oryginalny, bo metaforyczna formuła Wojaczka wielokrotnego, zapożyczona zresztą od słynnego zdjęcia Witkacego w mundurze białogwardzisty, została użyta w tytule książki, o której wspomniałem. To była bardzo złożona i skomplikowana osobowość, więc nie ma mowy o dwóch lub trzech twarzach. Było ich więcej. On sam nie wiedział, ile ich posiada. W świetle listów najmocniej odsłania się oblicze cierpiącego samotnika, który wierzy w swoją poetycką gwiazdę jak Arab w Mahometa i zrobi wszystko, by była to liryka, która powali świat na kolana. To był ciężki pracoholik, któremu strasznie przeszkadzały w pracy jego demony i wywabiały go na zewnątrz, gdzie ciągle zdarzały mu się jakieś niespodziewane przygody: a to spotkał kumpla, a on mu postawił wódkę, bo nie chciał pić samotnie, więc się upili razem; a to ktoś mu wszedł w drogę, więc go staranował, bo był bardzo duży i nie zawsze przytomny; a to ubzdurało mu się, że w bramie Pałacyku jest świetne miejsce, gdzie można by się powiesić, więc się zabierał do czynu, ale mu przeszkodziła dziewczyna, więc z nią wylądował w łóżku; a to miał wizję mistyczną i chciał ją zapisać na serwetce w Związkach Twórczych, ale przysiedli się pijani kumple i wszystko zepsuli. Na pewno jest też twarz człowieka, którego dręczą zaburzenia psychiczne, co powoduje, że czasem niedokładnie wie, kim jest i co nim powoduje. Choroba afektywna dwubiegunowa, na jaką prawdopodobnie cierpiał, powoduje ciężkie lęki, a nawet rodzi okresami urojenia, gdy człowiek dochodzi do wniosków absurdalnych i robi rzeczy pozbawione sensu. Czy on jest wtedy sobą, czy kimś innym? Ale wtedy, gdy po prostu pisze i wyzwala z siebie tzw. podmiot liryczny, który jest trochę nim, a trochę Rimbaudem, Baudelairem, kobietą lub Panem Bogiem, to kim tak naprawdę w takim momencie jest? Myślę, że prawdziwy poeta, a on był nim niewątpliwie, bo miał talent i czuł powołanie, z istoty swojej nie ma jednej twarzy. A ile? Tyle ile wierszy czy mniej?

Poza tym nawet kiedy Wojaczek czytał książki, wchodził w buty wybranych postaci tak mocno, że się nimi niejako „stawał”. Ile czasu nimi był? Tylko podczas lektury czy nosił je w sobie jeszcze przez jakiś czas, doznając uczucia poszerzenia osobowości? Pytanie o ilość twarzy pisarza musi być kłopotliwe.

Na koniec zapytam więc, zmieniając temat, dlaczego w ramach cyklu „Moje filmy” w Kinie Nowe Horyzonty pokaże Pan „Bunt” Masaki Kobayashiego?
To najlepszy film tego japońskiego reżysera, znanego chyba głównie ze słynnego „Harakiri”, nagrodzonego w Cannes. Dziś „Bunt” uważany za jedną z najbardziej klasycznych pozycji w zjawisku, które nazywamy kinem samurajskim. Ale ponieważ później naprodukowano strasznie dużo tandetnych filmów z tego gatunku, może lepiej powiedzieć, że to po prostu jeden z najważniejszych filmów japońskich. To nie jest zwykła japońska sieczkarnia, choć finałowa scena walki chwyta za gardło.

Dlaczego wybrałem go do prezentacji w Kinie Nowe Horyzonty w cyklu „Moje filmy”, trudno mi wyjaśnić racjonalnie. Wszedł na polskie ekrany w czasach, gdy byłem studentem, więc prawie pół wieku temu, ale pamiętam do dziś wiele scen, a nawet imiona niektórych bohaterów, w tym co najdziwniejsze – dziewczynki w pieluszkach – Tomi. Widocznie zrobił na mnie duże wrażenie, choć w późniejszych latach widziałem jeszcze wiele efektownych siekanin mieczem japońskim. Więc widocznie rzecz nie była w samej sztuce fechtunku, ale w czymś więcej. Może w magii aktorstwa niezapomnianego Toshiro Mifune, który gra zbuntowanego mistrza? A może w mechanizmie powolnego napinania się fatum, jakie rodzi się z konfliktu pomiędzy zasadami bushido a honorem mistrza Isaburo. A może w kontraście między powolnymi, wystudiowanymi czarno-białymi kadrami, a dziką dynamiką finałowej walki – najpierw w domu bohaterów, a później w wysokich trzcinach? Sam nie wiem, co mnie tak silnie w tym filmie poruszyło, więc pomyślałem, że to jest doskonała okazja, by to sprawdzić i po wielu latach samemu sobie odpowiedzieć na to pytanie.

A przy okazji pomyślałem, że zaproszę na to spotkanie swojego kolegę, który zajmuje się zawodowo obrotem mieczy japońskich i studiuje ich dzieje, a nawet przyjaźni się z miecznikiem i kowalem cesarskim. Będzie ciekawe, gdy przyniesie na spotkanie rynsztunek samurajski i wyjaśni, jak się nim posługiwano oraz gdzie jest granica pomiędzy samurajskimi mitami a wiedzą historyczną. Mało kto miał w ręku prawdziwy japoński miecz, bo to wyjątkowo cenny przedmiot (wartości niezłego samochodu). A przy tym szalenie niebezpieczny.

Oceń publikację: + 1 + 11 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy uważasz, że przy nowych inwestycjach mieszkaniowych powinno powstawać mniej miejsc parkingowych?




Oddanych głosów: 364