zamknij

Kultura

Wrocławianin w Hollywood i kolebce stand – upu [WYWIAD]

2018-01-16, Autor: Michał Hernes

Pochodzi z Wrocławia, ale od lat mieszka w Los Angeles, gdzie prowadzi comedy show, pisze książki, a także gra w filmach i serialach, m.in. w "Aniołach i demonach" czy "Dniach naszego życia". Rozmawiamy z Marcinem Harasimowiczem.

Marcin Harasimowicz napisał książki o Los Angeles Lakers i LeBronie Jamesie. Pojawił się w takich filmowych i telewizyjnych produkcjach jak „Anioły i demony”, „Dni naszego życia” czy „Ostatni okręt”.

Reklama

Michał Hernes: Niedawno był o tobie materiał w Dzień Dobry TVN, ale jeśli ktoś nie oglądał tego programu, to może się zastanawiać, kim jesteś. No właśnie – kim?
Marcin Harasimowicz: Dorosłym mężczyzną po 40-tce z dystansem do ludzi, świata i siebie samego... Mało rzeczy mnie już dziwi, chociaż ostatnie mistrzostwo Polski piłkarzy Śląska zdziwiło mnie i to bardzo. Czekam na kolejne, bo poprzednie zdobyli w roku mojego urodzenia. Mam nadzieję, że nie będę musiał znów czekać 35 lat...

Czym aktualnie się zajmujesz i jakie są twoje plany?
Obecnie jestem na planie serialu "McGyver" w Atlancie, gdzie gram ciekawą role bossa mafii. To bardzo ładne i sympatyczne miasto, mogę więc trochę odpocząć od Los Angeles po pięciu latach prowadzenia comedy show w największym klubie świata, czyli Comedy Store. Nie ukrywam, że czułem się już tym trochę wypalony, postanowiłem więc zrobić sobie przerwę, aby skupić się na aktorstwie i pisaniu. Mam dwa projekty własnych seriali, do tego zagrałem u boku Davida Arquette’a w pilocie komedii "Memphis Fire", a niebawem premierę ma mój film "Shadow With In" z Lindsay Lohan. Są też pewne plany w Europie, ale nie zapeszajmy.

Dlaczego wybrałeś L.A.?
Nie wybrałem Los Angeles świadomie – najpierw poleciałem tam na pół roku. Nigdy nie planowałem przeprowadzki, ale ostatecznie mieszkam tutaj już dziewięć lat... Nie jestem przekonany, czy zostanę w L.A. na stałe, choć zawodowo chcę być w tym mieście oczywiście jak najdłużej obecny. Gdy podjąłem tę decyzję miałem 30 lat, potrzebowałem nowego wyzwania, bo w dziennikarstwie sportowym zrealizowałem już wszystkie i tak pojawił się temat Los Angeles. Poleciałem tam nie znając nikogo, z jedną walizką. Na miejscu musiałem przebijać się przez gęste sito od zera, ale - chociaż nie brakowało trudnych momentów - ostatecznie osiągnąłem to, co zamierzałem, a nawet więcej. Przyjechałem tu bez żadnego treningu aktorskiego, a teraz mam całkiem fajny dorobek. Do tego przez cztery lata produkowałem i prowadziłem show w największym komediowym klubie świata i wydałem dwie książki. Czy mogłem zrobić więcej? Może, ale i tak - zwłaszcza z ostatnich 2-3 lat - mogę być zadowolony. Teraz mam spokój ducha i większy dystans do wszystkiego. Nie czuję, abym musiał cokolwiek komukolwiek udowadniać, wliczając w to samego siebie. Patrzę na życie z trochę innej perspektywy - chcę mieć pozytywny wpływ na świat, stąd bardziej angażuję się w projekty charytatywne, jak choćby fundacja pomagająca komikom z depresją, którą założyłem.

Powróćmy do Wrocławia. Jak wyglądała twoja młodość w tym mieście?
Moje młodzieńcze lata we Wrocławiu to w pewnym sensie poszukiwanie samego siebie poprzez robienie rożnych rzeczy - śpiewanie w kapeli rockowej, później pisanie o muzyce i robienie korespondencji z koncertów do Radia Kolor oraz listy przebojów Marka Niedźwieckiego. Tak, robiłem to na telefon jako 16-latek, o czym niedawno przypomniałem mojemu serdecznemu koledze Hirkowi Wronie. A wreszcie sport i bycie przy koszykarskim Śląsku w najlepszym okresie w historii klubu, mistrzowskie imprezy w Radio Barze, przyjaźnie z Johnem McNaullem, Jarkiem Zyskowskim, które przetrwały do dziś, a także z Seanem Marksem, który grał krótko w Śląsku, a później został mistrzem NBA z San Antonio Spurs. Obecnie jest natomiast generalnym menedzerem Brooklyn Nets. Niesamowite, wręcz bezprecedensowe osiągnięcie jak na byłego koszykarza Śląska.

Czy Wrocław w jakikolwiek sposób cię ukształtował?
Na pewno tak. To była szkoła życia, która przygotowała mnie na późniejsze wyzwania. Tam nauczyłem się najwięcej, z doświadczeń pozytywnych jak i negatywnych. Zawsze chętnie wracam do Wrocławia.

Kiedy ostatni raz byłeś we Wrocławiu i jak twoim zdaniem zmienia się to miasto?
Niestety, bywam tam rzadko, a szkoda, bo to moje miasto, w którym spędziłem pierwszych 20 lat mojego życia. Ciągle mam swoje sentymentalne miejsca jak Górka Pafawag, Spiż, klub Kazamaty - nie mów mi, czy istnieje, czy nie, bo chcę wierzyć, że istnieć będzie zawsze. Poza tym stadion przy Oporowskiej, piąte liceum ogólnokształcące na Grochowej, Ostrów Tumski... Nie wiem, czy sie zmienia, ale mam nadzieję, ze jedno się nie zmienia, a mianowicie uroda wrocławianek. Strzelam w ciemno, że nadal klasa światowa.

Jak Wrocław prezentuje sie na tle L.A?
Wrocław jest pięknym historycznym miastem ze specyficznym klimatem, a L.A to wielki konglomerat małych dzielnic pełen przypadkowych często ludzi pędzących za swoimi marzeniami, często zdesperowanych. Co tydzień przylatuje tam 20 tysięcy nowych aktorów i również 20 tysięcy wylatuje, często ze złamanym kręgosłupem. Wiem, brzmi to fatalnie, ale niestety takie są realia. To olbrzymi, ciągły wyścig 24 godzin na dobę, który po pewnym czasie męczy, dlatego ludzie szukają alternatywnych źródeł czerpania pozytywnej energii jak ośrodki medytacji, jogi... Sam zacząłem się bawić w medytacje i widzę pozytywne efekty. L.A. jako miasto jest dość brzydkie, ale za to pięknie położone - można spacerować po górach, jest kilka fantastycznych plaż. Przyroda, pogoda i klimat wynagradzają fatalną architekturę.

Czy Wrocław jest filmowym miastem i czy chciałbyś tu wrócić, by zrobić serial albo film?
Nie mam pojęcia. Czy chciałbym? Pewnie, że tak, bo mieszkałbym u siebie i zarabiał pieniądze. To najlepsze połączenie, jakie można sobie wyobrazić. Ale od razu zaznaczam, że nie jestem tani (śmiech). Gdy rozmawiałem z Martinem Freemanem na planie serialu „Start Up” w Portoryko okazało się, że robił film we Wrocławiu w poprzedniej dekadzie.

We Wrocławiu rozgrywa się akcja drugiego sezonu „Belfra”. Oglądałeś go?
Słyszałem, że był taki serial i cieszył się popularnością, ale niestety nie miałem okazji go zobaczyć. Może podczas najbliższej wizyty w Polsce nadrobię zaległości. Wiem jednak, ze Steven Spielberg niedawno kręcił film we Wrocławiu - to fantastyczna sprawa, bo przecież Węgry czy Rumunia oferują filmowcom lepsze warunki finansowe, a jednak wybrał Wrocław.

Czy masz czas, by śledzić, co sie dzieje z piłkarskim i koszykarskim Śląskiem?
Śledzę, choć trochę mniej niż w poprzednich latach, nie potrafię więc zrozumieć, dlaczego koszykarski Śląsk radzi sobie tak słabo. To niedopuszczalne. Gdy ja mieszkałem we Wrocławiu klub pod wodzą Grzegorza SchetynyAndreja Urlepa wygrywał co roku mistrzostwo Polski i całe miasto żyło tym zespołem. Szkoda, że wtedy nie wykorzystano szansy zbudowania czegoś w rodzaju piłkarskiej Legii - hegemona na lata. Widziałem pewne błędy, które wyszły po latach, ale i tak nie da się porównać tamtej i obecnej sytuacji. Teraz to jest jakiś absolutny dramat. Wrocław jest, był i będzie niekwestionowaną stolicą polskiej koszykówki, zasługuje na topowy klub z dużym budżetem, gwiazdami i 6-7 tysiącami ludzi na każdym meczu. Nie wiem, może kiedyś na stare lata zdenerwuję się i sam kupię Śląsk, aby zaprowadzić tam porządek (śmiech).

Jeśli chodzi o piłkarzy, to mam wrażenie, że prowadzona jest błędna polityka transferowa przez co klub dryfuje tak trochę w stronę marazmu. Oby nie skończyło się to spadkiem z ekstraklasy, nawet jeśli nie w tym sezonie, to w jednym z najbliższych. Śląsk musi być klubem, który szkoli młodzież i sprowadza najzdolniejszych piłkarzy z regionu, a takich nie brakuje. Uzupełnisz to dwoma weteranami i dwoma obcokrajowcami z wyższej półki i masz zespół do walki o czołową szóstkę co sezon.

Pozostając w tematach sportowych, w ubiegłym roku była we Wrocławiu duża sportowa impreza o nazwie The World Games.
Niestety, ale nic o tym nie wiem.

Jakie masz rady dla młodych wrocławian, którzy chcieliby pójść w twoje ślady?
Przede wszystkim musisz wiedzieć, po co tutaj przyjeżdżasz. L.A. jest otwarte na nowych ludzi, na emigrantów, ale konkurencja - zwłaszcza w showbiznesie - jest przeogromna, trzeba więc mieć konkretny plan, silny charakter, nie zniechęcać sie i przede wszystkim nieustannie nad sobą pracować. Każdego dnia. Być jak najlepszym w tym, co się robi, a efekty prędzej czy później przyjdą.

 

 

 


 

 

 

Oceń publikację: + 1 + 10 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy historyczny "ogórek" powinien powrócić na wrocławskie ulice?




Oddanych głosów: 27