zamknij

Kultura

Marta Kisiel: „Zaskakuje mnie wielowymiarowość tożsamości Wrocławia” [WYWIAD]

2020-03-21, Autor: Michał Hernes

– W szkole uczono mnie o piastowskim Wrocławiu, słowem nie wspominając, ile tak naprawdę było tego Piasta w Piaście, a jestem przecież rocznikiem 1982. Więcej na temat przedwojennej przeszłości i tożsamości mojego rodzinnego miasta dowiedziałam się od dziadka, który przyjechał tu jako dziecko po wojnie ze Lwowa i wiele widział na własne oczy – mówi pisarka Marta Kisiel.

Michał Hernes: Książka „Toń” to wyprawa do przedwojennego Wrocławia. Co jest fascynującego w tamtym czasie i tamtym Wrocławiu?
Marta Kisiel: Wszystko zaczęło się w zasadzie przez przypadek, gdzieś na przełomie 2011 i 2012 roku. Postanowiłam wrócić po przerwie do pisania i szukałam tematu. Od dawna chodziła mi wtedy po głowie pewna scena — nawet nie cała, ot, urywek, przebłysk, a w nim bezimienna bohaterka jadąca tramwajem si mijająca po drodze cmentarz żydowski przy ulicy Ślężnej.

Kocham tramwaje i kocham cmentarze, a ten jeden w szczególności, uchwyciłam się więc tego przebłysku. Zaczęłam szukać jakiegoś punktu zaczepienia w przestrzeni mi najbliższej, czyli w promieniu mniej więcej kilometra, jaki dzielił moje dawne wrocławskie mieszkanie od wspomnianego cmentarza, i naraz coś mnie tknęło. Dwadzieścia lat mieszkałam na Gaju, widziałam, jak wyrastały kolejne blokowiska, a nigdy nie przyszło mi do głowy pytanie, dlaczego w okolicy nie było ani jednego starego budynku? Wtedy natrafiłam na artykuł o tym, co odkryto podczas przebudowy alei Armii Krajowej, którą obserwowałam przecież z okna swojego pokoju — mianowicie nieekshumowane niemieckie cmentarze sprzed II wojny światowej. Przepadłam i tak powstała moja pierwsza wrocławska powieść, czyli „Nomen omen”.

Ale pewne fascynacje, które się wtedy narodziły, pytania o tożsamość i jej kryzys, o splot dziejów miejsca i dziejów ludzi w tak wyjątkowym mieście jak Wrocław, zostały ze mną na dłużej i kilka lat później znalazły ujście na kartach „Toń” oraz „Płacz”.

Jak bardzo inspirujący jest dla pani Wrocław?
Nieskończenie. Można o nim pisać kolejne powieści — czy to historyczne, czy kryminalne, czy obyczajowe, czy też fantastyczne, łączące elementy wielu gatunków — a nowe tematy, nowe wątki, motywy, detale wciąż będą wypływać i splatać w fabuły.

Co w tym mieście i jego historii najbardziej panią zaskakuje?
Mnie osobiście nieustannie zaskakuje wielowymiarowość jego tożsamości. Wrocław przez wieki był tyglem narodów, kultur, języków, religii, poglądów, tradycji, co było zarazem przyczyną, jak i skutkiem skomplikowanej historii miasta. Dopiero lata 30. i 40. XX wieku, po nich zaś czasy peerelowskie, spłaszczyły ten obraz i w znacznym stopniu zakłamały. Mnie w szkole uczono o piastowskim Wrocławiu, słowem nie wspominając, ile tak naprawdę było tego Piasta w Piaście, a jestem przecież rocznikiem 1982. Więcej na temat przedwojennej przeszłości i tożsamości mojego rodzinnego miasta dowiedziałam się od dziadka, który przyjechał tu jako dziecko po wojnie ze Lwowa i wiele widział na własne oczy. Do dziś wspomina, gdzie jaki budynek rozbierano na cegły na odbudowę Warszawy. To on w znacznym stopniu odpowiada za moje zainteresowanie i historią jako taką, i przeszłością samego Wrocławia.

Jak pani myśli, jakie skarby można znaleźć we Wrocławiu i jakie tajemnice skrywa to miasto?
Nie podejmę się odpowiedzi. Już same czasy Festung Breslau pełne są tajemnic, które do dziś nie znalazły definitywnego rozwiązania, ze złotem Breslau, ucieczką Hankego czy zaginionymi skarbami wrocławskich muzeów na czele. A to przecież zaledwie wycinek, kilkumiesięczny epizod na tle wieków historii.

Reklama

Poza tym w moich oczach skarby to nie tylko skarby materialne, choć te siłą rzeczy przyciągają największą uwagę, ale też pogmatwane ludzkie losy. Defenestracja wrocławska, życie Clary Immerwahr czy sprawy kryminalne, takie jak chociażby przypadek Michaela Wilde i Dzwonu Grzesznika — takich historii, bezcennych dla wyobraźni autora, można znaleźć w dziejach Wrocławia bez liku.

„Toń” to opowieść z pogranicza kryminału, fantasy i powieści grozy. Dlaczego właśnie ta mieszanka?
Obawiam się, że nie mam zbyt wielkiego wpływu na to, jakie pomysły powstają w mojej głowie. To jest coś, co dzieje się w zasadzie samo, poza mną. Ja jedynie próbuję zarządzać tym chaosem i nadać mu spójną, konkretną postać. Ale też fantastyka jako gatunek pozwala na podobne brewerie, daje autorowi niebywałą swobodę w łączeniu bardzo różnorodnych elementów, wzmocnionych dodatkowo czasem szczyptą, a czasem garścią niesamowitości.

Skąd wziął się wybór Lompy na Śródmieściu?
Och, powód jest prozaiczny. Mieszkanie panien Stern to w rzeczywistości mieszkanie mojej prababci, jedno z magicznych miejsc mojego dzieciństwa. Lubię uwieczniać w swoich książkach miejsca, wspomnienia, wrażenia dla mnie istotne, w jakiś sposób daję im życie o wiele dłuższe niż to w moim sercu czy głowie.

Czy Wrocław zmienił się na plus, czy ciekawszy był przedwojenny Wrocław?
A to już zależy, czy zapytać mieszkańca, czy pisarza. Łatwo dać się uwieść tamtemu dawnemu Wrocławiowi. Nic w tym zresztą dziwnego, w końcu zachował się na zdjęciach i pocztówkach, które uwieczniały głównie to, co piękne bądź klimatyczne, co nas urzeka. Szczególnie przedwojenne planowanie przestrzeni i ówczesna architektura budzą mój niewysłowiony żal za tym, co minęło — tym silniejszy, ilekroć mijam Chrobrego na kucyku.

Niestety, zbrzydł nam trochę ten Wrocław. Najpierw przez wojnę i powojenne zaniedbania, potem przez ogólną brzydotę paździerzowego PRL-u, wreszcie przez chaos po 1989 roku i obecny pęd ku zabudowie, zabetonowaniu każdego centymetra. Zwłaszcza pod tym ostatnim względem zmienia się bardzo szybko i bardzo na minus — czego doświadczam, poruszając się po niegdyś doskonale znanych mi miejscach, które z coraz większym trudem rozpoznaję, które stają się przeraźliwie klaustrofobiczne.

Z drugiej strony… zdaję sobie sprawę, że na zieleni miejskiej czy zdobionych fasadach kamienic przedwojenna rzeczywistość się nie kończyła, że oprócz promenad, parków, majestatycznych budynków istniały również zaułki czy dzielnice nawet nie biedy, a prozaicznej, autentycznej nędzy i wysokiej przestępczości. Dlatego, choć w swoich książkach chętnie wracam do Wrocławia sprzed dziesięcioleci, to jako mieszkaniec zdecydowanie wybieram jego współczesną twarz, ciesząc się jednocześnie tymi elementami przeszłości, które odzyskują dawną świetność.

Czy lepiej żyje się we Wrocławiu, czy w opisanych w „Płaczu” Górach Sowich?
Nigdy nie mieszkałam w Górach Sowich tak na co dzień, więc nie mam porównania. Wrocław przy wszystkich swoich urokach i zaletach z pewnością ma też niestety, i wady — zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja, kto się od nich odzwyczaił. Duże miasta są męczące, nawet na krótką metę, jakby człowiek musiał w nich zachowywać ciągłą czujność. Pod tym względem zdecydowanie wolę bardziej zaciszne miejsca. Z drugiej strony widoki, bliskość przyrody czy miłe odosobnienie owszem, cudownie cieszą oko i duszę, za to proza dnia codziennego, ze szczególnym uwzględnieniem logistyki i dzieci, jakoś tak łatwiej wychodzi człowiekowi tam, gdzie wszystko ma mniej więcej pod ręką. A i tak najlepiej czuję się po prostu w domu.

Oceń publikację: + 1 + 12 - 1 - 3

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy więcej zieleni na ul. Kazimierza Wielkiego to dobry pomysł?




Oddanych głosów: 232