zamknij

Kultura

Piotr Rudzki: „Byłem przeciwko wejściu Mieszkowskiego do polityki” [WYWIAD]

2018-04-27, Autor: Michał Hernes

– Ludzie, którzy starają się opisywać obiektywnie dekadę Krzysztofa Mieszkowskiego, nie mogą się pogodzić z wypowiedzianym przez niego zdaniem, że „Teatr to ja” – mówi nam Piotr Rudzki z Teatru Polskiego – w podziemiu.

Michał Hernes: Czy jest pan zadowolony z tego, jak działa Teatr Polski – w podziemiu?
Piotr Rudzki: Bardzo, ale chcielibyśmy realizować nie tylko performanse, ale też przedstawiania. I to już się powoli udaje. W ubiegłym roku naszą pierwszą premierę, „Państwo” według Platona w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego najpierw pokazaliśmy we Wrocławiu, a potem w warszawskim Teatrze Powszechnym w ramach Kongresu Przyszłości Kultury. Ten spektakl został świetnie przyjęty, ma bardzo dobre recenzje. Garbaczewski korzysta w nim ze zdobyczy nowych technologii i jako pierwszy próbuje przenieść do teatru rzeczywistość wirtualną. Nikt wcześniej nie robił tego w Polsce i prawdopodobnie także w Europie. Na czerwiec zaplanowaliśmy prapremierę sztuki „Postać dnia”, którą pisze pilgrim/majewski, w reżyserii Seba Majewskiego. Będzie ona poświęcona Igorowi Przegrodzkiemu. W obsadzie: Agnieszka Kwietniewska, Igor Kujawski, Tomasz Lulek, Michał OpalińskiAndrzej Wilk.

Reklama

Wolelibyśmy jednak mieć bardziej stabilną sytuację i stałe miejsce, w którym moglibyśmy wystawiać spektakle. Być może stanie się tak od listopada, ale nie mogę jeszcze zdradzać szczegółów.

Poza tym wciąż spotykamy się w Sądzie Pracy. To było przygnębiające, gdy na moją rozprawę przyszła Monika Bolly, której nigdy nic złego nie zrobiłem, i zeznawała przeciwko mnie, tłumacząc, że co prawda nie była świadkiem tego, co relacjonuje, ale słyszała o tym. Dodała także, aby uwiarygodnić to, co mówi, że przecież teatr żyje plotką…  Pamiętam, jak  kiedyś podpisała list w naszej obronie, gdy Urząd Marszałkowski próbował nas wyrzucić po premierze „Juliusza Cezara”.

To dziwne i smutne, że osoby wyznające katolicyzm nie przestrzegają zasad zapisanych w Nowym Testamencie i nie mają w sobie miejsca na głębszą refleksję. Czytam aktualnie książkę Anny BinkotIrenie Sendlerowej i o warszawskich katolikach pod niemiecką okupacją, którzy donosili na Żydów. To powtarzająca się historia, choć – broń Boże – nie zrównuję ze sobą tych dwóch nieporównywalnych sytuacji. Mówię tylko o hipokryzji katolickiej, o braku korelacji między głoszonymi, a realizowanymi wartościami.

Powtórzyła się też sytuacja z „Dziadami”, które zdjęto w 1968 roku. Profesor Piotr Gliński i wiceministra Wanda Zwinogrodzka decyzją o utrzymaniu Cezarego Morawskiego na stanowisku zdjęli spektakl Michała Zadary, który  po raz pierwszy wystawił arcydramat Adama Mickiewicza w całości. Spektakl kosztował ponad trzy miliony złotych i pracowano nad nim ponad trzy lata! Po prostu te pieniądze, pracę ludzi i oczekiwania publiczności, czyli podatników, wyrzucono na śmietnik. Tak działa władza, która nie liczy się z publicznymi pieniędzmi.

Kontekst z "Dziadami" był jednak inny.
Kontekst był podobny na pewnej płaszczyźnie. Wtedy Władysław Gomułka obraził się, gdy usłyszał, że „Dziady” są bardzo religijne, a ambasada sowiecka uznała, że są wymierzone w Związek Sowiecki. Rzecz jasna, krytykowano w nich carską Rosję.

Nasze kłopoty zaczęły się od „Śmierci i dziewczyny”. Minister, wicepremier Gliński, profesor socjologii, jako pierwszy po 1989 roku postanowił wprowadzić cenzurę prewencyjną. Zrobiła się z tego afera na cały świat, a wcześniej Polska była pozytywnym przykładem dobrych przemian w Europie Środkowej. W tym momencie zaczęła się wojna przeciwko kulturze liberalnej. Nie tylko przeciwko Teatrowi Polskiemu we Wrocławiu, ale też przeciwko Staremu Teatrowi w Krakowie, festiwalowi Malta w Poznaniu i festiwalowi Dialog – Wrocław. Nowa władza zrozumiała, że kultura jest bardzo ważnym polem budowania sfery wartości i tożsamości. Problem polega na tym, że zabierają się za zagospodarowanie jej jak komuniści po 1945 roku.

Smutne jest to także z innego powodu. Ministra Zwinogrodzka była kiedyś niezłą recenzentką teatralną i może warto jej to przypomnieć. Zaczynała w „Dialogu” Konstantego Puzyny i „Pamiętniku Teatralnym” Zbigniewa Raszewskiego. Mówiło się wtedy, że jest bardzo zdolna i przewidywano, że będzie świetną krytyczką i znawczynią teatru. To przygnębiające, że stała się aż taką przeszkodą w rozwoju teatru, z powodów ideologicznych niszczy sztukę, jak – to znowu przesada, mam tego świadomość – naziści („sztuka zdegenerowana”) i komuniści („odchylenia burżuazyjne”). Będąc jeszcze recenzentką, mówiła o uciszeniu „lewicowego wrzasku”.

Ale najsmutniejsze jest to, że znowu będziemy musieli zaczynać od początku. Zespół Teatru Polskiego był wspaniały, cudownie rozgrzany, to byli aktorzy chętni do pracy. Mieliśmy do czynienia z wyjątkowym przypadkiem, kiedy aktorzy niegrający w serialach byli rozpoznawalni. We Wrocławiu mieli swoje fan-kluby, które jeżdżą za nimi do Warszawy. Teraz, za Morawskiego, trwa natomiast wielka smuta. Podkreślam, że nie znam go i rozmawiałem z nim może z cztery razy. Ale poznałem go w trakcie konkursu na dyrektora teatru, byłem w tej komisji i wiem, jak wtedy kłamał. Morawski wraz ze swoimi prawnikami zrównali interes dyrektora teatru z interesem Teatru Polskiego. A nie jest tak. Trzeba być wiernym teatrowi jako instytucji. Mówiłem to Morawskiemu podczas jednej z naszych pierwszych rozmów.  Instytucja musi trwać, a dyrekcje się zmieniają. Świetnie ujął do Konstantin Stanisławski: „Kochaj teatr w sobie, a nie siebie w teatrze”!.

Co dalej z Teatrem Polskim – w podziemiu?
Walczymy w obronie ważnych dla nas, i chyba nie tylko dla nas, wartości w świecie, w którym niszczone są autorytety, a minister kultury kłamie. Profesor Gliński w jednym z wywiadów powiedział, że film „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej jest okropny i wygląda jak produkcyjniak zrobiony tylko po to, żeby się podobał w Berlinie. Nie zdziwię się, jeżeli go nie widział – mówił to przed polską premierą filmu. Skoro profesor uniwersytetu, minister, wicepremier może mówić takie rzeczy, to dyskurs publiczny w Polsce jest zniszczony. Powtórzę: zależy nam na wartościach, na obronie autorytetów i tradycji tego teatru. W czerwcu po raz drugi pokażemy we Wrocławiu „Państwo” w wersji z Teatru Powszechnego, czyli widzowie będą mogli założyć okulary od rzeczywistości wirtualnej i w gruncie rzeczy wejść w tę przestrzeń. Staną się interaktywnymi i aktywnymi uczestnikami działań aktorów.

Teatr Polski – w podziemiu został zaproszony na Warszawskie Spotkania Teatralne, czyli przegląd najważniejszych przedstawień powstałych poza Warszawą. 22 maja w Instytucie Teatralnym w Warszawie pokażemy work in progres spektaklu „Postać dnia”, o którym już wspominałem. W listopadzie odbędzie się premiera spektaklu, który zainauguruje naszą obecność w nowej przestrzeni teatralnej. Rozmawiamy o tym projekcie z różnymi reżyserami. Na 1 czerwca planowaliśmy przygotować bajkę dla dzieci, niestety ten projekt ziści się trochę później. Teatr za dyrekcji Morawskiego stracił kontakt z młodą widownią.

Ale są szkolne wycieczki.
Tak, oglądają „Kordiana”, w którym niewiele zostało ze Słowackiego, i Moliera, z którego został tylko tytuł. Morawski w swojej aplikacji napisał, że nie będzie robił teatru dekonstrukcji, tylko konstrukcji. Że to będzie teatr literatury. Tymczasem na pierwszą premierę Janusz Wiśniewski przygotował „Chorego z urojenia”, w którym z Moliera został – jak wspomniałem – tytuł i może ze dwie kwestie. Wiśniewski zawsze robił dekonstrukcję, nawet jeżeli tego tak nie nazywał. Aplikacja konkursowa Morawskiego była nieprzemyślana, wewnętrznie sprzeczna, a pomysły na teatr jak z lat osiemdziesiątych.

Poza tym to bardzo smutne, że dyrektor brak kompetencji nadrabia straszeniem. Zwolnił nas dyscyplinarnie w grudniu przed świętami Bożego Narodzenia tylko po to, żeby zastraszyć ludzi. Żeby przestali się buntować. Zrobił to przy biernej postawie teatralnej Solidarności.

Zwolniono aktorów, którzy nie grali albo nie chcieli grać.
Ależ grali. Stanowili trzon repertuaru. Mam na myśli Annę Ilczuk, Martę Ziębę, Andrzeja KłakaMichała Opalińskiego. Zwalniając tych aktorów, Morawski zniszczył cały repertuar. Świadomie, nieświadomie, nie dostrzegał związku, a może uważał, że jak w przypadku przedstawień komercyjnych szybko zostaną przygotowane zastępstwa. Morawski przekonywał w aplikacji, że będzie kontynuował linię repertuarową teatru.

We wrześniu miałem wykład dla młodzieży o Witkacym. Morawski wysłuchał go i po zakończeniu, chwaląc go, powtarzał, że mam świetny kontakt z młodzieżą. W październiku powiedział urzędnikom marszałkowskim, że jestem dobrym kierownikiem literackim. Jeszcze 2 grudnia wyraził zgodę na mój wyjazd służbowy 31 grudnia i 1 stycznia 2017. I co z tego? 21 grudnia zwolnił mnie dyscyplinarnie. Kiedy zeznawał w Sądzie Pracy na mojej rozprawie, nie potrafił wskazać tego zasadniczego powodu, który zdecydował o moim zwolnieniu dyscyplinarnym w grudniu. Po chwili zastanowienia powiedział, że to pokazy „Wycinki” w Paryżu. Tak się jednak składa, że mnie w Paryżu nie było.

Przed Morawskim zeznawał Stanisław Melski, który przez dekadę w Polskim ledwie mi odpowiadał dzień dobry. Zresztą sam powiedział, że mnie nie zna, nigdy ze mną nie rozmawiał, ale zeznawał przeciwko mnie… Żadnych konkretów, tylko plotki, ogólniki, oceny i przekonania. Co charakterystyczne, zmienił zasadniczo opowieść o swoim aktorskim losie za dyrekcji Krzysztofa Mieszkowskiego. Już się nie żalił, że mało grał, stwierdził, że tak w teatrze bywa. Czyli główny argument oponentów Mieszkowskiego, że mało grali, już przestał być ważny. Teraz Melskiego najbardziej irytuje nasza kuriozalna, jak się wyraził, nazwa Teatr Polski – w podziemiu. To przecież on był w podziemiu jako działacz Solidarności. To, że w tym określeniu odwołujemy się do nazwy teatru Tadeusza Kantora, do głowy mu nie przyszło.

Czy wierzy pan, że da radę odbudować ten zespół od podstaw albo ten teatr?
Powrotu do Teatru Polskiego w tym kształcie, jaki miał jeszcze dwa lata temu, nie ma. Teatr to instytucja, która jest relacją różnych energii i osobowości. Trzeba zbudować nowy Teatr Polski, sięgający do dobrej tradycji od czasów Trzcińskiego do Mieszkowskiego i szybko zapomnieć o epizodzie Morawskiego.

Czy wierzy pan, że Morawskiego uda się odwołać?
Choć Naczelny Sąd Administracyjny oddalił skargę Urzędu Marszałkowskiego Dolnego Śląska, dziś jest o wiele więcej argumentów, żeby natychmiast zwolnić Morawskiego, niż było w kwietniu 2017 roku. Mam nadzieje, że Zarząd Województwa podejmie decyzję w dobrze rozumianym interesie instytucji, a nie w interesie Morawskiego. Że może członek zarządu Tadeusz Samborski wreszcie przejrzy choć trochę na oczy i przestanie promować człowieka, który doprowadził do destrukcji tak świetną scenę. Ta instytucja jest trochę starsza niż długość kadencji Morawskiego. Wierzę, że będzie on tylko przeciągiem, krótkim momentem w jej życiu.

Czy nie ma pan żalu do Krzysztofa Mieszkowskiego za to, że wszedł do polityki i zrobił zamieszanie wokół „Śmierci i dziewczyny”?
Trudno pisać alternatywną historię, ale uczciwie trzeba powiedzieć jedno. To Władysław Frasyniuk zaproponował Mieszkowskiemu, w imieniu Ryszarda Petru, ten start w wyborach. Mieszkowski zapytał nas o zdanie. Byłem początkowo przeciwko temu, ale większość osób była za i przekonała mnie do zmiany zdania. Przemówił do mnie argument, że gorzej być już nie może. Jednak mogło być… Profesor Małgorzata Omilanowska przestała być ministrą kultury i zastąpił ją profesor Gliński, a w urzędzie marszałkowskim ton nadawał Samborski – kolega Morawskiego. Nie mieliśmy z kim tam rozmawiać. Wydawało się, że Mieszkowski-polityk będzie mógł nam pomóc. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że Nowoczesna będzie w opozycji. Dopiero wybory rozstrzygnęły, że do władzy doszedł PiS i wtedy rozpoczęło się niszczenie niezależnych instytucji kultury. Przeciwko temu protestowaliśmy, a prawicowa prasa niemal rok pisała, że walczymy o stanowisko dla Mieszkowskiego.  

Czy nie szkodził tym, że mocno się angażował?
Ale to my zorganizowaliśmy w Warszawie akcję „Nie oddamy wam kultury”, kolejne performanse i wydarzenia w urzędzie marszałkowskim. Równolegle prowadziliśmy dialog z urzędem, którego wcześniej zabrakło, swoisty proces dydaktyczny, który odniósł przecież pozytywny skutek, ponieważ zarząd odwołał Morawskiego w kwietniu ubiegłego roku.

Czy zamieszanie wokół „Śmierci i dziewczyny” było potrzebne?
To przedstawienie pokazywało stosunek do kobiety, jej uprzedmiotowianie w patriarchalnym kontekście. Ewelina Marciniak wykazała się duża intuicją, przecież od wyborów w roku 2015 ten dziewiętnastowieczny paradygmat kulturowy znowu próbuje zdusić wolność, emancypację i równość. Najlepszym przykładem hipokryzji tego nowego/starego porządku jest zmuszanie kobiet za 4 tys. zł do rodzenia dzieci, które nie mają szans na przeżycie, i trwająca już ponad tydzień akcja protestacyjna w Sejmie rodziców dorosłych dzieci niepełnosprawnych, którym rząd nie ma niczego do zaoferowania. Wicepremier ds. Społecznych Beata Szydło i prezes Jarosław Kaczyński nawet ich do dziś nie odwiedzili. Ale Boga maja dość często na ustach.

Wracając do „Śmierci i dziewczyny”, o wiele mocniejsza, nie tylko moim zdaniem, od scen z dwójką wykonawców porno była ruchoma ścieżka ułożona z nagich ciał aktorów. W naszym kraju ok. 70 procent mężczyzn ogląda pornografię, ale w zaciszu domowym, na ekranie monitora. Sama zapowiedź wzięcia udziału w spektaklu dwojga wykonawców porno rozbudziła falę niezdrowego zainteresowania, podniecenia niemal i hipokryzji.

Nieszczęściem w Polsce jest utożsamienie fikcji teatralnej z życiem. Sztuka służy temu, żeby w jej ramach, w tym cudzysłowie fikcji, naruszać kulturowe tabu, sprawdzać wrażliwość widzów. Ale nie oznacza to, że naprawdę je naruszyliśmy, bo to jest fikcja.

Najlepsze są argumenty tradycyjnie myślących ludzi, którzy powołują się na teatr z czasów starożytnej Grecji. A przecież tamte spektakle traktowały m.in. o kazirodczych stosunkach z matką („Edyp”) i o zabijaniu dzieci („Medea”).  Zgadzam się z Theodorem Adorno, że sztuka powinna dawać zastrzyk chaosu, infekować widzów, próbować wyrwać ich ze świata komercji, półwartości, sztuki popularnej.

Taki jest cel Teatru Polskiego – w podziemiu?
Sztuka, w tym teatr, to sfera aksjologii. Na Międzynarodowy Dzień Teatru przygotowaliśmy  przesłanie zatytułowane „Powinności teatru publicznego”, realizowanego za pieniądze publiczne. Zacytowałem w nim  Mickiewicza, bo nowa władza trochę zabrała nam język, zabrała nam romantyków. Mickiewicz powiedział w czasie wykładu w College de France, że zadaniem dramatu/teatru jest niewolić do działania duchy opieszałe. Czyli teatr ma na widza wpłynąć, zmienić go. Zmusić do działania, myślenia, nowego spojrzenia, rozwoju. Dodał też, że jeżeli sztuka się w komedię, farsę przemienia, tym samym wyrodnieje i zanika. Nie mówię, że powinno się realizować tylko bardzo poważne rzeczy, bo przecież są w „Dziadach” akcenty humorystyczne, ale nie można robić czegoś, co tylko uspokaja ludzi, dogadza im, głaszcze ich ega.

Jak przyciągnąć widzów na te spektakle? Jak sprawić, by nie przychodzili ciągle ci sami widzowie, np. na spektakle Teatru Polskiego – w podziemiu?
Walczymy już drugi rok. Na performansach widzę wiele nowych twarzy.  Teatr Polski – w podziemiu nie jest sformalizowaną instytucją,  ale w jego imieniu działać może Fundacja Teatr Polski – TP dla sztuki założona przez nas parę lat temu.

Teatr to ludzie z pomysłami, ideami, ludzie otwarci na wyzwania artystyczne. Jednak ich zapał często ogranicza patriarchalny i opresyjny model dyrektorski, dyrektora modernistycznego wizjonera, demiurga. Być może nadszedł czas na jego zmianę.  

Na wprowadzenie dyrektora artystycznego?
Gdy wydawało się, że Morawski zostanie odwołany, pojawiła się propozycja, żeby powołać dyrektora – managera, który zajmowałby się finansami. Za sprawy artystyczne odpowiadałaby rada, w skład mogliby wejść Krystian Lupa, profesor Janusz Degler, Paweł Demirski, Paweł Świątek i ja. To zróżnicowane nie tylko wiekowo grono reprezentowałoby różne spektrum wartości, wrażliwości, upodobania estetyczne. Dialog, a nawet spór, w takim zespole mógłby być bardzo inspirujący i ożywczy dla instytucji. Ludzie, którzy starają się opisywać obiektywnie dekadę Mieszkowskiego, nie mogą się pogodzić z wypowiedzianym przez niego zdaniem, że „Teatr to ja”.

Czyli uważał się za wszechwładnego dyrektora?
Tak, ale zaczęliśmy bardzo dobrze. To był świetny teatr.

Czy to był świetny dyrektor?
Nie mogę na niego narzekać jako na dyrektora i kolegę z pracy. Jeszcze trzy lata przed jego odwołaniem było dobrze, a potem zaczęła się powoli materializować stara zasada, że władza psuje… Sukcesy, które przyszły, były przecież sukcesami całego zespołu.

Wydawał duże pieniądze, zatrudniał najlepszych reżyserów i świetnych aktorów. Moim zdaniem mógł bardziej stawiać na młodych reżyserów.
Zatrudnił Świątka i Garbaczewskiego, ale coś jest na rzeczy. Stawiał natomiast na młodych aktorów. Tego nie można mu odebrać. Zadebiutowali u nas m.in. Małgorzata GorolBłażej Michalski. O to dbał.

Pytanie brzmi, czy najlepszy teatr powstaje w kontrze do czegoś?
Na pierwszy rzut oka pewnie tak. Proszę zobaczyć, co się działo w teatrze i kinie do 1989 roku. W PRL-u byli Wajda, wczesny Zanussi, Łazarkiewicz i Holland, a potem nastąpiła cisza. Nie chciałbym, żeby wydawało się, iż uważam, że opresja dała siłę do działania. Ale jestem przekonany, że artysta zawsze powinien być w kontrze do władzy. Niezależnie od tego, czy to władza liberalna, socjalistyczna bądź komunistyczna. Artysta, żeby realizował swoją wolność i zarażał nią ludzi, musi być w kontrze do rządzących. Pójście z władzą pod rękę kończy się dla niego źle.

Proszę zobaczyć, co się stało z „Wycinką”. Po jej premierze pojawiały się głosy, że to przedstawienie środowiskowe, traktujące o aktorach i teatrze. Po dwóch latach okazało się, że to uniwersalne przedstawienie o naszym dzisiejszym świecie, nie tylko w Polsce, ale i w Chinach, Korei, Japonii, Chile, Kanadzie i Brazylii... Wielcy artyści, tacy jak Krystian Lupa, mają intuicję.

A czy „Proces” Lupy nie stał się przez to wszystko paradoksalnie jeszcze ciekawszy?
Żałuję, że nie powstał „Proces” we Wrocławiu. A z drugiej strony, bardzo mi się podoba warszawski „Proces”. Ale to inne spektakle, powstałe na podstawie innych adaptacji i w innej scenografii. Nowy Teatr chciał odkupić od Morawskiego prawa do adaptacji przynależące do Teatru Polskiego. Ale nie sprzedał ich, nawet pieniądze przestały się liczyć, a najważniejszy stał się resentyment. Już jesienią 2018 roku Polski utraci prawa do tej adaptacji…

Czy to złe czy dobre czasy dla teatru?
Dla Teatru Polskiego we Wrocławiu – fatalne.

A dla teatru w ogóle?
Od września jestem związany z Teatrem Żydowskim i chodzę do warszawskich teatrów. Ostatnio byłem na „Neronie” Wiktora RubinaJoli Janiczak w Teatrze Powszechnym. Wcześniej oglądałem „Kilka obcych słów po polsku” Anny Smolar – koprodukcja Teatru Żydowskiego i Teatru Polskiego, i „Ucztę” Garbaczewskiego w Nowym Teatrze. To bardzo dobre przedstawienia, a to tylko trzy przykłady.

Czy we Wrocławiu chodzi pan do teatru?
Przestałem, muszę zacząć chodzić do Współczesnego i do Capitolu.

A Piesń Kozła i Teatr ZAR?
Na ZARZ-e jeszcze nie byłem, ale kibicuję mu. Znam Jarosława Freta, był przez moment moim studentem.

Trochę tych teatrów we Wrocławiu jest.
To, co jest alternatywą teatralną, choć nie używam już słowa „alternatywa”.

Czy Podziemie nie jest taką alternatywą?
No właśnie. Jak porównać Podziemie z Pieśnią Kozła czy ZAR-em? To zupełnie inne sposoby myślenia o teatrze. Tamte teatry można nazwać teatrami antropologicznymi. Są bardziej zainteresowane obecnością człowieka w sytuacji przedstawienia i badają to przy pomocy śpiewu, tańca i ruchu. My poszukujemy w innych rejonach.

Arthur Miller mówił, że nie wyobraża sobie teatru godnego jego czasów, który nie stawiałby sobie na wyzwanie próby zmiany świata.
Absolutnie się pod tym podpisuję. Zasada zmieniania nie tyle świata, co odbiorcy , jest wpisana w „Poetykę” Arystotelesa, to katharsis, oczyszczenie.

Mam już dość tego słowa, jest nadużywane.
Ludzie go nadużywają, ale mówię o nim w kontekście greckim. Teatru nie da się opanować. Teatr ma energię spotkania z żywym człowiekiem. Nawet cenzor nad tym nie zapanuje. Mówiliśmy o roku 68 i zakazie grania „Dziadów”. To wydarzenie było impulsem, który wywołał bunt studentów wykorzystany następnie przez moczarowców. W roku 1830 po obejrzeniu spektaklu „Niema z Portici” w operze mieszkańcy Brukseli ruszyli na barykady i wywalczyli niepodległość dla swojego kraju. Jak mawiał Kantor, do teatru nie wchodzi się bezkarnie. Bo teatr może widza zmienić. Ale nie zrobi tego farsa „Francuska niespodzianka”,  tylko spektakl inicjujący istotny dialog na ważny temat.  Jeśli chodzi o rozrywkę, teatr nie jest w stanie przebić kina, telewizji i internetu.

Jednocześnie chciałbym podkreślić, że nie mówię swoim studentom, żeby nie chodzili do Teatru Polskiego. Zachęcam, żeby sami wyrobili sobie zdanie. Pod koniec kwietnia były pokazywane „Prezydentki” i poprosiłem całą grupę, żeby się na ten spektakl wybrała. Groźne jest natomiast to, że młodzi ludzie mogą nie poznać innego teatru niż ten, który proponuje Morawski na Dużej Scenie. I uznają, że taka jest właśnie sztuka teatru.

Jest też Teatr Współczesny.
To sensowna alternatywa dla Polskiego. Cieszę się bardzo, że w tym teatrze jest Wiesiek Cichy, który został wyrzucony przez Morawskiego. Do Opola przechodzi z kolei Rafał Kronenberger, czyli kolejny aktor, który został zmuszony do odejścia, wcześniej Darek Maj, potem Andrzej Wilk – wyrzucony na emeryturę. Taki sam los czeka, niestety, Wojciech Ziemiańskiego, dla niego też nie ma miejsca w Polskim.

Druga strona mówi, że to nie było wyrzucenie, że ci aktorzy odeszli albo nie chcieli grać.
Morawski zwolnił dwanaście osób, w tym mnie dyscyplinarnie. Od tego nie ucieknie.

Czy próbuje pan zrozumieć drugą stronę?
Oczywiście. We wrześniu poszedłem do Morawskiego i powiedziałem mu, że będę lojalny wobec instytucji. Ale jak można zrozumieć czy znaleźć jakiś sens w tak niekonsekwentnej czy niestabilnej sytuacji, w jakiej Polski i pracujący tam zespół się znajdują? Jak można zrozumieć Monikę Bolly, która rzucała mi się na szyję po „Juliuszu Cezarze”, a teraz opowiada w sądzie takie rzeczy? Jak można zrozumieć Dominikę Figurską, która wyzywa i obraża ludzi, która mówiła fałszywe świadectwo przeciwko Magdzie Piekarskiej? I to wszystko jest podlane głębokim, zgodnie z deklaracjami, katolicyzmem. To dewocja i hipokryzja.

Tymczasem Morawski nie ma ani wizji, ani miękkich umiejętności zarządzania zespołem. Podczas pierwszego spotkania z nami zaczął straszyć.  Wartością tego, co się dzieje na scenie, jest praca tych ludzi. Nawet jeżeli jej nie lubię i mi się nie podoba. Niech grają, jeśli mają publiczność i zgodę władz.  Niestety, publiczności w Teatrze Polskim jest coraz mniej. Świetnie wyposażona i wyremontowana Duża Scena świeci pustkami. Farsy mają swoje życie, a Morawski zbyt często je wystawia. Przypomnę, że Samborski i ludzie przeciwni naszej wizji teatru przywoływali argument,  że to był repertuar dla wąskiej grupy, a był to teatr dla wszystkich, tylko wymagający. Tej publiczności, która przychodziła na „Wycinkę”, „Dziady” w całości, „Courtney Love” czy „Termopile Polskie” nie ma już w Polskim. Wykluczono tych widzów, podatników, obywateli, którym Konstytucja gwarantuje dostęp do kultury. To elitarne, ekskluzywne, wyłączające myślenie o kulturze i sztuce w opozycji do egalitarnego inkluzywnego i włączającego.

Będziecie czekać na odwołanie Morawskiego?
Chciałbym przypomnieć, że ministra Zwinogrodzka oszukała nas. W czasie przynajmniej dwóch spotkań w większym gronie deklarowała, że kiedy zarząd odwoła Morawskiego, to ministerstwo nie będzie się wtrącać. Tymczasem wtrącił się wojewoda. Z całą pewnością była to realizacja zadania z ministerstwa. Ta władza konsekwentnie się kompromituje, odwołuje się do najniższych instynktów, kłamie, niszczy porządek konstytucyjny. Coś, co miało nigdy już się nie zdarzyć, dzieje się na naszych oczach. Żyjemy w państwie, którym rządzi prezes partii, niemający żadnego usytuowania w porządku prawnym, w związku z tym nieponoszący żadnej odpowiedzialności. To jest obraźliwe w XXI wieku i w środku Europy.

Natomiast w urzędzie marszałkowskim marszałkowie Cezary Przybylski, Jerzy MichalakIwona Krawczyk zaczęli na sytuację Polskiego patrzeć naszymi oczyma. Widzą, że to, co robi Samborski w kulturze i nie tylko na Dolnym Śląsku, jest katastrofą.

Możliwości nacisku wyczerpaliśmy, a jedyne, co możemy robić i czego pragniemy, to działać artystycznie. Szukać pieniędzy na realizacje spektakli.

Jak je znaleźć?
Korzystając z grantów zarówno miejskich, jak i marszałkowskich. Na przykład wspólnie z teatrami z Lipska, Portugalii i Hiszpanii złożyliśmy wniosek o europejskie granty na realizacje spektakli o rodzącym się w Europie rasizmie. Może je dostaniemy. 

Męczy mnie natomiast jako podatnika, że Morawski marnuje moje pieniądze na złą sztukę.

Jak pan myśli, na ile on jest cyniczny, narcystyczny, a na ile naprawdę w to wierzy?
To na pewno narcyz, bo ma trudności z nawiązywaniem relacji z ludźmi. To też cynizm. Mówiła o tym Maja Komorowska w filmie, w którym go namawiała, żeby nie objął tej posady. – Przypomnij sobie nasze wartości – apelowała do niego. I na koniec megalomania.

Jak pan myśli, czy on kocha teatr?
Nie, teraz to dla niego lukratywne źródło dochodu. Bardzo kocha siebie w teatrze. Myślę, że daleki jest od tego, o czym pisał Mickiewicz – od poważniejszego, niefarsowego, nie rozrywkowego myślenia o teatrze. Możliwe, że kiedyś myślał inaczej…

Czy jest pan optymistą?
Musimy być optymistami. Chrześcijaństwo jako instytucja nie zabiła teatru, tylko z niego skorzystała, i to dobrze. Teatr średniowieczny zmieniał odbiorców: pogan przerabiał w chrześcijan. To wzmożenie ideologiczne, które teraz przeżywamy w Polsce, nie będzie wieczne, skończy się też ochrona gwarantowana przez urzędników marszałkowskich czy ministerialnych. Historia Teatru Polskiego nie zakończy się na Cezarym Morawskim.

Oceń publikację: + 1 + 44 - 1 - 31

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy Twoim zdaniem Wroclavia została dobrze przyjęta przez wrocławian?





Oddanych głosów: 310