zamknij

Kultura

Piotr Rudzki: "Za destrukcję Teatru Polskiego odpowiadają także urzędnicy" [WYWIAD]

2018-11-26, Autor: Michał Hernes

– To, co artystycznie i finansowo zrobił z Teatrem Polskim Cezary Morawski jest bezczelne i okropne, ale odpowiadają za to też urzędnicy. Tadeusz Samborski od samego początku popierał Morawskiego i wcisnął go do Teatru. Polityce Samborskiego w żaden nie sprzeciwiali się Dominik Kłosowski i Wanda Gołębiowska – mówi nam Piotr Rudzki z Teatru Polskiego – w podziemiu.

Michał Hernes: Jak wygląda sytuacja Teatru Polskiego?
Piotr Rudzki: Trwa procedura wszczęta przez zarząd. Inicjatywa Pracownicza, czyli drugi działający w Teatrze Polskim związek zawodowy, którego przewodniczącym jest Tomasz Lulek, złożyła w Urzędzie Marszałkowskim pismo, w którym popiera decyzję zarządu o odwołaniu Cezarego Morawskiego. Poparł ją nawet Tadeusz Samborski. Trzeba skończyć z artystycznym i finansowym rujnowaniem Teatru Polskiego. Z tego, co słyszałem, Solidarność również wypowiedziała Cezaremu Morawskiemu posłuszeństwo i poparcie. Jego odwołanie to jednak dopiero pierwszy krok. Można to było zrobić dawno temu. Odejście Morawskiego nie rozwiąże i nie uzdrowi sytuacji Teatru. W teatrze najważniejszy jest zespół aktorski i artystyczny, który buduje się bardzo długo.

Reklama

Pytanie brzmi, czy Morawski na pewno zostanie odwołany? Czy nie zostanie to znów przyblokowane?
W świetle tego, co wynika z raportu Najwyższej Izby Kontroli, nie ma takiej możliwości, choć w dzisiejszych czasach możliwe jest wszystko. Trochę boję się dziwnych czasów za kadencji koalicji pod szyldem Prawa i Sprawiedliwości, ale myśląc w kategoriach sprzed dobrej zmiany, minister i wojewoda mają wszelkie przesłanki, by Morawskiego odwołać. Nie można w tak cyniczny sposób zatrzymać człowieka, który wyrzucił ważnych aktorów Teatru Polskiego i jawnie gra na nosie nie tylko im, ale też Teatrowi i samorządowi.  

Zastanawiam się, czy ujdzie mu to na sucho?
Nie jestem mściwy, ale myślę, że do prokuratora powinno zostać złożone zawiadomienie o możliwości popełnia przestępstwa. W prokuratorze trwa zresztą śledztwo w sprawie utrudniania działalności związku Inicjatywa Pracownicza. To, co Morawski zrobił artystycznie i finansowo, jest bezczelne i okropne, ale odpowiadają też za to urzędnicy. Samborski od samego początku popierał Morawskiego i wcisnął go do Teatru. Polityce Samborskiego w żaden nie sprzeciwiał się Dominik Kłosowski, który był zastępcą dyrektorki departamentu spraw społecznych odpowiadającym za teatr, podobnie w pełni ją akceptowała Wanda Gołębiowska, będąca dyrektorką tego departamentu. Od urzędników należy wymagać, żeby wiedzieli, że tak zwane premiery Teatru Polskiego w pierwszym sezonie Morawskiego to były oszustwa. Przykładowo „Bar pod zdechłym psem” w wykonaniu Dariusza Bereskiego miał dawno temu premierę w prywatnym Teatrze Kamienica, a jego reżyserem był Emilian Kamiński, Morawski jedynie się do niego dopisał. W spektaklu Teatru Kamienia nikt nie odpowiadał za jego scenografię, tymczasem Morawski dopisał się jako jej autor i powtórzył pierwotny pomysł. Bereski dokładnie o tym wiedział, a jednak firmował to oszustwo.

Powtórzę: wymienieni przeze mnie urzędnicy są od tego, by takie rzeczy wiedzieć. Samborski to polityk PSL-u myślący w kategorii układu. Do Teatru Polskiego wcisnął jeszcze Marka Perzyńskiego i panią, która od samego początku odpowiada za komunikacje, choć wcześniej nie było w teatrze takiego stanowiska. Samborski doprowadził Teatr Polski do ruiny.

Wydawało mi się natomiast, że sprzeciwi się tej destrukcji młodszy o pokolenia od Samborskiego Kłosowski. Miałem nadzieje, że skoro jest „z lewicy” nie dopuści do tego albo w geście sprzeciwu odejdzie ze stanowiska. Jak się okazało, mówiąc metaforycznie, za dnia był lewicowcem należącym do SLD i pracującym w Radzie Miasta, a nocami w Urzędzie Marszałkowskim niszczył jeden z najbardziej progresywnych teatrów w Polsce. Ci urzędnicy powinni dostać jasny sygnał, że również oni są za tę ruinę odpowiedzialni. Oni są od pilnowania finansów. Nie akceptuję tłumaczenia, że urzędnik o tym nie wiedział albo się tym nie interesował. To cynizm. Kłosowski to takie ucieleśnienie znanej z PRL-u figury partyjnego karierowicza pragmatycznie dążącego do zdobycia i zachowania władzy dla korzyści z niej płynących. Warto pamiętać, że za Samborskiego nie tylko kultura przeżywała na Dolnym Śląsku regres. Narzekały na niego także organizacje pożytku publicznego, wszystkie NGO-osy. Samborski wspierał jedynie niewielką część tego, co można nazwać kulturą ludową – nieautentyczną kulturę cepelii i dancingu.

Kolejne pytanie brzmi, kto zatrudniał Stanisława Górkę i na jakiej zasadzie Samborski angażował go do wszelkich możliwych programów artystycznych, które firmowane były przez Urząd Marszałkowski. Samborski, odpowiadający się kulturą w dużym regonie, ściągał aktora z Warszawy. Tak jakby we Wrocławiu nie było aktorów. Samborski uczynił z kultury dolnośląskiej swój prywatny folwark. To oburzające, że publiczni urzędnicy zapomnieli o tym, że miasto, region i kraj nie są ich własnością. Jak szybko odrodziła się mentalność z PRL-u!

Zwłaszcza, że mówili, że to jest własność Mieszkowskiego.
Wydawało im się, że Krzysztof Mieszkowski zawłaszczył Teatr, a on nigdy nie prosił ich o pieniądze na cele inne niż artystyczne. Tymczasem okazało się, że Morawski dostał dwa miliony złotych więcej dotacji niż jego poprzednik. Nam za czasów Mieszkowskiego brakowało miliona, żeby nie mieć długu. Teatr za kadencji Morawskiego z dwoma milionami wciąż jest zadłużony. Co Samborski z Kłosowskim i Gołębiowską zrobili w tym zakresie? Dlaczego na to pozwolili? Dlaczego pozwolili, żeby Teatr Polski zatrudnił aktorów, którzy ostatni raz byli na scenie 15 lat temu? Dlaczego pozwoli na to, żeby żona Morawskiego, Anna Zagórska, która ostatni raz wystąpiła w teatrze publicznym w 1993 roku, we Wrocławiu była gwiazdą grającą gościnnie? Oznacza to, że za przygotowanie roli dostała zapewne jeszcze większe pieniądze, niż zapłacił sobie Morawski. Pewnie większe pieniądze otrzymywała za granie. O tym Samborski powinien wiedzieć. Podobnie Kłosowski i Gołębiowska. Dlaczego to tolerowali? A przed końcem kadencji Mieszkowskiego regularnie atakowali Teatr za długi.

A także o tym, jak drogim przedsięwzięciem były „Xięgi Schulza”.
Nie widziałem tego spektaklu, ale znam twórczość Jana Szurmieja. Wiem, że ma dobry warsztat i potrafi robić spektakle. To jednak dziwne, że teatr, który jest tak zadłużony, wystawia przedstawienie, w którym na 32 osoby, które pojawiają się na scenie, tylko 8 jest etatowych. Morawski wszystkim współtwórcom, jak słyszałem, zapłacił bardzo duże honoraria. I znowu: gdzie byli Samborski, Gołębiowska i Kłosowski?

My rozstawaliśmy się z Teatrem w momencie, kiedy Krystian Lupa zaczął próby do „Procesu”. Ten spektakl dwa tygodnie był grany w Paryżu, później we Włoszech, a teraz będzie pokazywany w Dreźnie. Teatr jest stworzony właśnie w tym celu, a nie do tego, żeby  Morawski, Zagórska i na przykład Stanisław Melski zarabiali niewspółmierne do talentu i dorobku artystycznego pieniądze, a przy okazji zaspokajali swoje artystyczne wyobrażenia o sobie.

Niedawno „Bracia Karamazow” gościli na festiwalu w Rosji.
Nie mam czasu, żeby to sprawdzić, ale myślę, że wystarczyłoby zadzwonić do rosyjskich organizatorów tego wydarzenia i zapytać ich, jak wygląda procedura wyboru i dopuszczania tam spektakli. Pytanie brzmi, czy przyjechali do Wrocławia i zachwycili się „Braćmi Karamazow”, a potem zaprosili ten spektakl na swój festiwal. Warto sprawdzić, czy nie wygląda to przypadkiem tak, że zgłasza się na festiwal spektakle, opłacając cały pobyt i przejazd. Być może to kolejny element do tej układanki i tego, jak zarabia się w Teatrze Polskim nienależne sobie pieniądze i próbuje się pompować balony, które nie mają absolutnie żadnego uzasadnienia w rzeczywistości. Ale to tylko przypuszczenia.

Nie mam nic do Dominiki Figurskiej jako aktorki, ale możliwe, że czuje nieświadomie, co może się stać w Teatrze Polskim i dlatego została radną w sejmiku mazowieckim. Przypomnę, że gdy jest się radnym, to pracodawca nie może tej osoby zwolnić ani wysłać na bezpłatny urlop. To prawdziwa hipokryzja Dominiki, która z jednej strony powołuje się na katolicyzm, a z drugiej pragmatycznie zachowała sobie etat. Na dodatek od lat mieszka w Konstancie pod Warszawą, nie mając nic wspólnego z Wrocławiem. Zachowała sobie jednak etat, żeby co miesiąc wpływały pieniądze, a jednocześnie będzie radną. Zastanawiam się, jak często będzie uczestniczyć w obradach tej rady. Przepraszam bardzo, jesteśmy dorosłymi ludźmi i trzeba się na coś decydować. To bardzo smutne i ma to – niestety – wpływ na młodych ludzi. Żyjemy w czasach, w których ludzie stali się świadomie nieodpowiedzialni, a przykłady idzie z góry – premier i minister kultury kłamią z uśmiechem na ustach. Minister Piotr Gliński, który jest jednocześnie profesorem uniwersyteckim, podpisał umowę z festiwalem Malta, z której się nie wywiązał.

Albo z festiwalem Dialog - Wrocław.
Wiceministra Wanda Zwinogrodzka w 2016 roku mówiła do przedstawicieli Inicjatywy Pracowniczej, że jeżeli Urząd Marszałkowski odwoła Morawskiego, to minister nie będzie miał nic przeciwko temu. Kłamała! Ta sama minister Zwinogrodzka też jest przekonana, że jest prawa, konserwatywna i kieruje się tradycyjnymi wartościami. Gdzie są te tradycyjne wartości? Tradycyjnie to mógłby człowiek nie kłamać. A jeżeli już skłamał, to za to przeprasza.

To jest okropne, że oni nie zdają sobie sprawy, że brak odpowiedzialności za to, co się mówi i czego się podejmuje, przechodzi na młodsze pokolenia. Skoro tak ważny urzędnik może kłamać, skoro prezydent może mówić o żarówkach jako jednym z najważniejszych problemów, jakie ma Polska w Unii Europejskiej, to – na Boga – w jakim kraju żyjemy?

Cezary Przybylski chce odwołania Morawskiego. To chyba dobrze, że wciąż jest marszałkiem?
Jeśli chodzi o koalicyjne sprawy, nie lubię hipokryzji, kupczenia i tego całego politycznego targu. Jednak, biorąc pod uwagę interes Teatru Polskiego ważne było, żeby Cezary Przybylski pozostał marszałkiem, bo zna dobrze kwestię Polskiego. Najczęściej jest tak, że po wyborach przychodzą nowi marszałkowie, nowi urzędnicy i nowi dyrektorzy departamentów, którzy nie wiedzą niczego konkretnego na przykład o specyfice działalności teatrów. Marszałek Przybylski wie już natomiast, na czym polega praca teatru. Wie, jakie są priorytety i że to nie jest fabryka gwoździ, a wartość tej instytucji zależy od ludzi, którzy tam pracują, nie zaś od tego, żeby ona po prostu tylko działała. Teraz Teatr działa, no i co z tego? Pracownicy z pracowni technicznych siedzą w Teatrze i nic nie robią, bo nie będzie żadnych premier w najbliższej przyszłości. Czy tak wygląda ekonomiczne myślenie?

Bardzo chciałem, by Cezary Przybylski pozostał marszałkiem. Być może jestem idealistą, ale wydaje mi się, że nasze spotkania z nim i innymi urzędnikami Urzędu Marszałkowskiego odniosły taki skutek, że wyedukowaliśmy ich trochę w dziedzinie teatru. Podobnie jak wyedukowaliśmy wspaniałych sędziów sądu pracy, którzy byli naprawdę tym wyraźnie zainteresowani. Czyli ta pozytywistyczna idea szerzenia wiedzy jakoś się udała się.

Analogicznie bardzo dobrze się stało, że prezydentem został Jacek Sutryk, który dzięki latom pracy w urzędzie miejskim na stanowisku dyrektora departamentu ds. społecznych wie, czego potrzebują i jak funkcjonują instytucje kultury.

Pytanie, jak będzie z konkursem?
Myślę, że minister i ministra będą nalegać na jego zorganizowanie. Mam nadzieje, że marszałkowi będzie zależało nie tylko na tym, żeby odwołać Morawskiego, ale też, żeby przywrócić Teatrowi rangę i wartość. Chodzi nie tylko o zwolnienie Morawskiego, ale o to, żeby Teatr znów służył temu, czemu ma służyć. Marszałek może bez żadnej zgody z ministerstwa powołać p.o. dyrektora nie tylko do końca sezonu, w ramach którego nastąpi odwołanie poprzednika, ale do zakończenia następnego sezonu. Gdyby tak się stało po zwolnieniu Morawskiego, półtora roku to byłby czas, żeby Teatr skierować na właściwe, artystyczne tory.

Kto powinien zostać dyrektorem i kandydować na to stanowisko?
Nie chcę nikogo spalić, ale są znający ten Teatr ludzie, którzy podjęliby się takiego zadania. Nie myślą o trwałym związku z Teatrem, ale czują odpowiedzialność za instytucję. Urząd Marszałkowski zna zresztą te nazwiska.

Czyli Urząd Marszałkowski może pomóc we wskazaniu tych nazwisk?
Absolutnie. Jeżeli marszałkowi będzie zależało na tym, żeby nadać teatrowi rangę i żeby nie było to tylko jednorazowe odwołanie Morawskiego, to myślę, że powinien poważnie to przemyśleć. Kto wie, może za półtora roku będą wybory i może zmieni się władza centralna, a wtedy zrobi się normalniej, a nie dobro-zmianowo.

Może nie będzie w takim razie ustawionego konkursu?
Mam taką nadzieję, że jeśli zostanie ogłoszony konkurs, to będzie przejrzysty, a reprezentanci ministerstwa kultury i Urzędu Marszałkowskiego będą głosowali zgodnie z kwalifikacjami kandydatów. W pierwszej odsłonie tego konkursu jedynymi ludźmi z 9 członków komisji konkursowej, którzy znali się na teatrze jako instytucji, byli Krystian Lupa, Paweł Łysak, i ja. W drugim konkursie był Krystian Lupa, ja i reprezentantka Stowarzyszenia Teatralnego Szaniawski. To stowarzyszenie zostało założone wtedy, kiedy Samborski próbował umieścić Morawskiego w wałbrzyskim teatrze. Samborski do drugiej odsłony konkursu nie zaprosił Łysaka jako reprezentanta stowarzyszenia dyrektorów, bo wiedział, że Łysak będzie przeciwko Morawskiemu. Samborski zaprosił więc przedstawicielkę Stowarzyszenia Teatralnego Szaniawski, która zagłosowała tak samo jak Lupa i ja, czyli za jedynym rozsądnym, znającym Teatr Polski i legitimizującym się wiedzą i dobrym programem kandydatem.

Czy w Teatrze Polskim powinno się postawić na dyrektora wraz z dyrektorem artystycznym?
To dłuższa tradycja, która bardzo dobrze się sprawdza np. w teatrze niemieckim, gdzie jest dyrektor ekonomiczno-organizacyjno-finansowy i osoba pełniąca funkcję kierownika albo dyrektora artystycznego. Bardzo trudno znaleźć kogoś, kto zna się jednocześnie na finansach, organizacji i ma na tyle dobre relacje w świecie teatralnym i na tyle się na teatrze zna, że byłby gwarantem, że do teatru przyjdą interesujący twórcy. Pamiętam okropne uwagi otoczenia Samborskiego przed konkursem, gdy mówiliśmy mu, że Krystian Lupa nie przyjdzie do teatru, w którym dyrektorem jest Morawski. Słyszeliśmy: „Da mu się odpowiednie pieniądze, to przyjdzie”. Lupa nie przyszedł i nie ma takich pieniędzy, które by go do tego skłoniły. Nie przyjdzie Monika Pęckiewicz, Anna Smolar, Wiktor Rubin, Łukasz Twarkowski czy Krzysztof Garbaczewski. Nie przyjdą wszyscy, którzy mówili, żeby Morawski odszedł. Nie rozumieją tego ludzie, którzy funkcjonują poza środowiskiem teatralnym.

Czy jest szansa na fuzję Teatru Polskiego – w podziemiu i Teatru Polskiego?
To jest jedno z naszych marzeń, ale dla mnie najważniejsze są próby w Warszawie i to, że 7 marca 2019 roku w nowym Centrum Kultury PIEKARNIA we Wrocławiu będziemy mieli kolejną premierę. Nie jest tak, że chcemy wrócić do Teatru i współpracować z nim, żeby zarobić pieniądze. Wracając do pytania – wyobrażam sobie w marzeniach, i nie tylko ja, że Teatr Polski – w podziemiu stanie się sceną debiutu przeznaczoną dla nieodkrytych talentów ze środowisk artystycznych i spoza nich. Byłaby to scena otwarta na to, co jest podziemiem Kantorowskim, związanym z uprawianiem teatru artystycznego.

Na to też trzeba mieć pieniądze.
Pytanie zasadnicze, czy w związku z koalicją, która zawiązała się w sejmiku, uda się doprowadzić do tego, co zapowiadał prezydent Jacek Sutryk, czyli żeby miasto weszło finansowo i organizacyjnie w Teatr Polski we Wrocławiu. W końcu to wrocławski Teatr. Swego czasu Teatr Polski przeszedł pod region, a potem dołączyło ministerstwo i wyszedł z miasta, bo region miał większe pieniądze, a miasto miało za małe fundusze, żeby ta instytucja funkcjonowała. Wydaje mi się, że Wrocław jest bogatszy niż region Dolnego Śląska. Nazwa miasta jest nawet w nazwie Teatru. Normalne i naturalne byłoby więc, żeby Teatr Polski we Wrocławiu był organizowany i finansowany przez Dolny Śląsk i przez Wrocław. Myślimy o Teatrze jako o centrum kultury, którego ministerstwo byłoby mniejszościowym udziałowcem, a nie bezpośrednim przełożonym z możliwością ingerencji, jak zrobił to półtora roku temu wojewoda Paweł Hreniak, gdy zarząd odwołał Morawskiego. Chodzi o to, by stworzyć bezpieczne ramy prawne i organizacyjne dla instytucji, żeby na los instytucji kultury nie wpływało widzimisię polityków czy urzędników.

Prowadzone przez miasto teatry w Warszawie mają się dobrze – mają zagwarantowany byt i mogą się starać o programy ministerialne. Natomiast teatry, które są współprowadzone i współfinansowane przez ministerstwo, nie mogą się ubiegać o żadne programy w ministerstwie.

Mam nadzieje, że po wyborach parlamentarnych profesor Gliński przestanie być ministrem kultury i zastąpi go ktoś otwarty, kto będzie promował kulturę polską, a nie tylko jej część nakierowaną jedynie na tak zwany patriotyzm i tak zwany katolicyzm. Moim zdaniem nie ma to nic wspólnego ani z katolicyzmem, ani  patriotyzmem. Rządy PiS-u, tak zwanej dobrej zmiany, pokazują powrót do przeszłości i to, jak bardzo skompromitowała się kultura XIX-wieczna oparta na schemacie, funkcji, rolach społecznych, separacji, wyłączaniu.

Czyli to była zła kultura?
Ona była dobra na tamten czas, ale w XX wieku awangarda próbowała to zmienić. Są ludzie, którzy mentalnie tkwią w XIX wieku. Ta kultura dawała nieosiągalną i absolutnie fałszywą obietnicę: „jak dorośniesz, to się dowiesz”. To tak nie działa. Jeżeli sam się nie rozwiniesz, to niczego się nie dowiesz, pozostając na poziomie schematów proponowanych przez tę kulturę. Obecnie proponuje ona pójście dalej, ale jeżeli w Polsce tego nie zrobimy, to pozostaniemy na poziomie, który oferują nam ministrowie Zwinogrodzka, Gliński i Jarosław Sellin. To byłaby totalna katastrofa. PiS rządzi czwarty rok. Mieli trzy lata na przygotowanie tego, co od samego początku nazywali wielkimi obchodami stulecia niepodległości. Tak bardzo się oburzali na słowa o państwie z kartonu i papieru, tymczasem to właśnie ich rządy dowodzą, że to państwo faktycznie takie jest. Nie są w stanie wykonać czegoś ważnego, co wymaga inwencji, kreatywności i organizacyjnego pomysłu.

Mieszkowski wycofał się z walki o Teatr Polski. Czy postąpił właściwie?
Moim zdaniem decyzja Krzysztofa Mieszkowskiego, żeby tak bardzo się w to nie angażować, zapadła trochę za późno. Liczyliśmy i ciągle liczymy na jego wsparcie jako posła, ale nie medialne akcje typu wysyłanie listów protestacyjnych, bo poseł i polityk ma inne możliwości działania. Jego krok do tyłu jest słuszny, jeżeli pójdą za nim zakulisowe i kuluarowe rozmowy z tymi, z którymi da się prowadzić dialog, nawet spór. Z pewnością są w szeregach PiS-u rozsądni ludzie, z którymi można rozmawiać. Nie można się na nich obrazić, bo wtedy nie ma przestrzeni na dialog, na czujny dialog. Mam na myśli nie tyle hasło-tytuł ostatniej księgi „Pana Tadeusza”: „Kochajmy się”. Wystarczy, że będziemy się szanować.

Czy skonfliktowani aktorzy Teatru Polskiego są w stanie się dogadać?
Myślę, że ludzie, którzy przyszli do Teatru po 2016 roku, wiedzieli, w co wchodzą, i będą mieli w sobie na tyle przyzwoitości, żeby odejść. Jeśli chodzi o tych, którzy zostali i wspierali Morawskiego, to mój idealizm ma swoje granice. Nie wierzę, żeby Stanisławowi Melskiemu czy Monice Bolly udało się wyplątać z hipokryzji, w którą wpadli. Chociaż chciałbym się mylić. Ale to ich problem. Nowy dyrektor jakoś  będzie musiał sobie z tym poradzić.

Jeżeli ci aktorzy będą w stanie zostawić swoje mocno dzielące ludzi przekonania w szatni, w garderobie i będą odpowiedzialnie pracować artystycznie, wszystko jest możliwe. Najlepszym przykładem jest Ewa Dałkowska w Nowym Teatrze – osoba absolutnie konserwatywna, która wspiera PiS, ale jest świetną aktorką. Oczywiście, mam do niej żal o to, że – przepraszam za to, co powiem – nie jest mądrym człowiekiem. Tak jak – zachowując wszystkie proporcje – Martin Heiddeger był absolutnie wybitnym filozofem i jednym z najwspanialszych myślicieli XX wieku, ale jego akces do faszyzmu, wstąpienie do NSDAP i antysemickie wypowiedzi dla mnie dyskwalifikują go jako człowieka.

Ciekawe, ilu aktorów wróci.
To bardzo trudne i smutne pytanie. Teatr opiera się na zespole aktorskim. Mam nadzieje, że kilkoro aktorów wróci. Żeby tak się stało, muszą poczuć, że znów jest to miejsce, w którym dzieje się sztuka i w którym mogą realizować się artystycznie.

Czy jest pan optymistą, jeżeli chodzi o przyszłość Teatru Polskiego?
Jestem trudnym optymistą, nie tylko myśląc o Teatrze Polskim, ale też o różnych wymiarach życia społecznego. Nie daję sobie zakryć ciemną stroną części jasnej i pozytywnej. W tej ciemnej kryje się też jasna i odwrotnie. Świadomość tego, że jestem dobry i zły, że rzeczywistość może być dobra i zła, pozwala nam zmieniać ją tak, żeby była bardziej pozytywna.  

Może Cezary Morawski również jest dobry i zły?
U niego wygrało cyniczne zło. Pamiętam, co powiedział Krystian Lupa, gdy zaczęły się rządy Morawskiego. Nie chciał się spotkać z Morawskim, bo jest osobą empatyczną i gdyby się z nim spotkał, to zrobiłoby mu się go szkoda i poszedłby mu na rękę. Tak mają ludzie posiadający w sobie empatię. Morawski jest jej pozbawiony. Możliwe, że ma w sobie empatię klanową i rodzinną. Nie dał jednak żadnego dowodu na to, że ma takie uczucia wobec ludzi spoza klanu.

Czy pokłada pan nadzieje w ministrze Glińskim?
Już raczej nie wierzą w jego pozytywną zmianę. Ktoś, kto dokonał wolty z pozycji profesora socjologii zajmującego się społeczeństwem obywatelskim do tego, kim jest w życiu społecznym teraz, będzie bronił siebie i „klanu” twardo, robiąc ewentualnie wyjątki dla najbliższej rodziny. I nie mam na myśli jego brata Roberta, reżysera filmowego. Tu nadziei specjalnej nie ma. Proszę zobaczyć, co właśnie robią Zwinogrodzka i Gliński w Instytucie Teatralnym w Warszawie – świetnie prowadzonym przez Dorotę Buchwald, która jest popierana i z prawa, i z lewa. Tymczasem Gliński wraz ze Zwinogrodzką ogłosili konkurs na dyrektora Instytutu Teatralnego po jednej tylko kadencji Buchwald! Po co? Żeby zniszczyć Instytut? Żeby przestał być żywym miejscem dialogu? Talent, pracowitość, wytrwałość, otwartość etc. nie idą w pakiecie z określonymi poglądami politycznymi, z konkretną ideologią. Przez te już ponad trzy lata tzw. dobrej zmiany jakoś nie objawił się wybitny artysta prawicowo-patriotyczno-katolicko-tradycyjny czy minister, czy urzędnik niższego szczebla, czy ambasador RP, czy dyrektor? „Gdzie oni są?” – można by zacytować w tym kontekście frazę Grzegorza Ciechowskiego.

Może w Teatrze Polskim się uda i będzie inaczej…
Naprawdę w to wierzę. Ludwik Flaszen powiedział kiedyś: „jesteś synem kogoś”. Chodzi o myślenie o tym, że przed tobą byli inni ludzie – twórcy i dyrektorzy. To siła, która cię wspiera, ale też wyzwanie dla ciebie, żeby im dorównać. Patrząc na polską historię gmachu przy Zapolskiej, czyli od 1945 roku, warto przypomnieć, że zaczynał tam Teofil Trzciński, czyli człowiek, który w dwudziestoleciu międzywojennym wprowadził do teatru Stanisława Ignacego Witkiewicza. Dyrektorami po Trzcińskim byli tam przecież także Krystyna Skuszanka, Wilam Horzyca, Zygmunt Hübner, Jerzy Grzegorzewski czy Jacek Weksler. Trzeba im dorównać, ale też ich przekroczyć. Chyba że po sezonie skupowania przez Morawskiego spektakli z prywatnych teatrów, następnym, w czasie którego Morawski konstruował obsady tak, że w większości grali aktorzy gościnni, nastąpi czas sprywatyzowania teatru! To jest droga Morawskiego. Wierzę, że wrocławianie, Dolnoślązacy, prezydent, marszałek i koalicja do tego nie dopuszczą.

Teraz najważniejsze jest, aby pełniącym obowiązki dyrektora została osoba, która przeprowadzi Teatr Polski przez najtrudniejszy w jego historii moment. Trzeba, żeby na to stanowisko trafił ktoś zdeterminowany, znający Teatr od podszewki i skupiony na pracy, a nie na własnej karierze. Pierwszą decyzją powinno być umożliwienie powrotu do pracy ludziom zwolnionym niesłusznie przez Morawskiego oraz wszystkim, którzy przez niego musieli odejść. Potem audyt Teatru i, jeżeli okażą się konieczne, kroki prawne przeciwko byłemu już na szczęście dla Wrocławia i Dolnego Śląska dyrektorowi Polskiego.

SPROSTOWANIE

– Nieprawdziwa jest informacja podana w artykule (…), jakoby w 2016 r. wiceminister Wanda Zwinogrodzka miała powiedzieć, że minister kultury nie będzie oponował, jeśli Urząd Marszałkowi odwoła dyrektora Morawskiego – tłumaczy Anna Pawłowska – Pojawa, dyrektor Centrum Informacyjnego Ministerstwa Kultury. – Dyrektor samorządowej instytucji kultury powołany na czas określony, może być odwołany tylko w sytuacji spełnienia przynajmniej jednej z przesłanek wymienionych w art. 15 ust. 6 Ustawy o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej. Ponieważ decyzja o odwołaniu dyrektora Morawskiego z kwietnia 2017 r. nie spełniała żadnej z przesłanek ustawowych, minister, działając zgodnie z prawem, negatywnie zaopiniował zamiar odwołania ówczesnego dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu – dodała.  

– To słowo przeciwko słowu – mówi Piotr Rudzki. – A to pierwszy powód z ustawy, zgodnie z którymi ministra mogła już wtedy odwołać Morawskiego: "4) w przypadku odstąpienia od realizacji umowy, o której mowa w ust. 5" (art. 15, pkt 6). Umowa oznacza w przypadku dyrektora Teatru plan pracy artystycznej, którego Morawski nie realizował! A do czego był zobowiązany – dodał przedstawiciel teatralnego Podziemia.

Oceń publikację: + 1 + 25 - 1 - 29

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy jesteś zadowolony z sondażowych wyników wyborów parlamentarnych 2019?





Oddanych głosów: 179