zamknij

Sport i rekreacja

Druga strona medalu: Marcin Robak (odc. 20)

2017-09-13, Autor: Andrzej Gliniak

Kolejnym rozmówcą Andrzeja Gliniaka w "Drugiej stronie medalu" jest Marcin Robak. Piłkarz, który pochodzi z Dolnego Śląska, a do Wrocławia trafił dopiero po kilkunastu latach kariery. Bardzo bogatej kariery, bo niejednokrotnie był królem strzelców polskiej ekstraklasy i występował też w narodowej reprezentacji. Potrafił również w jednym spotkaniu strzelić aż pięć goli!

Reklama

Temat gry dla Śląska przewijał wcześniej już kilkukrotnie. W końcu się udało i chyba lepiej późno niż wcale.
Cieszę się, że wreszcie tu jestem. Jeszcze jako młody chłopak chodziłem na mecze Miedzi Legnica, której kibice przyjaźnią się z fanami WKS-u. Sympatię do zielono-biało-czerwonych barw miałem więc w sercu od zawsze. Do tej pory jednak Wrocław odwiedzałem głównie w celach towarzyskich. Teraz to się zmieniło i mam nadzieję, że pokażę się z jak najlepszej strony. Tym bardziej, że klimat sprzyja. Piękne miasto, nowoczesny stadion, świetni kibice. Nic tylko grać, strzelać gole i wygrywać.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Od początku miałeś swoje cele i marzenia, które krok po kroku konsekwentnie realizowałeś.
Każdy ambitny człowiek chce się rozwijać. Nie lubię stagnacji. Już grając w Miedziance myślałem o występach w ekstraklasie. Kiedy już znalazłem się w najwyższej klasie rozgrywkowej, celem była walka o jak najwyższe lokaty, udział w europejskich pucharach, a wreszcie zdobycie mistrzostwa. Tego ostatniego nie udało mi się jednak nigdy zrealizować.

Wielkiego pecha miałeś do Pucharu Polski.
Na moje potrzeby trzeba będzie chyba parafrazować znane powiedzenie, że jednak do... czterech razy sztuka (śmiech). Aż trzy razy grałem w finale, ale nigdy nie udało mi się zdobyć trofeum. Pierwszy raz przegrałem jako zawodnik Korony. W Bełchatowie ulegliśmy Dyskoboli Grodzisk Wielkopolski. Osiem lat później grając w barwach Lecha Poznań ulegliśmy Legii Warszawa. Mecz na Stadionie Narodowym oglądało prawie 50 tysięcy widzów. Niesamowita atmosfera. Najbardziej przeżyłem jednak porażkę w tegorocznym finale w Warszawie z Arką Gdynia. Kolejorz był zdecydowanym faworytem do zwycięstwa. Niestety po dogrywce lepsi byli nasi rywale.

Dla każdego piłkarza marzeniem jest gra w reprezentacji.
Z orzełkiem na piersi udało mi się wystąpić dziewięciokrotnie. Zadebiutowałem przeciwko Danii na turnieju o Puchar Króla Tajlandii. Już w drugim meczu zdobyłem gola. Graliśmy z gospodarzami imprezy. Wygraliśmy 3:1 a ja strzeliłem swoją jedyną bramkę w kadrze.

Napastnika rozlicza się ze strzelonych goli. Dwukrotnie zostałeś królem strzelców polskiej ekstraklasy.
W karierze strzeliłem ponad 150 bramek. Najlepszy mecz pod względem skuteczności rozegrałem w Pogoni Szczecin. Naszym rywalem był Lech Poznań. Wygraliśmy 5:1 a ja strzeliłem wszystkie pięć goli. Złotymi zgłoskami zapisałem się w prawie 70-letniej historii klubu. Nikt w zespole Portowców nie zdobył do tej pory w jednym meczu tylu bramek. Stałem się jednocześnie trzecim w XXI wieku piłkarzem z takim osiągnięciem w Ekstraklasie. Futbol bywa jednak przewrotny. Rok później gole strzelałem juz dla Kolejorza (śmiech).

Twój jubileusz w ekstraklasie też wypadł okazałe.
Z okazji setnego meczu trafiłem hat-tricka w barwach Pogoni przeciwko... Piastowi Gliwice w którym wcześniej grałem. Zresztą trzy gole w barwach Portowców zdobyłem także w wygranym meczu 3:0 z GKS-em Bełchatów.

Śląskowi też nie odpuściłeś.
Jako zawodnik Widzewa wygraliśmy w Łodzi z WKS-em 5:2. Udało mi się zdobyć trzy gole.

Twoim mocnym punktem są rzuty karne.
Niemal w każdej drużynie jestem wyznaczany do strzelania jedenastek jako pierwszy. Tak samo jest w Śląsku Wrocław. Powiedzmy, że mam nerwy ze stali (śmiech). A tak na poważnie z "wapna" mylę się bardzo rzadko. Często bramkarze próbują mnie dekoncentrować i pytają czy będę strzelał  w ten sam róg co zwykle. Potem jednak nie jest już im tak do wesoło, bo z reguły wyciągają piłkę z siatki.

Przeciwko któremu obrońcy grało Ci się najtrudniej?
Bardzo wymagającym defensorem jest Arkadiusz Głowacki. Jest silny, nieustępliwy i lubi grać wślizgiem, często na kontakcie z zawodnikami. Twardy orzech do zgryzienia.

Napastnik, którego podziwiasz?
Zlatan Ibrahimovic. Zresztą Manchester United, w którym obecnie występuje to jedna z moich ulubionych drużyn. Zacząłem im kibicować od niesamowitego finału z 1999 roku w Barcelonie, kiedy odwrócili losy meczu i w doliczonym czasie po golach Sheringhama i Solskjaera zdobyli puchar Ligi Mistrzów.

Dwa sezony spędziłeś nad Bosforem, w Turcji.
Turcja to wyjątkowe miejsce. Życie jest tutaj specyficznie a do pewnych zachowań trzeba się po prostu przyzwyczaić i je zaakceptować. Każda dziedzina życia rządzi się swoimi prawami. Dwie, a nawet trzy osoby pędzące na skuterze to absolutnie normalny widok. Policjanci zupełnie nie reagują. Kiedy jednak nie masz zapiętych pasów momentalnie grozi Ci mandat. Wszechobecne, nagminne używanie klaksonów też nikogo nie rusza. No, może poza obcokrajowcami. Grając w Konyasporze wracaliśmy kiedyś z treningu z Mariuszem Pawełkiem. Pewien Turek, miejscowy kibic, rozpoznał nas i kilka razy zajeżdżał nam drogę, chcąc zrobić sobie zdjęcie. Na jednym ze skrzyżowań, podczas postoju na światłach Mario nie wytrzymał i doszło do ostrej wymiany zdań. Skończyło się tylko na słowach. Nie minęło kilka dni, a Mariusz przyjechał na trening z podrapaną twarzą. "Zaciąłem się przy goleniu" - mrugnął porozumiewawczo okiem.

Tamtejsi kibice uważani są za specyficznych.
To fanatycy, choć nigdy nie miałem z nimi problemów. Przez cały pobyt nad Bosforem obyło się bez charakterystycznych w przypadku słabej gry rozmów dyscyplinujących. Przeciwnie. Kiedy Konyaspor walczył o utrzymanie, przed decydującymi meczami  na trening lub pod hotel przychodziło kilka tysięcy fanów i mobilizowało nas swoim głośnym śpiewem. Na ważniejsze mecze przychodziło ponad 20 tysięcy kibiców. Tworzyli gorącą atmosferę. Niestety spadliśmy do drugiej ligi. Po zakończeniu sezonu podpisałem roczny kontrakt z ekstraklasowym Mersin. Po pół roku jednak wróciłem do Polski z powodu nie wywiązywania się klubu z warunków umowy.

Mało mówisz w mediach o swoim życiu prywatnym. Mało kto wie, że łatwo nie było.
Mój tata popełnił samobójstwo, kiedy miałem zaledwie dwadzieścia lat. Mama zmarła na raka. Wiedziałem, że choruje ale nie przypuszczałem, że jest tak fatalnie. Tragiczną wiadomość otrzymałem na zgrupowaniu przed meczem z Pogonią w Szczecinie. Byłem wtedy piłkarzem Korony. Długo wahałem się czy wystąpić. W końcu zdecydowałem, że wyjdę na boisko. Zagrałem dobry mecz i zdobyłem dwa gole, które zadedykowałem mamie. Niedawno straciłem też ukochaną babcię. W trudnych chwilach zawsze wspierała mnie jednak żona Patrycja. Zawsze mogę na nią liczyć. Mam także ukochanego synka Antosia. Rodzina jest dla mnie najważniejsza.

Partnerem cyklu jest renomowana włoska restauracja Ristorante Liberta 7 na Placu Wolności 7 we Wrocławiu.

Oceń publikację: + 1 + 6 - 1 - 1

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Kto zawinił w wypadku tramwaju przy Dolmedzie?




Oddanych głosów: 429