zamknij

Sport

Kapitalna postawa WKS-u. Koszykarski Śląsk w piorunującym stylu wygrywa Świętą Wojnę z Anwilem!

2021-01-19, Autor: Bartosz Królikowski

Kapitalny pokaz siły i to w takim meczu. Koszykarze Śląska Wrocław nie dali najmniejszych szans Anwilowi Włocławek w Hali Orbita, triumfując w Świętej Wojnie aż 107:77. To trzeci z rzędu mecz WKS-u, gdy przekraczają granicę 100 pkt.

Odkąd Śląsk Wrocław powrócił na poziom koszykarskiej ekstraklasy, wrocławianom nie udało się jeszcze wygrać w Świętej Wojnie. Choć faktem jest, że nie grali jej od tego czasu na własnym parkiecie, bowiem w zeszłym sezonie ów mecz „pożarł” koronawirus. Tym razem COVID również namieszał, bo ten mecz miał być planowo pod koniec grudnia, ale kwarantanna w zespole Anwilu wymusiła jego przełożenie. Tak czy inaczej, Święta Wojna we Wrocławiu doszła wreszcie do skutku. WKS chciał powrócić na ligowe podium, z którego spadł przez dwa zaległe mecze i zrewanżować się Anwilowi za porażkę we Włocławku. Dla wrocławian było to także pierwsze z aż sześciu domowych spotkań z rzędu.

Reklama

Pierwsza kwarta była absolutnym popisem Śląska. Widać było po nich determinację, żeby wygrać wreszcie Świętą Wojnę i od początku to pokazywali. WKS grał szybciej, szczelnie w defensywie oraz bardzo skutecznie. Z bardzo dobrej strony pokazał się Ben McCauley, którego celne rzuty przyczyniły się do szybkiego prowadzenia wrocławian 11:4. Niemalże z każdą akcją przewaga Śląska rosła. Trafiali prawie wszystko. Dość powiedzieć, że pierwszą kwartę zakończyli na skuteczności aż 85%. Grą ofensywną dowodził niespodziewanie Mateusz Szlachetka, który zdobył aż 7 pkt w tej części meczu. Anwil nie miał zbyt wiele do powiedzenia, regularnie myląc się chociażby w rzutach za trzy. Efekt przyniosło to taki, że już po pierwszej kwarcie Śląsk prowadził 32:12.

W kolejnej kwarcie już tak kolorowo nie było. W grę WKS-u wkradło się kilka dość głupich strat i pomyłek w rozegraniu. Anwil dzięki temu zaczął odrabiać straty, doprowadzając nawet do wyniku 43:32. To wciąż rzecz jasna było dużo, ale Śląsk potrzebował odzyskania koncentracji, aby nie pozwolić rywalom na rozkręcenie się. WKS miał na swoje szczęście trójki, którymi w ostatnich meczach zdziałał wiele dobrego. Elijah Stewart i Kyle Gibson zadbali o utrzymanie przewagi, a solidna końcówka pozwoliła Śląskowi zejść do szatni prowadząc aż 52:37.

Po powrocie na boisko Śląsk znów absolutnie dzielił i rządził. Wrocławianie byli bardzo skuteczni (ich procent celnych rzutów z gry nie schodził poniżej 60%), trafiali za dwa, za trzy, rzuty wolne. Dominowali nad Anwilem w każdym aspekcie gry, tak ofensywnym, jak i defensywnym. Znakomicie sprawował się Stewart, nieco słabszego niż zwykle Strahinję Jovanovicia świetnie uzupełniał Mateusz Szlachetka, a gracze z Włocławka odbijali się od Ivana Ramljaka jak od ściany. Przewaga rosła i rosła, a przed ostatnią kwartą WKS prowadził ponad trzydziestoma punktami (84:53).

Czwarta kwarta żadnej rewolucji nie przyniosła. Śląsk grał już z dużą pewnością siebie, a Anwil był zespołem, z którego WKS wyssał jakąkolwiek nadzieję na cokolwiek. Wrocławianie natomiast dalej wręcz bawili się rzutami za trzy punkty. Stewart, McCauley, Jovanović, czy nawet Gabiński. Niemal każdy „uszczknął” nieco trójkowego tortu. W pewnym momencie było już nawet 105:67. Dopiero w samej końcówce gdy Śląsk już absolutnie się rozluźnił i pograł rezerwowymi (swoje pierwsze punkty w EBL zdobył Paweł Strzępek), Anwil nieco zmniejszył straty, unikając absolutnej kompromitacji. WKS triumfował ostatecznie 107:77.

Miała być Święta Wojna, no i w sumie była, ale przede wszystkim to była absolutna masakra. Śląsk nie dał Anwilowi nawet cienia szans. Wrocławianie wykorzystywali wszystkie błędy rywali, sami popełniali ich stosunkowo niewiele, byli niesamowicie cierpliwi i skuteczni. Po prostu klasowy mecz WKS-u. Nawet jeśli Anwil ma obecnie swoje problemy, a ten sezon jest dla nich bardzo słaby. To był trzeci z rzędu mecz Śląska z przekroczoną granicą 100 pkt, ale zdecydowanie najlepszy z nich. Elijah Stewart dał kolejny popis, Ben McCauley pokazał, że jest w stanie dla WKS-u zrobić niezwykle wiele dobrego, Ivan Ramljak był murem, którego nie sposób przeskoczyć. No i cichy bohater tego meczu Mateusz Szlachetka, który może zdobył tylko 9 pkt, ale gdy był na parkiecie, gra Śląska miała po prostu ręce oraz nogi. Nawet słabszy dzień Jovanovicia i Dziewy nie był zbyt widoczny.

Śląsk ostatnimi czasu każdego rywala zostawia rozbitego i zmasakrowanego. Seria trzech meczów z liczbą ponad 100 pkt to rzadki widok w Energa Basket Lidze, ale nikt we Wrocławiu nie zamierza narzekać. W następnym meczu WKS zmierzy się w Hali Orbita z piątą w tabeli Pszczółką Startem Lublin. Ten mecz już w niedzielę 24 stycznia o 17:35.

WKS Śląsk Wrocław – Anwil Włocławek (32:12, 20:25

Śląsk: Gibson 14, McCauley 22, Dziewa 4, Jovanović 10, Ramljak 11 oraz Stewart 24, Strzępek 2, Gordon 0, Wójcik 0, Gabiński 7, Szlachetka 9, Tomczak 4

Trener: Oliver Vidin

Anwil: Dykes 6, Clarke 9, Almeida 14, Sulima 10, Mielczarek 5 oraz Pluta 10, Jerrells 3, Tomaszewski 5, Zamojski 2, Lichodiej 3, Piątek 0, Radić 10

Trener: Przemysław Frasunkiewicz

Oceń publikację: + 1 + 15 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy epidemia i lockdown to dobry moment na otwarcie nowej restauracji?




Oddanych głosów: 64