zamknij

Sport

Szklanka przynajmniej do połowy pełna. Podsumowanie sezonu Śląska Wrocław [KOMENTARZ]

2020-07-20, Autor: Bartosz Królikowski

Śląsk Wrocław rozegrał swój ostatni w tym sezonie mecz, a kampania 2019/20 oficjalnie przeszła do historii. Piłkarze z Wrocławia mieli w nim dać swoim kibicom odpowiedź na pytanie: „dokąd zmierzamy?”. Wszakże po poprzednim sezonie, powodów do zmartwień nie brakowało. Ostatecznie przekonaliśmy się, że w tym tunelu jest światło, a WKS potrafił podnieść się po ubiegłorocznym koszmarze. Ale po kolei. Czas na podsumowanie sezonu 2019/20, w wykonaniu Śląska Wrocław.

Przypomnijmy sobie jak wyglądało to przed zakończoną właśnie kampanią. WKS był po najgorszym sezonie od wielu lat, który o mało co nie skończył się absolutną katastrofą, czyli spadkiem do I Ligi. Nastroje wśród kibiców były nerwowe, bo w zespole potrzeba było rewolucji, a przed czymś takim trudno zachować spokój. Trener Vitezslav Lavicka póki co pracował z takim materiałem jaki miał i robił co mógł, a że niewiele mógł, to niewiele zrobił.

Reklama

Ogólnie można powiedzieć, iż sezon 2018/19 był takim brutalnym ostrzeżeniem, że Śląsk Wrocław zmierza ku zatraceniu i trzeba wreszcie porządnie zareagować. Zresztą wydaje mi się, że tamta kampania jeszcze przez długie lata będzie robić za tzw. „straszak”. Na szczęście dla kibiców Śląska, zapowiedzi piłkarzy przed sezonem, że tamte doświadczenia tylko ich wzmocnią nie okazały się dyplomatycznym wybrnięciem z sytuacji. Trener Lavicka i jego sztab wiedzieli czego chcą. W trakcie letniego okienka transferowego, do drużyny dołączyło aż 9 zawodników, którzy wraz ze „starą gwardią” mieli sprawić, że ten sezon będzie lepszy i pozwoli puścić kampanię 18/19 w pełni zasłużone zapomnienie. Czy się udało?

Na tym Śląsk budowali

Śląsk Wrocław w tym sezonie nie był drużyną grającą ładnie dla oka. Przynajmniej przez większość czasu. Postawmy sprawę jasno - niektóre mecze oglądało się naprawdę trudno i tylko nieliczni czerpali z tego czystą radość. Były mecze, w których wrocławianie grali niezwykle defensywnie, bardzo wyrachowanie, bez polotu, a i niekiedy niezwykle nieskutecznie. Jednak trener Lavicka w całym swoim dość topornym stylu, zaszczepił piłkarzom Śląska coś, czego absolutnie nie mieli w poprzednich sezonach. Gen zwycięstwa. Wrocławianie potrafili niemiłosiernie przynudzać swoją grą, być dominowani przez rywala, a mimo to zwyciężali. Niech idealnym przykładem będą mecze z Piastem Gliwice z rundy zasadniczej. Zarówno we Wrocławiu (2:1), jak i w Gliwicach (3:0) to Piast głównie grał w piłkę. To zespół z Górnego Śląska operował piłką i stwarzał sobie sytuacje. Ale na koniec meczu to Śląsk zdobywał 3 punkty swoim wyrachowaniem i solidną defensywą. Tym się różnił Śląsk 19/20 od Śląska 18/19. Zdobywaniem punktów w meczach, w których nie zachwycał, a nawet mówiąc więcej, grał słabo.

Kolejną zasadniczą różnicą, była reakcja na utraconego gola. Ileż to razy w poprzednich sezonach wrocławianie po utracie bramki, wyglądali na tak zszokowanych, że często dostawali kolejne. Tym razem potrafili pokazać charakter w trudnych momentach. Oczywiście nie zawsze odrabiali straty, w końcu to jest sport, ale na pewno robili to częściej niż wcześniej. Wedle statystyk, Śląsk 13 razy w tym sezonie doprowadzał do remisu, niekiedy robiąc to w ostatnich minutach. Tutaj znowu za przykład posłuży mi Piast Gliwice, który we Wrocławiu do 84. minuty prowadził 1:0, by ostatecznie przegrać 1:2. Albo Lech Poznań w starciu w grupie mistrzowskiej, który dwukrotnie wychodził na Stadionie Wrocław na prowadzenie i za każdym razem je tracił, a drugiego gola Śląsk strzelił w 85 minucie meczu. Umiejętność podniesienia się po ciosie jest bardzo istotna niemal w każdym sporcie, a wrocławianie dobrze opanowali tą sztukę. Oczywiście, ktoś powie że lepiej pilnować żeby tych ciosów nie było. Tylko że to jest piłka nożna. Nie da się zagrać bezbłędnego sezonu. Nawet meczu nie sposób.

Kolejnym bardzo dużym plusem WKS-u w tym sezonie była gra na własnym stadionie. Kibice Śląska mają w zwyczaju krzyczeć „Twierdza! Wrocław!”. Trzeba przyznać, że było to w tejże kampanii bardzo adekwatne, zwłaszcza jesienią. Dopiero w 18. kolejce znalazła się drużyna, która potrafiła wywieźć z Wrocławia trzy punkty (Legia Warszawa), a ogółem w całym sezonie Śląsk tylko dwukrotnie poległ na własnym stadionie. Ich bilans bramek wyniósł 37 zdobytych (z 51 ogółem) i 28 straconych. Po prostu twierdza. Obraz ten nieco psuje duża liczba remisów (8), ale i tak gdyby brać pod uwagę mecze domowe, Śląsk zająłby to czwarte miejsce w sezonie, które im w ostatniej kolejce uciekło (za Legią, Piastem i Górnikiem Zabrze). Można tylko gdybać co by było, gdyby na wyjazdach radzili sobie chociaż w połowie tak dobrze jak w domu. Jednak fundamenty zespołu buduje się przed własną publicznością i Śląsk znakomicie to potrafił.

Mówi się, że dobrą ofensywą wygrywa się mecze, a defensywą tytuły. Osobiście wolę wizję futbolu jaką przedstawia cytat legendarnego trenera Kazimierza Górskiego „w piłce nożnej chodzi o to, aby strzelić jedną bramkę więcej od przeciwnika”. Jednak trenerzy stawiający na pewną obronę również są w cenie, a Vitezslav Lavicka jest właśnie takim trenerem. Jego styl pracy zabrał nam wiele emocji, ale Śląskowi dał wiele punktów. Defensywa WKS-u nieco posypała się po pandemii koronawirusa, zwłaszcza w grupie mistrzowskiej, ale i tak niemal cały sezon to ona była ostoją wrocławian. Ogólnie 46 straconych goli to szósty wynik w lidze. Można żałować, że w grupie mistrzowskiej nie udało się utrzymać obronnej formy z reszty sezonu, jednak w przekroju całych rozgrywek była na tyle solidna, że Śląsk wiele meczów wygrał w sposób wyrachowany.

Natomiast tego wybudować nie potrafili

Ten środek pola… . Jakim sposobem zespół tak ubogi w kreatywnych pomocników strzelił 51 goli w sezonie? Bez supersnajpera na „9”? Dla mnie to osobiście olbrzymia zagadka, bowiem Śląskowi bardzo widocznie brakowało takiego rozgrywającego z prawdziwego zdarzenia. Krzysztof Mączyński to bardziej „8” lub defensywny pomocnik. Michał Chrapek to klasyczny środkowy pomocnik, który owszem nieraz grał jako ofensywny pomocnik, ale to nie jest rola dla niego. W jego repertuarze nie ma raczej chirurgicznie precyzyjnych podań, umiejętności automatycznego przyspieszenia akcji, czy przesadnej kreatywności. Natomiast Diego Żivulić i Jakub Łabojko to po prostu defensywni pomocnicy. Lepiej wyglądało to gdy na ofensywnym pomocniku grał Robert Pich, ale on też nie jest typową „10”. Ten brak był widoczny przede wszystkim w grupie mistrzowskiej, gdy przy nie tak stabilnej defensywie potrzeba było zdecydowanego przejścia do ataku, by odciążyć obrońców. Te deficyty w środku powodowały, że Śląsk często atakował głównie skrzydłami, a gdy rywal je neutralizował… wtedy robił się problem. Bez działających boków, Śląsk często był bezzębny, co mściło się szczególnie w meczach ze słabszymi rywalami, nastawionymi na obronę (Arka Gdynia, Korona Kielce). Gdy WKS musiał przejąć inicjatywę, atak pozycyjny najczęściej dawał marne efekty.

W poprzednim akapicie pochwaliłem skrzydła, ale paradoksalnie to też był problem Śląska. Jednak nie sama gra nimi, tylko wybór na nich. WKS miał Przemysława PłachetęRoberta Picha jako głównych skrzydłowych przez większość sezonu. Problem w tym, że gdy Pich grał jako środkowy pomocnik ofensywny, prawe skrzydło niemal przestawało istnieć. Lubambo Musonda przed przeprowadzką na prawą obronę był niemal bezużyteczny, a Filip Marković w przeciwieństwie do Zambijczyka, często nie robił nawet zamieszania w szeregach rywali. Wchodzący niekiedy z ławki Piotr Samiec-Talar też zbyt wiele pożytku nie przynosił. Przez to Śląsk często uzależniony był od Płachety, a gdy młody skrzydłowy był niewidoczny, Śląsk musiał radzić sobie tym kulejącym środkiem pola. Albo walką Erika Exposito z obrońcami. Z hiszpańskim napastnikiem wiąże się jeszcze jedna spora wada Śląska, ale o tym nieco później.

Oni pokazali klasę:

Matus Putnocky – czy to transfer sezonu w Śląsku? Niektórzy postawiliby na Płachetę, ale wg mnie to Słowak zasłużył na to miano. Jeśli weźmiemy bowiem ilość punktów, które dały Śląskowi gole i asysty młodzieżowca, to wyższą liczbę punktów zapewniła WKS-owi tylko jedna rzecz. Interwencje Putnockiego. Doświadczony 35-latek z wielką gracją wszedł w bardzo duże buty jakie zostawił po sobie Jakub Słowik. Jego parady wiele razy ratowały wrocławian w sytuacjach kryzysowych, czy wręcz beznadziejnych, a obrońcy dzięki temu też grali lepiej. Defensor jest bowiem dużo spokojniejszy mając za plecami kogoś wysokiej klasy. Matus to z kolei w minionym sezonie klasa sama w sobie. Słowak przyspawał na amen Daniela Kajzera do ławki rezerwowych, dając mu bronić tylko przeciwko Widzewowi Łódź w Pucharze Polski. Nie dawał żadnych powodów do zmian. Jedyne powody jakie dawał to te do uśmiechu. Kibicom Śląska po jego licznych paradach.

Przemysław Płacheta – na boisku Płacheta przypominał bolid Formuły jeden. Nie potrzebował wiele czasu by się rozpędzić, a gdy to zrobił, to można było porzucić czcze nadzieje na dogonienie go. W przekroju całego sezonu, młody skrzydłowy rozkręcał się powoli i jesień miał jeszcze przeciętną jeśli chodzi o liczby. Jednak wraz z upływem czasu stawał się coraz istotniejszą częścią drużyny, a po przerwie koronawirusowej to on objął stery w ofensywie i w dużej mierze dzięki niemu, Śląsk tak długo walczył o puchary. Płacheta często był tym elementem szaleństwa w bardzo spokojnie grającym Śląsku. Jego niezwykle szybkie rajdy na lewym skrzydle działały na wyobraźnię. Przypominał on nieraz Kamila Grosickiego, którego styl gry jest podobny. Tak jak „Grosik”, Płacheta czasami był takim piłkarskim „jeźdźcem bez głowy”, a wykończenie akcji niekiedy mocno u niego szwankowało, ale i w tym aspekcie się rozwinął. Dawał to, czego oczekuje się od skrzydłowego. Szybkość, zwinność, widowiskowy styl gry oraz oczywiście liczby. Osiem goli i pięć asyst to naprawdę świetny dorobek jak na debiutancki sezon w Ekstraklasie. 22-latek postawił duży krok w swojej karierze. Czy kolejnym będzie transfer za granicę? Prawdopodobnie tak i nie ma się co czarować, bo to jest naturalna dla futbolu kolej rzeczy. Śląsk będzie miał do załatania sporą dziurę na skrzydle, ale też solidny zastrzyk gotówki, najpewniej najwyższy w swej historii.

Robert Pich – czy forma Słowaka była przez cały sezon równa i wysoka? Nie. Czy w każdym meczu prezentował to, czego od takiego piłkarza można oczekiwać? Też nie. Ale czy dał Śląskowi gole oraz asysty w bardzo ważnych momentach? Jak najbardziej. Lata mijają, a Śląsk kolejny sezon z rzędu może liczyć na Picha. Słowak miał słabsze momenty, zwłaszcza tuż po przerwie spowodowanej pandemią. Kibice mieli czasem prawo na niego narzekać. Jednak koniec końców Pich w kluczowych chwilach dawał Śląskowi jakże potrzebne konkrety. Siedem goli i osiem asyst, czyli łącznie bezpośredni udział przy 15 golach WKS-u. Najlepszy wynik w drużynie i to po raz kolejny. To też symbol klasy zawodnika, gdy nawet już po swoim najlepszym okresie w karierze, dalej potrafi on wiele dać zespołowi. I nawet jeżeli na boisku nie pokazuje się już tak często jak kiedyś, Śląsk po prostu go potrzebuje, a ten sezon to tylko kolejny dowód.

Dino Stiglec – podobnie jak reszta defensywy, Chorwat grał słabiej na wiosnę, a zwłaszcza po pandemii. Jednak spójrzmy na fakty. W ostatnich latach na lewej obronie w Śląsku grali zawodnicy powiedzmy co najwyżej poprawni. Augusto był całkiem solidny w defensywie, ale brakowało czegoś ekstra z przodu, a od bocznych obrońców tego się obecnie też wymaga. Dorde Cotra był również niezłym piłkarzem, który jednak swoje ograniczenia miał. Mateusza Lewandowskiego natomiast lepiej w ogóle nie komentować. Dino Stiglec natomiast, zwłaszcza jesienią, był silnym punktem zespołu. Jego lewa noga jest naprawdę znakomicie ułożona, a bramkarze Zagłębia Lubin oraz Wisły Kraków mogliby go oskarżyć o próbę zabójstwa po bombach jakie ładował z rzutów wolnych w okienka ich bramek. Na wiosnę Stiglec nieco spuścił z tonu, zdarzało mu się przede wszystkim więcej wpadek z tyłu. Ale oceniając ogólnie, jego współpraca z Przemysławem Płachetą wyglądała naprawdę dobrze i Śląsk lewą stronę boiska miał bardzo silną. Do tego, cztery gole i pięć asyst to bardzo dobry wynik jak na bocznego obrońcę, zatem za cały sezon Stigleca można naprawdę pochwalić.

Tak się oni zaprezentowali, że nie wiadomo jak ich ocenić

Erik Exposito – rzadko kiedy o napastniku, czy jakimkolwiek graczu, można wypowiadać się tak różnie jak o Hiszpanie po tym sezonie. Jedni powiedzą, że przez sporą część sezonu grał słabo, a osiem goli to bardzo przeciętny wynik jak na wysuniętego napastnika. Do tego rzut karny na stadionie Pogoni Szczecin wykonał tak, że legenda głosi, że ta piłka wciąż lata gdzieś nad stolicą Pomorza Zachodniego. Inni z kolei zauważą, że Exposito zwłaszcza po pandemii dużo pracował na korzyść zespołu. Walczył z obrońcami, nie był przywiązany do jednej pozycji i dlatego trener Lavicka doceniał jego wkład w zespół. Obie strony będą miały rację. Dlatego nie oceniam Exposito jako taki kompletny zawód. To jest napastnik, który najlepiej wyglądałby w duecie z drugim napastnikiem, najlepiej szybkim i zwinnym. Hiszpan swoją walką z obrońcami mógłby tworzyć partnerowi sporo miejsca, co mogłoby dać wymierne korzyści zespołowi. Oczywiście szans na to, że trener Lavicka zmieni ustawienie na takie z dwoma napastnikami praktycznie nie ma. Dlatego właśnie Hiszpanowi potrzebny jest solidny konkurent do gry w składzie. Ktoś o innej charakterystyce, kto dawałby więcej możliwości dopasowania drużyny pod rywala. Cały sezon w wykonaniu Exposito nie był moim zdaniem słaby. Był mocno średni. Aczkolwiek widzę go w tej drużynie, tylko potrzebny mu konkretny rywal do walki o wyjściową jedenastkę.

Krzysztof Mączyński – kapitana WKS-u również nie do końca można ocenić jednoznacznie dobrze, ani jednoznacznie źle. Wszakże w teorii od tak doświadczonego pomocnika, byłego reprezentanta Polski, który grał na Euro 2016 powinniśmy z góry wiele wymagać. Jednak Mączyński w wielu meczach był mało widoczny, a środek pola, jak już wyżej pisałem, często prezentował się przeciętnie. Aczkolwiek z drugiej strony, Mączyński wprowadzał organizację w grę zespołu. Potrafił uporządkować poczynania kolegów z boiska. Wystarczy spojrzeć na jeden fakt o doświadczonym pomocniku. Śląsk wygrał w tym sezonie tylko jeden mecz z dziewięciu, w których Mączyński nie brał udziału. Widać zatem, że ma on wpływ na grę drużyny. Często ledwie zauważalny, ale jednak. Wymagania powinny być wyższe w stosunku do niego, lecz i tak swoje w tym sezonie zrobił. Dlatego właśnie nie oceniam go ani na plus, ani na minus.

Jakby to ująć… po prostu nie

Filip Marković – sprowadzenie do klubu kogoś, kto jak od ściany odbił się od drugiej ligi francuskiej, a wcześniej nie zachwycał zbytnio ani w Belgii, ani w Serbii, od początku wyglądało na marny pomysł. Czasami jednak solidni piłkarze kryją się w nieoczywistych miejscach i takie transfery wypalają. Otóż nie tym razem. Serbski skrzydłowy nawet jeżeli miał umiejętności aby się wyróżniać, to za nic w świecie nie potrafił ich zaprezentować. Liczne kontuzje zresztą też mu tego nie ułatwiały. Przychodził ponoć jako uniwersalny, dynamiczny zawodnik, który może dać Śląskowi wiele dobrego. Wyszło tak, że dobre to on miał tylko momenty, a i tych nie było wiele. Niezależnie od tego czy wchodził z ławki, czy grał od początku. Dwa gole w osiemnastu meczach to i tak sporo, biorąc pod uwagę jak się z reguły prezentował. Śląsk podjął decyzję o zakończeniu współpracy z Markoviciem po sezonie i chyba nikomu nie będzie go szkoda. Niewypał pełną gębą.

Diego Żivulić – przychodził jako zawodnik z dobrą opinią z ligi czeskiej. Śląsk potrzebował większej rywalizacji w środku pola, a taki typowo defensywny pomocnik zdawał się pasować do koncepcji trenera Lavicki. Zatem w przeciwieństwie do Markovicia, jego sprowadzenie po prostu trzymało się kupy. Niestety Żivulić nie spełnił oczekiwań kibiców, które nie były może wielkie, ale potencjał na solidnego defensywnego pomocnika zdawał się mieć. Rzeczywistość była jednak taka, że Diego tylko w niektórych meczach faktycznie grał na przyzwoitym poziomie. Wykonywał swoją robotę w środku pola i nikt za specjalnie nie narzekał. Przez większość sezonu grał jednak bardzo niepewnie. Widać było, że mobilność nie jest jego mocną stroną, a w rozegraniu zdecydowanie nie powala. Zdarzało mu się grywać na środku obrony, gdy kontuzji doznał Wojciech Golla, a Mark Tamas dopiero zgrywał się z zespołem. Jednak i tam Żivulić nie gwarantował odpowiedniej jakości. On najprawdopodobniej zostanie w klubie na kolejny sezon i będzie to dla niego czas prawdy. Albo znacznie poprawi swoją formę, udowadniając że może być cenny. Albo za rok Śląsk go pożegna, a nikt za nim tęsknić nie będzie.

Damian Gąska – drugi sezon środkowego pomocnika w Śląsku, a progresu jak nie było tak nie ma. Gąska nawet w obliczu bardzo nierównej postawy środka pola, sromotnie przegrał walkę o miejsce w składzie. Teoretycznie zagrał w 18 meczach, ale uzbierał w nich tylko 305 minut, tylko dwa razy wychodząc w podstawowym składzie. Ktoś powie, że gdyby Lavicka wpuszczał go na dłużej niż góra 20 minut, albo częściej dał szansę, to może pokazałby więcej. Ale trzeba pamiętać, że jeżeli ktoś gra tak mało to nie bez powodu. Zresztą gdy Gąska wchodził na boisko, to wcale nie pokazywał, że powinno być inaczej. Czy będzie jeszcze przydatny dla Śląska? Być może, ale realnie patrząc, w tym roku skończy 24 lata. Wchodzi w swój najlepszy wiek piłkarski i jeśli w tym najlepszym wieku wywalcza sobie tylko 305 minut w lidze w całym sezonie, to naprawdę można zwątpić w to, czy to jest zawodnik na miarę nawet zmiennika w Śląsku.

Młodzieżowcy (oprócz Płachety) – co to by było, gdyby Płachety nie było? Albo gdyby jego transfer nie wypalił? Aż strach pomyśleć. Lewy skrzydłowy nie miał praktycznie żadnej poważnej konkurencji, jeśli chodzi o wymóg posiadania na boisku przynajmniej jednego zawodnika urodzonego w 1998 roku lub później. Piotr Samiec-TalarSebastian Bergier jeżeli w ogóle dostawali szansę to jako rezerwowi. Gdy wchodzili na boisko, gra WKS-u umierała na dobre, bo ani jeden, ani drugi niczego ciekawego nie potrafił pokazać. Mateusz Hołownia jesienią absolutnie przegrał rywalizację z Dino Stiglecem, a jego wypożyczenie nie zostało zimą przedłużone. Jak wyglądała sytuacja w tym temacie, widać było w 7. kolejce minionego sezonu. Śląsk mierzył się wówczas z Pogonią Szczecin. Przed meczem kontuzji doznał Przemysław Płacheta, więc trener Lavicka aby spełnić wymóg młodzieżowca musiał absolutnie bezpodstawnie usunąć ze składu będącego wówczas w świetnej formie Dino Stigleca, tylko po to by Hołownia mógł zagrać. Żaden z ofensywnych młodych piłkarzy nie był w oczach trenera na tyle dobry, by zastąpić Płachetę z przodu, na czym ucierpiał Bogu ducha winny Stiglec. Nie jest to wina Śląska, że taki przepis został wprowadzony. Ale takie są realia i trzeba konkretnie wzmocnić szeregi młodych piłkarzy (w przyszłym sezonie urodzonych w 1999 roku lub później), bo inaczej WKS z przymusu tak naprawdę będzie grał każdy mecz w 10.

Ocena trenera

Jak już wcześniej wspomniałem, na styl drużyny Vitezslava Lavicki można często narzekać, ale w przeciwieństwie do wielu poprzednich trenerów Śląska, potrafi on regularnie punktować. Faktem jest też, że akurat jeżeli chodzi o kreatywność, czeski trener miał w kadrze bardzo ograniczone jej zasoby i być może gdyby Śląsk miał rozgrywającego prawdziwego zdarzenia oraz więcej skrzydłowych takich jak Płacheta, wyglądałoby to ciekawiej. Jednak Lavicka uporządkował niestabilną od lat defensywę WKS-u. Trafnie dobrał wzmocnienia, bo pomijając Markovicia i Żivulicia, tacy zawodnicy jak Putnocky, Stiglec, Płacheta czy Puerto bardzo dobrze się sprawdzili. Co jednak najistotniejsze, z prawie spadkowicza zrobił drużynę walczącą o podium, co nawet w naszej lidze bardzo rzadko się zdarza.. Czy był to jednorazowy wyskok wzorem Górnika Zabrze z sezonu 2017/18, czy też może coś bardziej stałego, to zweryfikuje przyszłość. Ale Vitezslav Lavicka pokazał, że zna się na swojej pracy i jeśli chodzi o trenera, kibice Śląska mogą być spokojni.

Oceń publikację: + 1 + 4 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Gdzie kupujesz chleb?





Oddanych głosów: 293