zamknij

Sport

Druga strona medalu (odc.40) - Jacek Gaworski

2019-01-07, Autor: Andrzej Gliniak

Jacek Gaworski, wielokrotny mistrz Polski w szermierce, paraolimpijczyk jest kolejnym gościem Andrzeja Gliniaka w cyklu "Druga strona medalu".

Reklama

Pod koniec lat 70. ubiegłego wieku, kiedy każdy młody chłopak w Polsce chciał być jak Grzegorz Lato czy Kazimierz Deyna, Ty postanowiłeś zostać współczesnym panem Wołodyjowskim.
O tym, że zacząłem uprawiać szermierkę zadecydował przypadek. Chodziłem do czwartej klasy. Szkoła Podstawowa nr 85 przy ulicy Traugutta, do której uczęszczałem, wystartowała z pilotażowym programem dotyczącym szermierki o profilu floret. To była pierwsza we Wrocławiu klasa szermiercza, która działała pod patronatem klubu sportowego WKSz Kolejarz. Żeby młodzi ludzi połknęli haczyk i zainteresowali się tą dyscypliną, trenerzy zachęcając mówili, że na zajęciach będziemy również grać w piłkę nożną.

Mieszkałeś w specyficznej, szczególnie w tamtym okresie dzielnicy.
"Trójkąt" od zawsze owiany był złą sławą. Bieda, brak alternatyw dla młodych, duża przestępczość. Trzeba się było mieć zawsze na baczności. Odkąd na poważnie zacząłem uprawiać szermierkę stałem się "rozpoznawalny" na dzielnicy (śmiech). Kiedy zostałem powołany do reprezentacji i dostałem dres z napisem Polska byłem bardzo dumny. Wyjazdy zagraniczne, które w tamtym okresie dla przeciętnego Kowalskiego były jedynie w sferze marzeń, dzięki uprawianiu sportu na poziomie międzynarodowym stały się dla mnie możliwe. Mogłem poznać inny, wtedy lepszy świat. To była dla mnie odskocznia od szarej, komunistycznej codzienności. Raz szermierka uratowała mi skórę. Wracałem wieczorem z treningu. Kilku zakapturzonych chłopaków stało w bramie i piło alkohol. Zaczepili mnie. Miałem na sobie biało-czerwoną bluzę. - Zostaw, to swój chłopak, on trenuje szermierkę - usłyszałem słowa jednego z nich i gigantyczny kamień spadł mi z serca.

Czy szermierka to bezpieczny sport?
Bardzo. Najbardziej dramatyczny wypadek, o jakim słyszałem wydarzył się w latach osiemdziesiątych w Rzymie, w ćwierćfinale turnieju drużynowego florecistów na mistrzostwach świata. Spotkały się wtedy reprezentacje Niemiec i Związku Radzieckiego. Na planszy naprzeciwko siebie stanęli dwaj wielcy mistrzowie - Matthias Behr i Władimir Smirnow, prywatnie przyjaciele. W pewnym momencie obaj natarli na siebie jednocześnie. Niemiecki zawodnik trafił rywala w górną część klatki piersiowej i w tym momencie floret się złamał. Behr stracił nad nim panowanie i niefortunnie trafił klingą w maskę rywala, przebijając ją. Szpikulec wbił się w oko i mózg. Rosjanin cały zalany krwią krzyczał przeraźliwie. Niestety nie udało się go uratować. Sytuacja, która zdarza się raz na milion, albo nie zdarza się wcale. To był nieprawdopodobny pech. Później okazało się, że maska, w którą wbiła się klinga, była z defektem. Wtedy nie byliśmy tak chronieni, jak dzisiaj.  To, co wydarzyło się na tamtych zawodach, było impulsem do zmian w sprzęcie szermierczym. Teraz nie ma możliwości, żeby stało się coś podobnego.

Szermierka zawsze była traktowana jako elitarny sport.
Na większości turniejów zagranicznych nasze zmagania ogląda z trybun komplet kibiców. Etos białej broni wzbudza podziw i szacunek. Jeżdżąc na zawody, zawsze traktowani jesteśmy z wielką estymą. Kiedyś w jednym z zagranicznych hoteli na widok pokaźnego bagażu zapytano nas jaką dyscyplinę uprawiamy. Na hasło szermierka pokiwano z uznaniem głowami. Cały pobyt obsługa podchodziła do nas wyjątkowo. Zresztą, dzięki tej dyscyplinie zwiedziłem cały świat. Byłem w Rzymie, Paryżu a nawet Hong Kongu, Emiratach Arabskich czy Montrealu. W Brazylii walczyłem w Sao Paulo i Rio. Moja dyscyplina nauczyła mnie też wiele pokory. Bardzo często o zwycięskiej albo przegranej walce decyduje tylko jeden punkt. Granica między radością, a smutkiem jest bardzo cienka.

Nie jest to jednak dochodowy sport?
Przyzwoite pieniądze zarabiają tylko najlepsi, którzy regularnie zdobywają medale największych imprez na świecie. Pamiętam jak w 1988 roku wywalczyłem mistrzostwo Polski Zarobiłem 10 tysięcy i kupiłem nowiutką pralkę marki Wiatka. Wtedy to było coś! Ogólnie jednak przez całą karierę dorobiłem się mnóstwa medali, pucharów i dyplomów.

Konkurencja od początku była bardzo duża, Ty jednak radziłeś sobie bardzo dobrze.
Przez ponad dwadzieścia lat jako pełnosprawny zawodnik walczyłem na szermierczych planszach o medale i puchary.  Większość kariery byłem członkiem kadry narodowej i olimpijskiej. Na początku był udział w krajowych turniejach, potem Spartakiady młodzieży. Wielokrotnie zdobywałem mistrzostwo Polski. Na swoim koncie mam trzykrotny start w mistrzostwach świata juniorów aż wreszcie prestiżowe turnieje i zawody rangi mistrzostw świata czy Europy. Zabrakło tylko startu na wymarzonych Igrzyskach Olimpijskich.

Było jednak bardzo blisko, żebyś wystąpił w Barcelonie.
Przegrałem pechowo w rywalizacji sportowej, ale nie do końca traktuje to jako przypadek. W walce o Igrzyska moim rywalem był Bogdan Zych z Legii Warszawa. To był świetny, utytułowany zawodnik. Starcie było bardzo wyrównane. W decydującym momencie przy stanie 9:9 sędzia popełnił błąd. Przegrałem. Rywal mógł bukować bilety do Hiszpanii. Byłem z Wrocławia, a najmocniejsze lobby szermiercze miała Warszawa. Zych był z Legii, podobnie jak trener reprezentacji. Zawsze musiałem być dwa razy lepszy od zawodników ze stolicy, żeby nikt nie przyczepił się do mojej obecności w kadrze. Polski floret był wtedy bardzo mocny na świecie. Paradoksalnie jednak, przez swoją ciężką chorobę pojechałem na paraolimpiadę i wywalczyłem upragniony medal.

Twoje życie przewróciło się do góry nogami w 2004.
Byłem okazem zdrowia. Żadne choróbska się mnie nie trzymały. Do czasu... Wracałem z zawodów, w których brałem udział jako sędzia. Poczułem, że z moim ciałem dzieje się coś złego. Miałem problemy z widzeniem, a nogi zaczęły mi drętwieć.  Nie przejąłem się jednak tym za bardzo, bo wydawało mi się, że to tylko efekt przemęczenia. Rano widziałem już jednak podwójnie a nogi całkowicie odmówiły mi posłuszeństwa. Pojechaliśmy na ostry dyżur gdzie spędziliśmy wiele godzin. Ostatecznie przyjęto mnie na oddział neurologiczny. Mój stan z każdą godziną się pogarszał, mowa stała się bełkotliwa, widziałem tylko kontury, a ręce i nogi stały się bezwładne. Wykonano mi rezonans kręgosłupa i wyszły zmiany, podejrzewano nowotwór i stwardnienie rozsiane. By postawić ostateczną diagnozę i rozpocząć ewentualne leczenie, potrzebny był rezonans głowy. Niestety w związku z tym, że był to koniec roku, szpital miał wykorzystane limity i na rezonans kazano przyjść ponownie za... pół roku. Na szczęście na oddziale dziecięcym szpitala, w którym leżałem ordynatorem był były szermierz z mojego klubu. Moja żona przedstawiła sytuację i poprosiła o pomoc. Dzięki niemu przeprowadzono całą diagnostykę. Po kilku dniach poinformowano mnie, że wykluczają nowotwór ale potwierdziło się - stwardnienie rozsiane. W jednym momencie zawalił mi się cały świat.

Wtedy jeszcze wiedza o tej chorobie nie była tak rozpowszechniona?
Leżałem przez dwa tygodnie w szpitalu i nikt nie przyszedł i nie wytłumaczył mi jaka to jest choroba i jak bardzo wpłynie na moje życie. W tamtych latach nie było dostępu do internetu tak jak mamy to teraz. Ja, który jeszcze niedawno z sukcesami walczyłem na szermierczych planszach i byłem sportowcem z krwi i kości, teraz leżałem bezwładny zdany na pomoc innych.

Nadszedł kolejny cios, kiedy okazało się, że nie zakwalifikowano Cię do leczenia?
Po wyjściu ze szpitala skierowano mnie do poradni stwardnienia rozsianego. Na wizytę czekałem około dwóch miesięcy. Na miejscu było blisko trzydzieści osób w różnym, nawet bardzo ciężkim stanie i tylko jedno krzesło. Doktor spóźniła się ponad godzinę i nawet nie przeprosiła oczekujących. W gabinecie przejrzała moje wyniki i powiedziała, że nie może pomóc, że mam się... oszczędzać i jak będę miał kolejny rzut choroby to jechać do szpitala. Włączenie mnie do programu leczenia nie było możliwe gdyż według obowiązujących wówczas przepisów nie rokowałem wiekowo. W wieku trzydziestu siedmiu lat byłem... za stary, żeby dzięki leczeniu dostać szansę na normalne życie. To był szok. Na własną rękę musiałem szukać leczenia. Dopadły mnie myśli samobójcze. Szybko i dosadnie wyperswadowała mi to żona Elżbieta. W niej i córce miałem i mam ogromne oparcie.

Koszty leczenia były ogromne.
Moja cała renta miała wartość jednej tabletki leku na jeden dzień. Wszystkie oszczędności rozpłynęły się błyskawicznie. Tyle, ile mogła pomagała rodzina i najbliżsi przyjaciele. Niektórzy znajomi, po tym jak dowiedzieli się na co jestem chory, przestali mnie odwiedzać. Wielu, z braku wiedzy bało się, że się zarażą stwardnieniem rozsianym i będą "warzywami" jak ja. Nie mieliśmy opłaconego czynszu, prądu. Zaczął nachodzić nas komornik, żyliśmy w strachu. Choroba upokorzyła i rzuciła na kolana całą moją rodzinę. Sprzedaliśmy nawet nasze obrączki. Wszystko to było za mało, bym mógł być leczony. Kiedy nie zostało już nic co moglibyśmy spieniężyć, zdecydowałem się prosić o pomoc obcych ludzi. Na mój otwarty apel o pomoc zareagowała bardzo wiele osób. Zaczęły się zbiórki i akcje charytatywne. Bardzo dużo pomogła redaktor Dorota Kaczor, dziennikarka TVP Wrocław, która nagłośniła temat.

W 2010 powstajesz z popiołów. Sens życia ponownie odnajdujesz w rywalizacji sportowej.
Dzięki bardzo kosztownemu leczeniu i intensywnej rehabilitacji, wróciłem do szermierki, tylko tej na wózku. Michał Morys, trener szermierzy niepełnosprawnych, mocno namawiał mnie, żebym spróbował w ten sposób się rehabilitować. Zacząłem od mistrzostw Polski. Potem przyszły starty w Pucharach Świata a następnie mistrzostwa świata i Europy.

Sportowo znowu było świetnie, psychicznie też stanąłeś na nogi. Aż nagle...
W 2012 roku podczas rutynowego badania rezonansem magnetycznym wykryto u mnie guzy na rdzeniu kręgowym. Diagnoza lekarzy była jak wyrok. Nowotwór mnogi rdzenia. Nie załamałem się jednak. Byłem już mocno uodporniony psychicznie. Jak zwykle ramię w ramię do walki z moją nową chorobą stanęły żona i córka. Po raz kolejny trzeba było zgromadzić pokaźne środki na leczenie. Pojawiło się też pytanie, gdzie przeprowadzić operację. Ze względu na lokalizację, ilość guzów nowotworowych oraz obciążenie ciężką postacią SM, wszyscy odmówili przeprowadzenia operacji w Polsce. Znaleźliśmy jedyną klinikę w Europie, która podjęła się operacji - Berlin. Na konsultacji kwalifikującej do operacji, neurochirurg oglądając rezonans głowy zapytał pielęgniarki: "Co mi tu pani pokazuje? Przecież ten pacjent jest w stanie wegetatywnym, mózg jest uszkodzony!". Kiedy lekarz zobaczył, że siedzę tuż za nimm był w szoku, że dzięki rehabilitacji pomimo tak znacznego uszkodzenia mózgu byłem w tak dobrej formie. To zaważyło, że podjął się tego medycznego wyzwania. Operacja się udała. Usunięto mi guzy - takie, które się dało, jednak było ich znacznie więcej. Konieczna była kontynuacja leczenia. Niestety, nie wystarczyło środków. Choroba postępowała. Dusza sportowca nakazywała mi nie poddawać się. Po dłuższym czasie zgromadziliśmy środki i zostałem poddany leczeniu eksperymentalnemu.

Ponownie wróciłeś  do szermierki na wózkach.
Dwa lata temu pojechałem do Rio na paraolimpiadę i zdobyłem srebrny medal we florecie w rywalizacji drużynowej, indywidualnie wywalczyłem piąte miejsce. Byłem wśród ludzi, którzy podobniej jak ja codziennie zmagają się ze swoimi przeciwnościami. Wielkie wrażenie wywarł na mnie widok stołówki olimpijskiej. Setki niepełnosprawnych sportowców w jednym miejscu. Każdy dotknięty przez los inną chorobą. Wiele osób po amputacjach. Sportowiec bez rąk świetnie radził sobie z jedzeniem trzymając sztućce palcami od... nóg. Ci ludzie dają świadectwo, że chcieć to móc i powinni być inspiracją dla wszystkich... Od kilku lat mierzę się z dwoma chorobami, wyrzucony przez system, bo leczenie mnie w ramach NFZ jest niezgodne z medycyną opartą na faktach. Dlatego by żyć, muszę płacić 100% za leczenie i rehabilitację. Miesięcznie to koszt około piętnastu tysięcy złotych. Mimo to sportowo osiągnąłem bardzo dużo, jestem sześciokrotnym mistrzem Polski, brązowym medalistą mistrzostw świata, srebrnym medalistą mistrzostw Europy, multimedalistą Pucharów Świata.

Jesteś wielkim walczakiem nie tylko na szermierczej planszy, ale przede wszystkim w życiu codziennym. Stanowisz inspirację dla wielu osób, zmagających się z ciężką chorobą.
Nie czuję się wielkim, po prostu przewartościowałem swoje życie i doceniam to co mam. Każdy przeżyty dzień traktuje jako zwycięstwo. Moja rodzina jest ze mną i to daje mi potężnego kopa do życia. Sportowo, jeśli oczywiście zdrowie dopisze, stawiam sobie za cel start na paraolimpiadzie w Tokio w 2020 i walkę o upragniony złoty medal. To nie będzie łatwe, bo paradoksalnie sito eliminacyjne jest bardzo wymagające i znacznie trudniej zakwalifikować się na igrzyska niż zdobyć medal. Gdybym stanął na najwyższym stopniu podium byłaby to piękna klamra spinająca moją szermierczą karierę. Bym mógł zrealizować to marzenie poszukuję sponsora, który pomoże mi w "Drodze do Tokio 2020".

Sponsorem wywiadu jest Setka - Wrocław, ulica Kazimierza Wielkiego 50a, Warszawa, ulica Świętokrzyska 14
Oceń publikację: + 1 + 11 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy podobają Ci się nowe, szklane biurowce we Wrocławiu?




Oddanych głosów: 204