zamknij

Sport

Druga strona medalu (odc.41) - Paweł Nastula

2019-02-06, Autor: Andrzej Gliniak

Paweł Nastula, mistrz olimpijski z Atlanty, dwukrotny mistrz świata, trzykrotny mistrz Europy, niepokonany na tatami przez blisko cztery lata jest kolejnym gościem Andrzeja Gliniaka w "Drugiej stronie medalu".

Ciągnie wilka do lasu..
Judo towarzyszyło mi od zawsze, determinowało całe moje życie. Po tak długim czasie stałem się wypalony i wyczerpany, potrzebowałem odpocząć. Spróbowałem innych zajęć. Przerwa jednak zrobiła swoje. Zatęskniłem, eróciłem do korzeni, ale tym razem jako trener. Codziennie w moim klubie na Bielanach prowadzę zajęcia judo. Treningi przeprowadzają także moi trenerzy i trenerki. Lekcje judo prowadzimy też w kilku szkołach podstawowych. To wciąż jedna z najpopualrniejszych dyscyplin, jaką uprawia się w młodym wieku. To bardzo wszechstronny sport. Kształtuje charakter, a także wyrabia wiele przydatnych cech: zwinność, zręczność, siłę, wytrzymałość czy odwagę. Założyłem swój gym - Nastula Club, gdzie po swoimi skrzydłami mam wiele utalentowanej młodzieży. Oprócz judo jest także możliwość potrenowania MMA, bjj, kickboxingu czy krav magi. Do dyspozycji ćwiczących jest też siłownia.

Reklama

Judo wciąż jest popularne, ale na topie są u nas obecnie mieszane sztuki walki.
Jeszcze kilkanaście lat temu MMA było w naszym kraju zupełnie czymś nowym. Nie wiedzieliśmy z czym to się je. Zostaliśmy pionierami tej dyscypliny w Polsce. Trenowałem razem z Robertem Joczem, Grzegorzem Jakubowskim, Krzyśkiem Kułakiem, Tomaszem Drwalem czy Jurasem. Krok po kroku odkrywaliśmy tajniki MMA. Wiele technik testowaliśmy na sobie. Oglądaliśmy też zagraniczne gale, skąd czerpaliśmy wiedzę.

Wielu dziennikarzy nie było jednak delikatnie mówiąc zachwyconych pomysłem powrotu mistrza olimpijskiego do sportu jako zawodnika MMA, a w mediach pojawiła się nawet nagonka na twoją osobę.
Kiedy zaczynałem przygodę z MMA, przeczytałem na swój temat dużo nieprawdy. A to, że wracam bo nie mam pieniędzy, a to, że rozmieniam sławę na drobne i  niszczę bogatą karierę. Dużo osób myślało też, że będe mięsem armatnim dla doświadczonych wojowników. Nie przejmowałem się jednak tym kompletnie. Po dwudziestu pięciu latach przygody z judo poczułem znużenie. Osiągnąłem w tej dyscyplinie wszystko. Potrzebowałem świeżego bodźca, a że lubię wyzwania podjąłem rękawicę. Z drugiej strony wchodziłem do wody, w której kompletnie nie wiedziałem co może pływać.

Od początku ta woda była na pewno bardzo głęboka...
Jako pierwszy i jedyny Polak walczyłem w japońskiej federacji Pride, która, mimo że już nie istnieje, do dziś uznawana jest za najlepszą na świecie. Negocjacje prowadziłem kilka miesięcy. Aby dostać się do Pride, trzeba być znanym w Japonii, a tamtejsi kibice pamiętali doskonale moje sukcesy w judo i triumf w prestiżowym turnieju Jigoro Kano, twórcy judo, uznawany przez wielu za trudniejszy nawet od mistrzostw świata. W angażu pomógł mi też mój znajomy z Polski, który na stałe mieszkał w kraju Zachodzącego Słońca i miał dobry kontakt z organizacją. Nie byłem jednak pierwszym judoką, który związał się z Pridem, wcześniej kontrakt podpisał Hidehiko Yoshida, japoński mistrz olimpijski z Barcelony. Na początku ustalilśmy, że moja debiutancka walka odbędzie bez ciosów, jedynie na same chwyty. Potem organizatorzy uznali jednak, że wszystko przebiegać będzie w pełnej formule. Przygotowywałem się bardzo sumiennie. Poleciałem nawet do Chorwacji, żeby potrenować ze słynnym Mirko Crocopem. Przyjął mnie bardzo ciepło. Nauczyłem się od niego bardzo wiele.

Twój pierwszy przeciwnik to absolutny top.
Nie było żadnej taryfy ulgowej. W Kraju Kwitnącej Wiśni judo to niemal religia. Uznano zatem, że taki gość jak ja, zdobywca złotego medalu olimpijskiego, musi od razu dostać rywala z najwyższej półki. Rodrigo "Minotauro" Nogueira, słynny brazylijczyk  był wtedy jednym z najlepszych zawodników wagi ciężkiej na świecie oraz byłym mistrzem Pride w tej kategorii wagowej. Był także tymczasowym mistrzem UFC w wadze ciężkiej,  gdzie należał też do Galerii Sław. Miał za sobą 29 stoczonych walk z czego 24 wygrane. Jego rywalami były takie legendy jak Fedor Emelianenko, Mirko "Crocop" Filipovic czy Semmy Schilt. Wszyscy skazywali mnie na pożarcie. - Nokaut już w pierwszych sekundach - prorokowali eksperci.

Utarłeś nosa wszystkim niedowiarkom
To było wielkie wyzwanie i niesamowite przeżycie. Saitama Super Arena, a na trybunach blisko 40 tysięcy kibiców. Dałem z siebie wszystko. Jak na debiut pokazałem się z bardzo dobrej strony. Wytrzymałem prawie całą rundę (w Pride pierwsza runda trwała aż 10 minut). Przgrałem przez techniczy nokaut na nieco ponad minutę przed końcem. Zabrakło kondycji i doświadczenia. Potem przegrałem jeszcze z trzykrotnym mistrzem świata w sambo bojowym - Aleksandrem Jemieljanienko.

Do trzech razy sztuka.
Pierwszą walkę na Pride wygrałem z Edsonem Draggo z Brazylii, zakładając mu dźwignię na łokieć. Kolejny bój stoczyłem podczas pierwszej gali Pride organizowanej w Stanach Zjednoczonych (Pride 32). Moim rywalem był Josh Barnett. Amerykanin wygrał przez poddanie (dźwignia na staw skokowy). Była to moja ostatnia walka w japońskiej fedracji. Potem stoczyłem jeszcze siedem pojedynków w MMA, również na galach w Polsce z których cztery wygrałem. Swoją przygodę z mieszanymi sztukami walk zakończyłem po przegranej po dogrywce walce z Mariuszem Pudzianowskim na KSW w Krakowie. Nie chcę jednak do tego wracać.

Często powracasz jednak z pewnością do złotego medalu w Atlancie?
Nawet teraz, po ponad dwudziestu latach, gdybyś obudził mnie w środku nocy opowiedziłabym Ci każdy szczegół z tych Igrzysk. Jechałem w roli zdecydowanego faworyta. Byłem w szczytowej formie. Czułem jednak ogromną presję ze strony mediów i kibiców. Starałem się odciąć, inaczej był zwariował. Nie czytałem gazet, nie słuchałem radia i nie oglądałem telewizji. Po przylocie do wioski olimpjjskiej skupiłem się wyłącznie na treningu. Przez cały turniej przeszedłem jak burza. Jedynie walka półfinałowa zakończyła się w regulaminowym czasie, pozostałe pojedynki wygrywałem przed czasem. Właśnie bój o finał był dla mnie najtrudniejszym momentem. Na 26 sekund przed końcem przegrywałem na punkty. Pokazałem charakter i duszę wojownika. Udało się w końcu pokonać Aurélio Miguela z Brazylii i wejść do przedsionka raju. W finale wystarczyło postawić ostatni krok żeby go przejść. Paradoksalnie najważniejszy bój w mojej karierze był najłatwiejszy, nie umniejszająć nic przeciwnikowi, dla którego sam udział w tej walce był wielkim triumfem. On mógł, ja musiałem. Po raz kolejny udowodniłem, że lubię walczyć pod presją. W niespełna półtorej minuty pokonałem Koreańczyka Kim Min-soo. Uniosłem ręce do góry. Zostałem mistrzem olimpijskim. Przeszedłem do historii.

Igrzyska w Atlancie były wyjątkowe dla polskich sportów walki.
Równolegle z turniejem judo w hali obok rywalizowali zapaśnicy. Nasze chłopaki: Wroński, Wolny, Zawadzki, FafińskiTracz co chwilę wygrali walki w drodze po medale. Pamiętam jak ówczesny prezydent, wielki fan sportu, Aleksander Kwaśniewski, biegał co chwilę w tą i z powrotem, żeby oklaskiwać zwycięstwa moje i zapaśników. Krzyczał chyba najgłośniej z polskch kibiców (śmiech).

Ale nie musiało być wcale tak pięknie.
Po wyrzuceniu trenera kadry Marka Rzepkiewicza przez Polski Związek Judo na dwa i pół roku przed Igrzyskami powstał konflikt. Plan treningowy, który realizowałem do tego czasu był świetny, dlatego chciałem go kontynuować do Atlanty. Wtedy szkoleniowcem reprezentacji był Marek Rzepkiewicz, a pomocnikiem Wojciech Borowiak. Wystąpiliśmy do Ministerstwa Sportu o indywidualny plan szkoleniowy. To był precedens. Władze zgodziły się ale niechętnie. Jestem pewny, że gdyby powinęła mi się noga, mieliby cichą satyfakcję. Otoczyłem się zatem ludźmi, do których miałem pełne zaufanie. Głównym trenerem został Wojciech Borowiak, a pomagał mu Marek Rzepkiewicz. Stworzyliśmy team Nastula (sztab trenerski, lekarz, fizjolog, fizjoterapeuta, sparingpartnerzy). To było coś nowego, ale od początku byliśmy przekonani, że przyniesie sukces. Naszym celem był tylko złoty medal. Udało się go zrelizować.

I życie Pawła Nastuli diametralnie się zmieniło.
Przez dłuższy czas wychodziłem z domu w czapeczce i okularach przeciwsłonecznych (śmiech). W Polsce ciężko było nawet zrobić zakupy. Warto pamiętać, że w tamtych czasach dostęp do internetu nie był jeszcze tak powszechny, nie mówiąc o magii portali społecznościowych, które dopiero raczkowały. Nasi kibice rozpoznawali mnie nawet za granicą. Pamiętam jak pojechaliśmy na wakacje do Szwecji. Poszliśmy do restauracji. Barmanem był Polak. Na pytanie o zapłatę tylko się obruszył i stwierdził, że za niezapomniane chwile z Atlanty mam u niego rachunek otwarty do końca życia.

Nie zwariowałeś?
Nie jestem i nigdy nie byłem typem gwiazdora. Nie mam też parcia na szkło. Woda sodowa nie uderzyła mi więc nigdy do głowy. Pewnie mógłbym żyć inaczej, ale byłoby to wbrew moim zasadom, które staram się zawsze przestrzegać. Raz jednak pozwoiłem sobie na drobną ekstrawagancję (śmiech). Kiedy wygrałem plebiscyt Przeglądu Sportowego na najlepszego polskiego sportowca w nagrodę otrzymałem nowiutkiego, bordowego Fiata Bravo. W tamtym czasach to było coś. Pamiętam, że jeździłem całą noc po Warszawie, a wszyscy obracali głowy.

Taryfy ulgowej nie było jednak dla wielkiego mistrza w trakcie studiów na AWF-ie w Warszawie.
Rzeczywiście, raz musiałem się trochę nagimnastykować, żeby zaliczyć semestr. Był taki jeden trener piłkarski, który za wszelką cenę chciał udowodnić, że jego przedmiot jest najważniejszy. Oblewał mnie chyba z trzy razy. Wiele godzin spędziłem w bibliotece ucząc się teorii futbolu, bo musiałem mieć wykutę na blachę wymiary boiska piłkarskiego. Może dlatego nie za bardzo lubię piłkę nożną (śmiech).

Sponsorem wywiadu jest Setka - Wrocław, ulica Kazimierza Wielkiego 50a, Warszawa, ulica Świętokrzyska 14
Oceń publikację: + 1 + 1 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy wprowadzenie tzw. gorących przycisków w autobusach MPK to dobry pomysł?




Oddanych głosów: 546