zamknij

Sport

Listopadowa wizyta u mechanika. Śląsk Wrocław czeka naprawa formy [ANALIZA]

2020-11-01, Autor: Bartosz Królikowski

Do ostatniej przerwy reprezentacyjnej piłkarski WKS wyglądał jak dobrze naoliwiona maszyna i to pomimo licznych kontuzji oraz zakażeń koronawirusem. Jednak w drugiej połowie października doszło do małej destabilizacji, zwłaszcza w meczach wyjazdowych, ale nawet na Stadionie Wrocław kolorowo nie było. WKS zaliczył mały dołek formy i teraz trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, co się zepsuło oraz jak to naprawić. 

Gdyby podsumować październik w wykonaniu Śląska jakimś metaforycznym porównaniem, to byłby on imprezą, która zaczęła się świetnie i przebiegała znakomicie, aż przyszedł nagle ten jeden niechciany przez nikogo gościu, którego trzeba było zaprosić „bo starsi kazali”. Natomiast po jego przybyciu nic już nie było na tej zabawie takie samo. Na początku miesiąca WKS zagrał jeden ze swoich najlepszych meczów być może nawet w ostatnich latach, dominując oraz bardzo pewnie pokonując Cracovię 3:1. Mogli nawet wyżej. Wszystko funkcjonowało bez większych zarzutów. Środek pola był kreatywny oraz sprawny jak rzadko kiedy w tym zespole, skuteczność była na tyle dobra żeby wygrywać, a to m.in. dzięki solidnej defensywie. No i wtedy przyszła przerwa reprezentacyjna. To jak one są postrzegane zawsze zależy od wielu czynników. Dla kibiców z jednej strony to okazja by zobaczyć w akcji kadrę narodową, ale z drugiej strony brak szansy, by emocjonować się meczem ukochanego klubu. Dla samych klubów również może ona oznaczać co innego. Te w kiepskiej dyspozycji mogą nieco odetchnąć i cieszyć się dwóch tygodni wolnego od rywalizacji ligowej, aby odbudować formę. Natomiast te prezentujące się bardzo dobrze, jak Śląsk wówczas, mogą marudzić że oni się tu rozpędzają, a nagle muszą mieć przerwę narzuconą im odgórnie, czym ryzykują utratę formy. Oczywiście wiele razy takiemu zespołowi udaje się utrzymać dobrą dyspozycję po pauzie, ale nie zawsze. Tak było właśnie w przypadku WKS-u. Wrocławianie zapewne jakby mogli, to darowaliby sobie tą reprezentację i od razu przeszli do kolejnych spotkań. No ale UEFA powiedziała – ma być przerwa na Ligę Narodów, i to kończyło w sumie dyskusję. Natomiast po niej Śląsk nie wyglądał już tak samo. Co się zmieniło?

Reklama

Mamo, ale ja nie chcę wyjść z domu

O tym jak brutalny dla rywali na własnym stadionie potrafi być Śląsk Vitezslava Lavicki wszyscy doskonale wiemy. Niestety jednak, mimo iż ten zespół robi progres, na wyjazdach potężny domowy lew, zmienia się w dość nieporadnego kotka, który mógłby być groźny, ma potencjał by być groźny, ale z jakiegoś powodu nie potrafi. Tak jak w zeszłym sezonie WKS bywał bardzo niemrawy poza własnym boiskiem, tak jest i tym razem. Po wspomnianym spotkaniu z Cracovią naprawdę można było mieć nadzieję, że tym razem nadchodzące dwa spotkania wyjazdowe nie będą nieprzyjemną dla oczu mordęgą. Że Śląsk udowodnił sobie oraz wszystkim wokół, że oni też mogą wygrywać ładnie, co pozwoli im przenieść choć część tej dyspozycji w delegację. Niestety rzeczywistość wyjazdowa okazała się być tak samo szara jak była wcześniej. Wisła Płock to na pewno nie jest rywal, przed którym w tym sezonie należy się cofać i kłaniać. Szacunek należy mieć, jak dla każdego, ale Nafciarzom daleko do miana potentata. Zwłaszcza gdy popatrzymy po transferach, bo do Płocka latem zawitali m.in. przeciętny prawy obrońca ze spadającej Arki Gdynia, Damian Zbozień, czy nieskuteczny jak cholera napastnik Piasta Gliwice, Patryk Tuszyński. Tymczasem w meczu z Wisłą WKS pokazał znaną nam wcześniej, aczkolwiek niepożądaną przez nikogo twarz. Tą która czeka. Nie wiadomo na co. Nie wiadomo po co. Ale czeka. Zamiast ruszyć odważnie na rywala, któremu naprawdę nie trzeba wiele żeby w defensywie narobił pod siebie, do gry powrócił minimalizm. Sam fakt iż tak usposobiony Śląsk miał mimo wszystko jakieś szanse na gola, Robert Pich nie trafił z trzech metrów, sporo mówił. Wisła Płock była chyba w szoku, że ktoś im na tyle pozwolił grać piłką, bo niespecjalnie wiedziała co z nią zrobić i wiele więcej niż Śląsk sobie nie wykreowali. Ale umieścili piłkę w siatce. Torgil Gjertsen okazał się być batem, który ukarał wycofany Śląsk.

Bardzo podobnie jak w Płocku WKS zagrał także w Warszawie. Przy czym pamiętać trzeba, że Legia nawet w niezbyt wysokiej formie, to wciąż drużyna ze znacznie większym potencjałem niż Wisła P.. Niestety zespół Vitezslava Lavicki nie wykorzystał dobrego momentu by ograć Legię na jej stadionie, gdyż warszawianie owszem zagrali dużo lepiej od Śląska, ale to nie była jakaś świetna gra. Nawet niekoniecznie zwyżka formy, bo kilka dni później Legioniści zagrali straszliwą padakę w Szczecinie z Pogonią. WKS tymczasem o ile w Płocku swoje szanse na bramki miał, tak w Warszawie nie miał ich prawie w ogóle, a gola strzelił tylko dlatego iż Artur Jędrzejczyk dostał syndromu ekstraklasowego obrońcy i wbrew wszelkiej logice podał piłkę prosto do Fabiana Piaseckiego. Ten musiał być w niezłym szoku co tu się właśnie stało, ale wykończyć pewnie akcję mu to nie przeszkodziło. To trafienie było jednak ledwie małą osłodą bardzo nieudanego „Tour de Mazowsze” w wykonaniu Śląska.

W domu lepiej. Niewiele, ale lepiej

Skoro na wyjazdach poszło tak jak zawsze, to może na Stadionie Wrocław Śląsk wrócił do swojej właściwej formy? No cóż, i tak i nie. Wszakże owszem z Jagiellonią Białystok wygrali, ale styl od poprzednich dwóch spotkań wiele się nie różnił. Na ich szczęście białostoczanie zagrali jeszcze większe nic. Między innymi dlatego na boisku długimi fragmentami działo się tyle samo, ilu kibiców było na trybunach. A o to żeby ich w ogóle nie było, zadbał już niestety koronawirus. Wrocławianie zagrali z Jagą osłabieni brakiem chorego Waldemara Soboty. Wirus go co prawda nie dopadł, ale na wszelki wypadek w klubie woleli dmuchać na zimne i zastąpił go Maciej Pałaszewski, który jest raczej tzw. zapchajdziurą. Nic zepsuć nie powinien, ale za wiele dać też nie. To się w pełni potwierdziło, bo „Pałasz” błędów nie robił, podobnie jak defensywa WKS-u. Umówmy się, Jagiellonia nie rzuciła wielkiego wyzwania, ale koncentrację zachowali i nie zrobili niczego głupiego, co mimo wszystko warto docenić. Dużo gorzej było z przodu. Tam dalej była posucha jak diabli i gdyby nie spryt oraz zimna krew Mateusza Praszelika, Śląsk zagrałby na zero z przodu. To spotkanie, mimo iż wygrane 1:0, dało jasną odpowiedź. To jest dołek formy. Zobaczymy tylko jak duży.

Drużyna jak samochód, coś rzęzi w silniku, coś rzęzi wszędzie

Przed przerwą reprezentacyjną można było chwalić środek pola Śląska. Tyczyło się to przede wszystkim Waldemara Soboty, który wprowadził tam powiew kreatywnej świeżości, jakiego brakowało tej drużynie od dawna. Jak dużo może dać sprawna druga linia, najlepiej pokazał mecz z Cracovią, gdy większość dobrych rzeczy tam się właśnie zaczynało. Z kolei jak wiele drużyna może stracić bez dobrego środka pola, pokazały kolejne trzy mecze. Wspomniany Sobota wyraźnie przygasł, tak w Płocku, jak i w Warszawie, a z meczu z Jagiellonią wyeliminowała go choroba. Oczywiście zwalanie wszystkiego na niego jest bez sensu. Krzysztof Mączyński pokazał jeszcze mniej, nie biorąc z reguły udziału w akcjach ofensywnych, z rzadka je nawet inicjując. Mateusz Praszelik również nie odnalazł dyspozycji z początku sezonu, przez co usiadł z „Jagą” na ławce, za to gdy wszedł to strzelił i to był w sumie jedyny pozytyw drugiej linii WKS-u w tych trzech meczach. Jeżeli Śląsk chce znów narzucać swój styl gry rywalom, muszą odnaleźć intensywność jaką ostatnio zatracili. Aby przełamać wciąż siedzący w tym zespole koszmar minimalizmu, dobra postawa środkowych pomocników będzie kluczowa, bo to jest serce drużyny, jego silnik. Jeśli to dobrze nie działa, nic dobrze nie działa. Być może trener Lavicka powinien w którymś meczu spróbować dać poważną szansę Rafałowi Makowskiego, jak dotąd zbierającemu ogony, który bardzo dobrze radził sobie w 1. Lidze.

Podcięte skrzydła nie polatają

Gdy środek pola ma swoje problemy, można je jeszcze jakoś przykryć dobrą grą bocznych sektorów boiska. Oczywiście bez dobrej współpracy ze środkowymi pomocnikami jest im trudniej, ale to wciąż możliwe. Niestety w ostatnich spotkaniach boki Śląska również były nieco uśpione. Bartłomiej Pawłowski przeciwko Wiśle Płock od pierwszej minuty, ani w dwóch następnych spotkaniach wchodząc z ławki nie pokazał jeszcze ułamka formy, którą imponował jeszcze w Zagłębiu Lubin. Robert Pich również zaliczył dość anonimowe występy i zapamiętać go można było głównie ze zmarnowanej stuprocentowej sytuacji w Płocku. Lubambo Musonda z kolei w Warszawie zagrał kiepsko, a przeciwko Jagiellonii znów robił sporo zamieszania, obrońcy z Białegostoku mieli z nim sporo kłopotów, ale wszyscy wiemy czego Zambijczykowi brakuje. Liczb. Goli oraz asyst. Był blisko, ale wciąż czekamy na moment, w którym to blisko zmieni się w konkrety. Bo to pozytywne zamieszanie, które Musonda wprowadza jest fajne, ale skrzydłowy musi mieć liczby. Fakt jest też taki, że skrzydłowi nie dostali takiego wsparcia jak wcześniej od bocznych obrońców. Piotr Celeban nie będzie już raczej takim zawodnikiem biegającym cały mecz od jednego pola karnego do drugiego, posyłającym dośrodkowanie za dośrodkowaniem. Ale po lewej stronie Dino Stiglec nie dawał tylu dobrych piłek co przeciw choćby Cracovii. Gdy środkowi pomocnicy zawiodą, Śląsk musi mieć plan B w postaci bocznych sektorów boiska. Ostatnio również plan B zawodził, a planem C mógłby być napastnik typu lis pola karnego, który znakomicie się ustawia i dochodzi do wielu piłek. Ale Erik Exposito takim na pewno nie jest.

Budujmy od tyłu, ale bez zaniedbywania przodu

Defensywa Śląska choć nie ustrzegła się błędów, była zdecydowanie najsolidniejszą formacją ostatnich trzech spotkań. Mark Tamas to nie obrońca na absolutnego lidera tej linii, ale w razie niedyspozycji Israela Puerto czy Wojciecha Golli Węgier wkroczy i pewien poziom da. WKS ma trzech stoperów mogących grać w wyjściowej jedenastce, co jest cenne i potrzebne. Zatem trener Lavicka wciąż może budować grę od tyłu, a wręcz powinien to robić. Ale taki sposób prowadzenia drużyny nie musi oznaczać depresji z przodu. Śląsk już to pokazał i nikomu nie wmówią, że tak się nie da. Przed wrocławianami mecz wyjazdowy z Lechią Gdańsk, a potem… przerwa reprezentacyjna. Tym razem Śląsk jest tą drużyną, która może się z tego cieszyć. Chyba że zdarzy się jakaś świetna przemiana i WKS w ładnym stylu pokona Lechię. Co jest możliwe, bo gdańszczanie póki co na własnym stadionie leją beniaminków (jak prawie każdy), ale z innymi drużynami (Pogoń Szczecin i Raków Częstochowa) przegrywają. Powrót do narzucania swojego stylu gry będzie kluczowy, a mecz z Lechią ważnym bodźcem psychicznym, bo po kadrze narodowej w listopadzie czekają ich jeszcze starcia z Górnikiem Zabrze (dom) oraz Podbeskidziem Bielsko-Biała (wyjazd). Kibice Śląska mają pełne prawo wymagać więcej, bo WKS sam im to prawo potwierdził już w tym sezonie. Listopad będzie bardzo ważnym miesiącem dla WKS-u, bo pokaże w którym kierunku ostatecznie zmierza w tym sezonie Śląsk.

Dwa najbliższe mecze Śląska Wrocław:

Lechia Gdańsk – Śląsk Wrocław, sobota, 7 listopada, godz. 20

Śląsk Wrocław – Górnik Zabrze, sobota, 21 listopada, godz. 20

Oceń publikację: + 1 + 14 - 1 - 1

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy sprzedaż książki "Mein Kampf" w celach innych niż naukowe powinna być zakazana?




Oddanych głosów: 66