zamknij

Sport

Wyjazdy wciąż z piekła rodem. Piłkarski Śląsk przegrywa mecz przyjaźni

2020-11-20, Autor: Bartosz Królikowski

Szczecin, Płock, Warszawa, a teraz Gdańsk. Co łączy te cztery miasta? W żadnym z nich Śląsk nie potrafił nawet zremisować w tym sezonie. Piłkarze WKS-u przegrali na wyjeździe z Lechią Gdańsk 2:3. To ich czwarta z rzędu porażka na obcym boisku.

Przed przerwą reprezentacyjną piłkarze Śląska nie imponowali formą. Ostatnie dwa mecze z Górnikiem Zabrze i Jagiellonią Białystok były dla nich udane tylko pod kątem punktowym (4 pkt), ale fakty są takie że gdyby rywale postawili WKS-owi trudniejsze warunki, liczba oczek w tych dwóch meczach mogłaby łatwo spaść do zera. Brak tempa i pomysłów w ataku, kiepski środek pola i niemal kompletnie odcięte skrzydła. Na rozwiązanie tych problemów wrocławianie mieli dwa tygodnie. Ich dyspozycja uległa pogorszeniu po poprzedniej przerwie na mecze kadry narodowej, więc kibice mogli mieć nadzieję, że tym razem zadziała to odwrotnie. Ich rywale, Lechia Gdańsk, mieli w tym czasie ogromne problemy z koronawirusem i ostatni mecz rozegrali jeszcze w październiku, toteż ich forma, zwłaszcza fizyczna, była sporą niewiadomą po takiej przerwie. Trener Vitezslav Lavicka dokonał kilku zmian w składzie w stosunku do meczu z Górnikiem. Do gry powrócił Dino Stiglec, zawieszony ostatnio za kartki. Lubambo Musonda ledwo co wrócił ze zgrupowanie reprezentacji Zambii i w jego miejsce wskoczył Marcel Zylla, a Erika Exposito zastąpił Fabian Piasecki.

Reklama

Pierwsze minuty meczu należały do gospodarzy. To Lechia była aktywniejsza, częściej miała piłkę, próbowała gry na jeden kontakt. Aczkolwiek w większości przypadków obrona Śląska dobrze sobie radziła. Mimo to gdańszczanie byli blisko wyjścia na prowadzenie, jednak strzał głową Michała Nalepy niewiele minął bramkę Matusa Putnockiego. Do siatki w 17. minucie trafił z kolei Fabian Piasecki, ale przy przyjęciu piłki przed strzałem pomógł sobie ręką i sędzia gola nie uznał. Co się odwlekło to nie uciekło, musiało tylko poczekać trzy minuty. W 20. minucie Mateusz Praszelik idealnie obsłużył podaniem Roberta Picha, a ten silnym strzałem z obrębu pola karnego pokonał Zlatana Alomerovicia. Lechia dominowała przez kilkanaście minut i nie potrafiła tego wykorzystać. Śląskowi wystarczyło kilka by wyjść na prowadzenie.

Po zdobyciu gola WKS nie pozwolił gdańszczanom ponownie zdominować wydarzeń boiskowych. Lechia dalej była częściej przy piłce, ale nie aż tyle co przed utratą gola. Poza tym dzięki dobrej grze obronnej Śląska, niewiele z tego posiadania piłki wynikało. Wrocławianie grali z kolei tak jak w wielu meczach. Zabezpieczali tyły, ale różnica między tym spotkaniem, a mniej więcej czteroma poprzednimi była taka, że sami próbowali konstruować akcje. To że nie bardzo im wychodziło to już inna sprawa. Mimo to najgroźniejszy strzał do przerwy oddał Piasecki, gdy huknął z rzutu wolnego z ok. 30. metrów i nie pomylił się o wiele. Podstawowym celem drużyny było jednak nie popełnić błędu z tyłu i to się udało. Do szatni Śląsk zszedł prowadząc 1:0.

WKS po przerwie swojej taktyki nie zmienił i dalej starali się ograniczyć ofensywne zapędy Lechii. To udawało się jednak tylko do czasu. Była 57 minuta, gdy Karol Fila wstrzelił piłkę w pole karne, tam próbował zablokować ją Mark Tamas, ale futbolówka odbiła mu się od nogi, trafiła prosto do Conrado, a skrzydłowy Lechii z zimną krwią nie dał szans Putnockiemu. Zdobyty gol nakręcił gospodarzy i już kilka chwil później Matus Putnocky miał szczęście, że Flavio Paixao główką trafił prosto w niego. Śląsk umiał jednak odpowiedzieć. Znakomitym podaniem znów popisał się Praszelik, ale Piasecki nieczysto trafił w piłkę. Mała wymiana ciosów zrobiła się na stadionie w Gdańsku, ale to Lechia znów posłała WKS na deski.

W 66. minucie Conrado idealnie wręcz podał ze skrzydła do Paixao. Znakomita piłka między obrońców, a bramkarza. Portugalski napastnik takich okazji nie marnuje. Flavio dosłownie musnął futbolówkę, ale na tyle precyzyjnie, że wystarczyło do pokonania Putnockiego. Śląsk dał się gdańszczanom przytłoczyć i zapłacił za to boleśnie. Wrocławianom posypała się nieco gra, a co za tym idzie stracili kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi. Czasami jednak czego z samej gry nie wywalczysz, możesz zrobić stałym fragmentem gry. W 79. Minucie rzut wolny z około 25 metrów do bramki wywalczył Bartłomiej Pawłowski. Chwilę później tenże sam Pawłowski tak huknął na bramkę Alomerovicia, że bramkarz Lechii nie miał szans na skuteczną interwencję. Skrzydłowy Śląska w pięknym stylu zdobył premierowe trafienie we wrocławskich barwach.

Niestety dla WKS-u, zawodnicy Lavicki nie zdążyli nawet powalczyć o odzyskanie prowadzenia, a znów zawiodła defensywa. W 82. minucie Conrado dograł z lewego skrzydła do Łukasza Zwolińskiego. Napastnika Lechii ani nie pilnował zajęty kryciem Paixao Mark Tamas, ani nie kontrolował zagubiony kompletnie Puerto. Jaki był tego efekt, łatwo się domyślić. Trzy minuty cieszyli się z wyrównania wrocławianie, a potem znów musieli odrabiać straty. Tylko no właśnie, może i musieli, ale Lechia postanowiła jeszcze mocniej zadbać, by się to Śląskowi nie udało. Tak też było. WKS gola już nie strzelił, przez co przegrał czwarty mecz wyjazdowy w tym sezonie z rzędu.

Zacznijmy od tego co dobre. W tym meczu było pięć razy więcej emocji niż w czterech ostatnich meczach Śląska razem wziętych. Wrocławianie nie pokazali w ofensywie nie wiadomo czego, ale przynajmniej coś. Mateusz Praszelik udowodnił raz jeszcze, że przegląd pola ma imponujący, a gol Bartłomieja Pawłowskiego był ozdobą meczu. Szkoda tylko, że gdzie atak zaliczył progres, tam obrona zrobiła krok w tył i to nie jeden, a przynajmniej trzy. Duet stoperów Tamas-Puerto w pierwszej połowie spisywał się nieźle, ale tylko w niej. Dlaczego Tamas wybijał tak kiepsko piłkę przy golu Conrado? Jakim sposobem przy trafieniu Zwolińskiego na 3:2, Puerto stał kilka metrów od napastnika Lechii? Na pewno defensywę Śląska czeka w szatni kilka trudnych pytań i wniosków do wyciągnięcia. Nie można wszystkiego zrzucić na brak Wojciecha Golli, ale absencja polskiego obrońcy była dziś widoczna i to bardzo.

Śląsk już czwarty raz z rzędu nie potrafi przywieźć z wyjazdu choćby punktu i to musi martwić. Bo można grać gorzej na wyjazdach, ale nie aż tak, żeby masowo przegrywać mecze, bo samą domową twierdzą nie odniesie się sukcesu. Okazję do przełamania złej serii wrocławianie będą mieli już za tydzień. W sobotę 28 listopada o 18:00 zagrają w Bielsku-Białej w Podbeskidziem.

Lechia Gdańsk – Śląsk Wrocław 3:2

Gole:

0:1 – Robert Pich 20’

1:1 – Conrado 57’

2:1 – Flavio Paixao 66’

2:2 – Bartłomiej Pawłowski 79’

3:2 – Łukasz Zwoliński 82’

Lechia: Alomerović – Fila, Nalepa, Kopacz, Pietrzak – Saief (70. Zwoliński), Kubicki, Kałuziński (90. Tobers), Mihalik (86. Haydary), Conrado (86. Żukowski) – Paixao

Śląsk: Putnocky – Celeban, Puerto, Tamas, Stiglec – Zylla (70. Pawłowski), Mączyński, Sobota (73. Pałaszewski), Praszelik (76. Samiec-Talar), Pich (76. Makowski) – Piasecki (73. Exposito)

Żółte kartki: Saief, Kopacz, Nalepa (Lechia) – Celeban (Śląsk)

Sędzia: Krzysztof Jakubik

 

Oceń publikację: + 1 + 2 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Robisz zakupy w Black Friday?





Oddanych głosów: 222